„W drodze”
Kiedy ksiądz jest powołany?
Z ks. Grzegorzem Rysiem rozmawiają Roman Bielecki OP i Paweł Kozacki OPNikt z nas nie ma prawa do kapłaństwa. To nie jest prywatny biznes potrzebny do spełnienia się. Mamy prawo być ochrzczeni w Kościele i słuchać Słowa.
Na pewno da się to zweryfikować, ale nie sądzę, by był to pierwszy obowiązek przełożonego. Weryfikacja dokonuje się przez fakt bycia w seminarium. Człowiek sam musi sobie odpowiedzieć na pytanie, czy to na pewno jego droga.
Ale czy dziewiętnasto-lub dwudziestolatek jest wystarczająco dojrzały, by zmierzyć się z takimi pytaniami?
Nikt go nie zmusza do tego na pierwszym roku. To się dzieje później – po kilku latach od wstąpienia do seminarium. Formacja musi mieć charakter indywidualny. Ludzie podejmują decyzje w różnym czasie. Czasem ktoś odchodzi na pierwszym roku, czasem na piątym. Ale z reguły ponad połowa z tych, którzy przyszli – nie odchodzi. Nie oznacza to, że są bezmyślni, tylko że na te same pytania odpowiedzieli inaczej niż ci, którzy odeszli.
Jakie to są pytania?
Człowiekowi, który jest w seminarium pierwszy rok, mówię, żeby nie myślał, że jest powołany do kapłaństwa. Tak naprawdę momentem powołania do kapłaństwa jest sakrament święceń. Wcześniej człowiek jest na drodze do przyjęcia tego sakramentu i musi sobie zadawać pytanie, czy to jest jego droga, czy się na niej dobrze czuje, czy to jest jego świat. Im dalej zagłębia się w rzeczywistość seminaryjną, tym bardziej ten świat przypomina życie kapłańskie. On się wtedy nie tylko uczy, ale wchodzi w rzeczywistość Kościoła, jedzie na jedne, drugie rekolekcje, prowadzi jakąś grupę, ma praktykę w parafii.
Jednak pierwsze pytanie dotyczy tego, czy on się odnajduje w życiu duchowym. Bo gdy się nie odnajduje, to wszystko inne jest zawieszone w próżni. Kiedy kandydat przychodzi na pierwszy rok, zwłaszcza jeśli jest bezpośrednio po szkole średniej, to nie może wiedzieć, co to jest cisza, co to jest i czemu służy modlitwa myślna. Zaczyna drogę od zwykłych praktyk religijnych. Zanim jednak przyjmie święcenia, musi wiedzieć, że znalazł swoją drogę duchową. Zatem najważniejsze pytanie brzmi, czy mamy do czynienia z człowiekiem duchowym, który wie, co to jest modlitwa, który się nie nudzi na rozmyślaniu czy na adoracji, który ma pasję odkrywania Słowa Bożego.
Drugie istotne pytanie dotyczy doświadczenia nawrócenia w życiu. Jeśli je przejdzie, to będzie wiedział, po co mu Kościół i po co on jest w tym Kościele ze swoim kapłaństwem. Chrystus objawił się w związku z grzechem. Jeśli człowiek doświadczy nawrócenia, będzie mógł głosić kerygmat i go urzeczywistniać.
Te dwa pytania przekładają się na trzecie. Czy jest wierzący? Wierzący, to znaczy, czy ma osobistą relację zaufania wobec Chrystusa. Te trzy pytania są ważniejsze od takich kwestii jak to, czy ktoś się „nadaje” do kapłaństwa. Czy potrafi żyć w samotności. Czy go nie przerośnie katecheza. Czy potrafi łączyć modlitwę z pracą.
Ale pytanie o to, czy ktoś się nadaje, jest dosyć normalne.
Jest normalne i potrzebne, i słuszne, tylko że musi ono przyjść w kontekście zawierzenia. Nikt nie może wejść w kapłaństwo tylko dlatego, że się do niego nadaje, bo nie wytrwa w nim w oparciu o swoje rozpoznanie czy zdolności. Wytrwa, kiedy będzie otwarty na rzeczywistość łaski. To musi być dla niego konkret, a nie formułka katechizmowa czy kaznodziejska. Nikt nie może wiedzieć, czym jest kapłaństwo, dopóki go nie przyjmie, bo nie będzie wiedział, czym jest np. spowiadanie, nawet gdy będzie gadał z piętnastoma czy z pięćdziesięcioma księżmi.
Te trzy pytania nie są specyficzne dla drogi kapłańskiej. Czy to znaczy, że wstąpienie do seminarium jest powołaniem do chrześcijaństwa, do bycia uczniem Chrystusa i dopiero na tym gruncie dokonuje się konkretnego wyboru życiowego?
