Duchowość
Przez pójście za Chrystusem chcemy udoskonalić się w miłości Boga i bliźniego. Włączeni więc przez profesję do zakonu, poświęcamy się całkowicie Bogu i oddajemy na nowy sposób całemu Kościołowi, jako 'w pełni przeznaczeni do głoszenia słowa Bożego' w całości, wszędzie, wszystkim i na wszelkie sposoby.
Uczestnicząc w misji apostolskiej, przyjmujemy także sposób życia Apostołów w formie podanej nam przez św. Dominika. Składa się nań jednomyślne życie we wspólnocie, wierność w zachowywaniu rad ewangelicznych, gorliwość we wspólnym sprawowaniu liturgii, zwłaszcza Eucharystii i godzin kanonicznych, a także w modlitwie, pilność w studium, wytrwałość w przestrzeganiu obserwancji zakonnych. Wszystko to nie tylko przyczynia się do chwały Bożej i naszego uświęcenia, lecz służy także bezpośrednio zbawieniu ludzi. Czynniki te bowiem zgodnie się dopełniają w przygotowywaniu i pobudzaniu do kaznodziejstwa, nadają mu kształt i same są z kolei przez nie kształtowane. Synteza tych elementów, ściśle i harmonijnie ze sobą powiązanych i wzajemnie się ożywiających, tworzy właściwą zakonowi formę życia. Jest ono w pełnym sensie apostolskie. Kaznodziejstwo i doktryna mają w nim wypływać z bogactwa kontemplacji" (KKZ 1, III-IV).
Złożoność życia zakonnego
Podstawowym zadaniem Zakonu Braci Kaznodziejów jest życie na wzór Apostołów: jest to nie tylko program działania, ale i samego życia, sposób bycia chrześcijaninem. Św. Dominik nie poprzestał na ukazaniu perspektyw i wyznaczeniu celów: stworzył styl, określił podstawowe punkty odniesienia, stanowiące jakby osnowę całego życia dominikańskiego.
Reguła św. Augustyna i Konstytucje Braci Kaznodziejów urealniają ideę św. Dominika, odnosząc ją do szczegółów codziennego życia. Reguła przedstawia sztukę zakonnego życia pod jednym dachem: jest to tekst tyleż czcigodny co zachwycający. Konstytucje liczące wieleset artykułów, nadają temu ewangelicznemu życiu typowo dominikańskie oblicze. Nie ma tu nic mglistego. Główne kierunki są wyraźnie wytyczone, tak jak dokładnie określone są różne sposoby postępowania i konkretne przepisy, do których powinny się stosować dominikańskie wspólnoty. Brak też jakiejkolwiek sztywności: każda wspólnota zachowuje szeroki margines własnej twórczości po to, by rozstrzygać o formie, która jej w danych okolicznościach odpowiada. Najbardziej jednak zdumiewającą nowością jest to, że zbiór ustaw od początku pomyślany był jako podlegający zmianom. Konstytucje rzeczywiście przywiązują wielką wagę do tego, by zawsze mogły być poprawiane i przekształcane tak, by w każdej epoce potrafiły jak najlepiej służyć posłannictwu zakonu. Mówienie więc w liczbie pojedynczej o "zakonnym życiu dominikańskim" i to w sposób nie określony czasowo jest poważnym ryzykiem. Po pierwsze: jest ryzykiem utożsamienia żywego organizmu z jego szkieletem. Oczywiście dominikanie mogą zawsze przedstawić listę elementów, stanowiących jakby kościec ich egzystencji. Lecz tylko ona i tchnienie, które ją ożywia, łączy pomiędzy sobą różne wymienione elementy w szczególnego rodzaju ciało. A ponieważ każdy byt jest szczególny, więc istnieje jeszcze drugie ryzyko: standaryzacji. Życie dominikańskie bowiem zostało stworzone dla człowieka, a nie człowiek dla niego.
