„W drodze”
Gdy sumienie się waha
JANUSZ PYDA OP
Żal za grzechy
Także żal za grzechy nie jest przede wszystkim uczuciem moralnym. I nie powinno nas to dziwić. Trudno żałować za grzechy, których zło nie jest dla nas oczywiste. Łatwo jest żałować za te, które wyraźnie pokazały moją słabość, np. za tchórzostwo czy zdradę. Trudniej żałować emocjonalnie za grzechy, których zło przysłania mi albo przyjemność, albo zysk z nimi związany. Paleta tego typu grzechów jest szeroka – od cudzołóstwa po ściąganie.
To, że emocjonalnie nie żałuję danych grzechów, nie oznacza, że nie są one grzechami, ani tego, że mój żal nie jest prawdziwy, choć definitywnie nie jest emocjonalny.
Żal ów rodzi się ze świadomości, że uczyniłem coś, co godzi w Osobę, która mnie najbardziej kocha i którą ja kocham – w samego Boga. To, że zdaję sobie sprawę z „zasmucenia” Pana Boga i wiem, że nie chcę tego robić, wystarczy jako żal za grzechy. O dar żalu emocjonalnego – czyli ostatecznie o dar łez – trzeba Pana Boga prosić i warto swoje serce do takiego żalu przygotowywać. Ale póki jeszcze żal zdolny poruszyć nasze emocje nie stał się naszym udziałem, możemy się spokojnie spowiadać, bazując na żalu dosyć „racjonalnym”. Podobnie postępujemy w naszych zwykłych ludzkich relacjach. Czasami mówimy komuś: „Nie wiem, jak moje postępowanie mogło cię zranić. Nie widzę w nim nic złego. Ale skoro cię dotknęło, to mogę powiedzieć, że jest mi przykro. Tego właśnie nie chciałem zrobić ani w żaden sposób do tego doprowadzić”. Nie czujemy się wówczas hipokrytami. Podobnie nie powinniśmy się czuć hipokrytami, gdy nasz żal przy spowiedzi nie obejmuje jeszcze całej naszej osoby.
Ogólne rady są proste. Musimy pamiętać, że nasze sumienie nie jest tożsame z naszymi moralnymi odczuciami i to nie one odgrywają główną rolę w jego funkcjonowaniu. Po drugie, musimy być świadomi, że ludzkie sumienie po prostu się uczy i na tę naukę potrzebuje czasu. Nie można zakładać, że mamy świadomość moralną od razu ukształtowaną i pełną. Musimy dać jej czas, wsparcie i możliwości rozwoju, zapewnić „nauczycieli i podręczniki”.
Kilka rad na koniec
W jaki konkretnie sposób uczyć sumienie pewnego i wyraźnego rozeznawania grzechów? Jest w tej materii kilka pomocnych rad.
Pamiętajmy, że rachunek sumienia nie jest spojrzeniem na siebie naszymi własnymi oczami, ale oczami Pana Boga. Jak widzi Pan Bóg, warto się dowiadywać z tych źródeł, które mamy do dyspozycji: Pisma Świętego oraz Tradycji i nauczania Kościoła. Niekiedy spojrzenie Pana Boga na nasze grzechy może być znacznie łagodniejsze niż nasze własne, pełne ambicji sądy o nas samych. Czasami jednak Boże spojrzenie może być surowsze niż nasze – zwłaszcza wówczas, gdy moralny wzrok duszy przesłania nam hipokryzja.
Kiedy oceniamy własne czyny, starajmy się dokonać serii eksperymentów myślowych, które pozwolą nam osądzić najpierw obiektywne zło czy dobro czynu, a później dopiero nas samych jako jego sprawców. Nie pytajmy się więc, czy źle zrobiłem, że ściągałem, ale zadajmy sobie pytanie, czy ściąganie jest złe. Później warto postawić sobie pytanie, jak oceniłbym taki grzech, gdyby dopuścił się go ktoś inny. Tej metody użył prorok Natan wobec króla Dawida. Opowiedział Dawidowi historię o kimś innym niż on sam. Król miał okazję wydać „obiektywną” ocenę określonego postępowania nieznanego człowieka. Dopiero wówczas Natan zidentyfikował bohatera opowieści jako króla Dawida. Jest to dokładna odwrotność reguły, która obowiązuje przy sądzeniu innych ludzi. Wówczas warto sobie pomyśleć, że sądzimy nas samych. Jeśli sądzimy nas samych, dobrze jest pomyśleć sobie, że oceniamy czyn innego człowieka.
Pomocne w ocenie moralnej jest wracanie pamięcią do prawdy, że nie ma czynów neutralnych moralnie. Nasze działania są złe albo dobre. Czasami łatwiej nam będzie ocenić czyn, gdy zadamy sobie pytanie nie o to, czy był on grzechem albo czy był zły, ale czy mogę spokojnie powiedzieć, że to, co zrobiłem było dobre. Są to niby bardzo bliskie pytania, ale jednak różne. Jeśli pytam sam siebie: „Czy jazda bez biletów transportem miejskim jest złem?”, mogę sobie czasami odpowiedzieć dosyć pobłażliwie: „No, może i jest, ale co tam taki grzech, drobiazg”. Kiedy jednak zadam sobie pytanie, czy czynię realne dobro w ten sposób, że nie kupuję biletów i nie płacę za przejazd, jednoznacznie będę mógł sobie odpowiedzieć, że bez wątpienia dobrym takiego postępowania nie można nazwać. Czyny są złe albo dobre, moralna neutralność nie istnieje.
W pracy nad rozeznawaniem moralnym pomoże nam przede wszystkim nie tyle nasz wysiłek, ile sam Duch Święty, Światłość Sumień. We współpracy z Nim życie moralne staje się przygodą taką, jak nauka obcego języka. Męczymy się ze słówkami, wymową i gramatyką. Ale czujemy, że nasz świat się poszerza. Nie „dołujemy się” błędami i niepowodzeniami, ale je poprawiamy i chcemy mówić i rozumieć coraz lepiej. W istocie życie moralne jest nauką języka, tego języka miłości, którym mówi się w Państwie Bożym, Królestwie Niebieskim albo – jak kto woli – w życiu szczęśliwym.
* JANUSZ PYDA ur. 1980, dominikanin, absolwent filozofii UJ i teologii PAT, publikował w „Teofilu”, „Znaku”, „Christianitas” i „Teologii Politycznej”, ostatnio wydał Listy starego anioła do młodego, aktualnie studiuje w Stanach Zjednoczonych.
Źródło: "W drodze" nr 2 (438) 2010
« powrót
164 komentarze
-
2010-05-30
fiolet
Re: Re: Do tych, co mówią, że...
Nie rozumiem... Pisze Pani o automatach, pralkach itp i że człowiek nie jest i nie będzie... » -
2010-05-30
fiolet
Re: Re: a może by tak
A może by tak zastanowić się ile krzywdy wyrządziłby Kościół niewinnym ludziom, kiedy zezwoliłby... » -
2010-03-17
Anna K.
Re: Re: Milczenie ojca Janusza
M.U., dzięki za informacje, zajrzałam teraz, po Twoim wpisie. Widzę, że jest coś o zapłodnieniu... »
