Tak. Dokładnie tak, jak to jest w Ewangelii. Jezus najpierw powołuje Szymona, Jakuba, Andrzeja, Jana i innych na uczniów, a potem, w następnym kroku wybiera ich do grona dwunastu. Najpierw każdy musi być uczniem.
A co z charyzmatem i doświadczeniem Kościoła? Tego mi brak w tym obrazie.
Powołanie do życia w kapłaństwie jest charyzmatem. Nikt kandydatowi tego charyzmatu nie daje: ani rektor, ani mama, ani proboszcz… Charyzmat przychodzi od Pana Boga, a w życiu kapłańskim przechodzi on przez Kościół. To Kościół musi powiedzieć, że chce tego człowieka na kapłana, a on musi rozpoznać Kościół jako rzeczywistość, wobec której stawia się w dyspozycji, na której mu zależy i którą chce budować takimi środkami, jakie dał nam Chrystus – Słowem i sakramentami. Jeśli się w tym odnajduje, to znaczy, że to jest jego droga.
Podkreślam jednak jeszcze raz, powołanie do kapłaństwa dokonuje się w momencie święceń. Niezależnie od tego, który z kandydatów, jaką drogę w seminarium przeszedł, to gdy zbliża się do diakonatu, trzeba się modlić dla niego o łaskę decyzji.
Rozróżnia ksiądz dwa momenty, dwie decyzje – wstąpienia do seminarium i przyjęcia święceń. Ten drugi moment to nowa decyzja czy dopełnienie tej pierwszej?
Mówiąc o dwóch decyzjach, wskazałbym raczej diakonat i prezbiterat. Diakonat jest momentem przeżywanym przez kandydatów w sposób głęboko osobisty – wtedy zobowiązują się do życia w posłuszeństwie, w celibacie i do modlitwy brewiarzowej. Wtedy też ich posługa w Kościele staje się ważna – głoszą Słowo Boże z mandatu biskupa, mogą już chrzcić, mają już misję kanoniczną, idą jako diakoni na pierwszą parafię. Dopiero jednak wtedy, kiedy przyjmują święcenia prezbiteratu, widzą, że biorą na siebie niesamowitą odpowiedzialność za drugiego człowieka. Kościół wyzwala kandydata z myślenia, że on ma do czegoś prawo – na przykład prawo do święceń. Nikt z nas nie ma prawa do kapłaństwa. To nie jest prywatny biznes potrzebny do spełnienia się. Mamy prawo być ochrzczeni w Kościele i słuchać Słowa. Ja nie mogę się domagać od Kościoła, żeby mi dał święcenia, bo przeżyłem sensownie sześć lat w seminarium, przestrzegałem regulaminu, wypełniałem polecenia przełożonych, byłem nienagannym klerykiem... Jeśli Kościół cię potrzebuje, powoła cię, żebyś je przyjął.
Rozumiem, że nikt nie ma prawa do święceń, ale nie rozumiem braku prawa do spełnienia. Czy kapłaństwo nie może być drogą spełnienia się człowieka?
Nawet powinno, ale nie to ma być motywem jego przyjęcia. Kapłan może być wezwany wiele razy do podjęcia zadań, do których sam nie jest przekonany. Najprostszy przykład: grupy neokatechumenalne, które są w parafiach bardzo liczne. Dany kapłan sam nie idzie tą drogą, nie musi nią iść, ale może odprawić w takiej wspólnocie Eucharystię. Dla tych ludzi, nie dla siebie, nie dla swojego spełnienia. Do niego nie musi przemawiać charyzmat Drogi neokatechumenalnej – to normalne. Jest natomiast czymś nienormalnym, gdy wspólnota potrzebuje kapłana, by odprawił Eucharystię, a on tego nie zrobi, bo to do niego „nie przemawia”.
Trzeba postawić pytanie, kto jest dla kogo? Albo mówimy o kapłaństwie służebnym, albo się bawimy. Nie może być tak, że młody ksiądz, który w życiu nie był w Róży Różańcowej, kiedy go proboszcz poprosi, żeby ją poprowadził, to powie, że się na tym nie zna. To niech się pozna! Porozmawia z ludźmi i ich posłucha! Zobaczy, czego od niego chcą. Wtedy, ku jego zdumieniu, będą bardzo zainteresowani, żeby przyszedł i powiedział im Słowo.
Całość rozmowy z ks. Grzegorzem Rysiem pt. "Dać ludziom prawo do siebie" można przeczytać w najnowszym, styczniowym numerze miesięcznika "W drodze".
« powrót
1 komentarz
-
2010-01-11
open
gdyby na poczatku drogi w seminarium można było na taki tekst sie natknąć było by mniej ludzkich tra...
gdyby na poczatku drogi w seminarium można było na taki tekst sie natknąć było by mniej ludzkich... »