Nie jest to życie jak w koszarach, ale też nie jak w hiszpańskiej oberży, gdzie każdy przynosi sobie, co chce i spożywa według swego gustu... To życie zobowiązuje; istnieją bowiem pewne reguły gry. I niechaj drzewa nie zasłaniają nam lasu! "Gwiazdorstwo" jest dowodem (i tym lepiej!), że życie zakonne nie tłumi osobowości. Jednakże dominikanie o wielkim rozgłosie nie zawsze dają dokładne wyobrażenie o subtelnej harmonii, umartwieniach i cichych radościach tylu mniej sławnych dominikanów.
Mówmy więc raczej o tym, co wspólnego mają różne sposoby dominikańskiego życia starając się ująć to w punkty. Główną busolą nadającą kierunek każdemu z braci jest kaznodziejstwo. Poświęcamy mu osobny rozdział. Przedmiotem, którym się zajmiemy w tym rozdziale, będą owe główne punkty. Są nimi: życie wspólne i jego obserwancje, rady ewangeliczne, modlitwa liturgiczna i prywatna, wreszcie nauka. Wszystkie one składają się na życie, które nie tylko w swej działalności, ale i w samej strukturze jest apostolskie. Nie ma rozdźwięku pomiędzy tym czym się żyje i tym co się głosi, a nawet pomiędzy środkami i celem. Św. Dominik (a za nim i my, choć nigdy w pełni tego nie osiągniemy) pragnął życia, które dawałoby słowo, i słowa, które byłyby żywe. Wszystkie nasze codzienne czynności jak dzielenie się, modlitwa, nauka, usiłują wzywać do nawrócenia i świadczyć o miłości Boga. Przepowiadanie bowiem nie zaczyna się wtedy, gdy przerywa się życie klasztorne lub osobiste. Wręcz przeciwnie: wartość tego co wyznaje się w domu na własny użytek lub między braćmi, często staje się probierzem wartości tego, co się głosi na zewnątrz. "Lekarzu, ulecz samego siebie". Cztery główne składniki naszego dominikańskiego życia, niezbędne do przygotowania się, by nieść Słowo poprzez góry i doliny, są również potrzebne po to, aby to Słowo, którego jesteśmy nie tylko nosicielami, nas samych przeorało i w nas rosło. Ewangelizacja zaczyna się w domu. Taki przynajmniej wniosek można wyciągnąć z wyraźnego zalecenia św. Dominika, dotyczącego głoszenia Słowa Bożego: verbo et exemplo, słowem i własnym przykładem. Wszystko co za tym idzie ma wartość tylko w tym świetle.
Życie wspólne i jego obserwancje
Klasztor jako podstawowa komórka
Jaki jest pierwszy znak i skutek działania Ducha Świętego w dniu Jego zesłania? Oto ten, że na odgłos szumu ludzie wszystkich krain zbiegają się i trwają, słuchając przepowiadania Apostołów. W różnych czasach podobnie jest z wezwaniem św. Dominika: wywołuje zbiegowiska. Pierwszy poryw powołania dominikańskiego jest z postaci i natury zesłaniem Ducha Świętego; jest to ruch, polegający przez całe życie na gromadzeniu się, mówieniu do siebie i wzajemnym rozumieniu się wokół głoszenia Ewangelii. Podstawowa komórka zakonu jest miejscem i kuźnią zgodności; jest nim klasztor lub konwent (z łac. convenire, razem przychodzić). Tak jak wymóg i obietnica tej zgodności, danej i równocześnie wymagającej budowania, tak i klasztor-konwent nie jest ani domem całkowicie gotowym, ani podróżną gospodą, lecz domem sprawdzania się, wzrostu i rozesłania.
Przede wszystkim chodzi o to, by w zgodzie razem mieszkać. Aby jedni przyjmowali drugich lub raczej jedni przez drugich byli przyjmowani w imię tego samego wezwania i tego Jedynego wzywającego, który nakłania nas do braterskiej równości i solidarności. Następnie dzień po dniu trzeba tworzyć ową kruchą i cenną jednomyślność, zgodnie budując wspólnotowe życie z jego rytmem, obowiązkami i znakami. Pierwszym miejscem powstawania jednomyślności jest bez wątpienia wspólna modlitwa liturgiczna, gdyż wyraża wiarę wszystkich i umacnia ich w miłości. Powrócimy do tego. Na razie należy powiedzieć coś o kapitule.
Kapituła jest zgromadzeniem całej wspólnoty klasztornej. Jej głównym celem nie jest zbieranie się, lecz zarządzanie wspólnym życiem we wszystkich jego sprawach i aspektach. Kapituła wybiera przeora. Przeor za to regularnie zwołuje kapitułę i jej przewodniczy. Do niego należy też mianowanie sprawujących różne urzędy klasztorne: subprzeora, prokuratora (który troszczy się o sprawy materialne braci i klasztoru), kantora (w liturgii), bibliotekarza, zakrystiana itp. Niemniej, by nadać tok życiu klasztornemu, trzeba aby przeor mógł się oprzeć na wszystkich. Obowiązki jednych nie powinny innych pogrążać w beztrosce. Każdy musi czuć się powołany do tego, aby dbał o wszystko: od czystości pomieszczeń do poziomu duchowego, od przyjmowania gości do współtworzenia klimatu ciszy i skupienia, niezależnie czy jest do tego zobowiązany z urzędu, czy też nie. Pierwszym zadaniem naszego przełożonego jest sprzyjanie inicjatywom pobudzającym klasztorną i apostolską aktywność braci.
Stosunki pomiędzy braćmi, co jest do przewidzenia, stanowią główny łącznik pomiędzy każdym z nich a kapitułą. Jeżeli bracia nie porozumiewają się dostatecznie między sobą, to wtedy kapituła drepcze w miejscu, idzie jak po grudzie lub prowadzi do spięć. Wynikają stąd między innymi dwa wnioski. Po pierwsze, że bracia winni są sobie wzajemnie prawdę. Jednym z tradycyjnych sposobów wywiązywania się z tego długu jest to, co nazywamy upomnieniem braterskim, rodzajem wzajemnego pobudzania, wymagającym delikatności i odwagi. Daje to ogromną oszczędność czasu i trudu, gdy przyjmuje się krytyczne uwagi swoich towarzyszy drogi; pogląd brata może sprawić, że uniknę przedwczesnego skarłowacenia, powolnego zdryfowania lub po prostu dumnego osamotnienia. Oczywiście wszystko to pod warunkiem, że ma się odwagę ze sobą mówić — a więc też popełniać błędy w rozpoznaniu... Ci, którzy unikają ryzyka, ponieważ obawiają się karykatury tego braterskiego napominania, (prawda, że bardzo przykrej) muszą jednak przyznać, że zakon nasz nakłania do wzajemnej odpowiedzialności, polegającej nie tylko na tym, by jedni za drugich się modlili, ale również na tym, by się wzajemnie słowem pobudzali i ulepszali.
Trzeba pamiętać przy tym, że prawda bez miłości jest niczym. Jeśli braterskie stosunki nie są nasycone serdecznością i miłosierdziem, to prawda taka wyradza się w policyjną czujność lub apostolat przybierający postać brutalnej kompensacji. Albo też każdy zamyka się w tym, co go dotyczy, klasztor zaś staje się czymś w rodzaju hotelu dla kolporterów Ewangelii. Dziś łatwiej niż kiedykolwiek można ocenić czy w klasztorze panuje serdeczna atmosfera. Powinno się w nim żyć jak w przyjacielskim kole (co nie oznacza, że w cieplarnianym i zamkniętym), dającym wytchnienie (co nie oznacza rozluźnienia). Wszak jednym z owoców Ducha Świętego jest radość, a nie oschłość. Skoro klasztor jest podstawową komórką zakonu, skoro życie wspólne jest dla każdego dominikanina zasadniczym wyborem (a nie rzeczą do wyboru), przeto najważniejszą sprawą jest, by mogły w nim uczestniczyć poszczególne jednostki, których powołaniem nie jest przede wszystkim, by stali się bohaterami, lecz by byli braćmi tworzącymi dom. Stąd wypływa ten drugi wniosek prawa klasztornego: że członkowie wspólnoty winni są sobie miłość, co wymaga wzajemnego obdarzania się zaufaniem i miłosierdziem.
Co się wobec tego dzieje z braćmi żyjącymi poza klasztorem (bracia extra conventum)? W wielu wypadkach ich specjalny status spowodowany jest mandatem apostolskim (na przykład kapelaństwem przy zgromadzeniu sióstr zakonnych) lub, bardziej prozaicznie, względami zdrowotnymi. W innych — a nawet częściowo w tych wyżej wymienionych — przyznajemy, że próba wspólnego życia nie powiodła się. Pozostawmy na boku ocenę odpowiedzialności: z zasady jest ona podzielona. To pewne, że istnienie takich niepowodzeń jest nieszczęściem.
Gościnność
Godne zastanowienia jest wzrastające znaczenie przyjmowania i goszczenia w życiu Kościoła w ogólności, a zwłaszcza w naszych klasztorach. Stają się one jakby punktami styczności także dla innych ludzi, poza samymi braćmi, dla ich przyjaciół, rodzin, braci przyjezdnych lub odwiedzających sióstr zakonnych, dla znakomitych gości i dla stałych lub okresowych bywalców. Modlitwa liturgiczna i stół stanowią okazję do wzajemnych kontaktów, które nie tylko są tolerowane, ale tworzą integralną część klasztornego życia. Myliłby się bardzo ten, kto widziałby w tym tylko modę lub demagogię. "Przyjmowanie" i "dzielenie się" stają się słowami irytującymi z powodu ich nadużywania, można jednak pocieszyć się myślą, że wspólnoty chrześcijańskie, przyswajając sobie te programowe wyrazy nie zrobiły tak złego wyboru; ostatecznie misja ich jest ściśle związana ze zdolnością do przyjmowania drugiego człowieka. Tak jak każda wspólnota chrześcijańska, klasztor dominikański dobrze o tym wie i może to wielokrotnie potwierdzić. Świadectwo zgody i wesołości jest jednym z ważniejszych, których możemy dostarczyć. Owo: "Patrzcie jak oni się miłują!" przewyższa o klasę wszelką apologetykę i elokwencję. Trzeba o tym pamiętać!
Jednakże świadectwo takie tylko wtedy ma szansę przemówić, gdy klasztor znany jest z przestrzegania prawa do oglądania go, a nie z ostentacji. Poza zupełnie wyjątkowymi okolicznościami społeczność dominikańska działa i żyje otwarcie, na widoku i za wiedzą wszystkich. Po cóż się ukrywać? Byłoby paradoksalne, gdyby jakiś zakonnik poświęcony głoszeniu Dobrej Nowiny w sposób dobitny i wyraźny, i służący Kościołowi, czynił z anonimowości uprzywilejowaną taktykę. Zazwyczaj więc samo istnienie klasztoru w jakimś mieście jest już pewną "sygnalizacją". W najwłaściwszy sposób zapewnia ją regularne głoszenie kazań przez braci w miejscu publicznego kultu.
Budynek klasztorny
Zasygnalizowanie istnienia klasztoru nie jest więc sprawą architektury. Ponieważ jednak nie jesteśmy samymi tylko duchami, przeto budynek klasztorny, jego rozmiary i estetyka, miejsce i historia — stanowią czynniki konkretnie wpływające na to co się w nim dzieje. Życie wspólnotowe to również dziedziczenie po przodkach historii zapisanej w kamieniu, a więc trudnej do przemieszczenia. Trzeba powiedzieć, że od jakichś piętnastu lat jesteśmy świadkami pewnego odwrócenia tendencji. Od czasu budowy bardzo wielkich klasztorów okoliczności bardzo się zmieniły (...) Można długo rozprawiać o korzyściach i niedogodnościach wielkich budowli w porównaniu z mini-klasztorami; na ten temat można dyskutować do woli. Postarajmy się jednak z tych dyskusji wyciągnąć trwałe i oczywiste wnioski.
Trudno zaprzeczyć, że dla każdej prowincji dogodne jest posiadanie jednego lub dwóch wielkich klasztorów, mogących spełniać zadania klasztoru formacji. Młodzi wstępujący w życie zakonne, ze względów zarówno duchowych jak materialnych, zyskują na tym, że są zgromadzeni razem. Nie należą też do gatunku bardziej "ściśliwego" niż starsi bracia. Każdy musi mieć swój pokój, powinni też posiadać wspólną salę spotkań, miejsce do modlitwy, bibliotekę, a także opiekunów, wszystko to zaś w otoczeniu zapewniającym minimum piękna i ciszy. Istniejące już klasztory, z grubsza biorąc, zapewniają to wszystko.
Bardzo silne i w istocie słuszne żądanie zapewnienia jak najlepszej łączności braterskiej poddaje surowemu osądowi architekturę, estetykę i umiejscowienie wielu klasztorów. Pod jednym wszakże względem nie można im nic zarzucić: na ogół są one związane z miejscem kultu. Zresztą wielu braci nie przestaje tam żywić nadziei na stopniową realizację planów przebudowy i adaptacji budynków. Jeżeli tak nie jest, to marzą o najbliższej asygnacie do innego, przypuszczalnie mniejszego klasztoru. Niektórzy bracia, obdarzeni pod tym względem mniejszą wrażliwością, potrafią być bardziej umiarkowani przypominając innym, że woń zawartości naczynia nie zależy od jego kształtu. Ich argumentacja zasługuje na to, by ją tu przypomnieć: "Wspólne życie w swej pięknej postaci rzuca blask na brzydki budynek klasztorny, tak jak piękne spojrzenie przemienia twarz".
Pojęcie wspólnego życia nie odnosi się tylko do jednego klasztoru, lecz rozciąga się na całą wspólnotę duchową klasztorów tworzących prowincję dominikańską, stąd zaś na cały zakon. Jest w tym logika, która w niczym nie sprzeciwia się prawu każdej wspólnoty do wyboru i przyjęcia własnego profilu. Wymaga ona jednak, by wybór ten nie dokonywał się kosztem z góry założonego otwarcia na każdy nowy zew. Wspólnota dominikańska, jak każda ludzka wspólnota, potrzebuje dla własnego zdrowia pewnego minimum wymiany. Kiedy prowincjał nie czuje się swobodny przy asygnowaniu jakiegoś brata do danego klasztoru, to można się obawiać, że klasztor ów jest o krok od stania się własną kapliczką i ogniskiem nietolerancji.
Jednym z zasadniczych sposobów wychowania siebie do wspólnego życia jest odsuwanie progu nietolerowania różnic tak daleko jak tylko można, a także umocnienie w sobie pewnej formy odporności. Wielokrotnie powtarzany wysiłek nad prowadzeniem wspólnego życia jest prawdziwą szkołą kaznodziejstwa. Jednomyślność bowiem do której dążymy, a będąca poza zasięgiem ludzkiej woli, lepiej wprowadza w stan łaski niż jakieś pouczenia i jakiś cud. Prędko uświadamiamy sobie własną gwałtowność i słabość. Szczęśliwa to gwałtowność i radosna słabość: otwierają się bowiem na łagodność i siłę Zmartwychwstałego Zbawiciela. "Pokój mój wam daję, pokój mój zostawiam wam". Każda nasza kapituła jest świętem, ponieważ ukazuje zarys tego daru.
Rady ewangeliczne
Mianem tym zwykło się oznaczać trzy śluby: posłuszeństwa, ubóstwa i czystości, które składa podczas profesji zakonnej każdy brat dominikanin i każdy zakonnik. Miłość Boga i bliźniego nie jest w życiu chrześcijanina czymś dowolnym: jest nakazem. Lecz wiązanie się posłuszeństwem wobec przełożonego i jego następców, życie w ubóstwie i czystości na wzór Chrystusa, to szczególny sposób realizowania za życia wierności wielkiemu i jedynemu nakazowi miłości. Pan nasz "doradza" go tym, którzy czują się do tego powołani. Taka propozycja może być przyjęta tylko przez ludzi wolnych, którzy chcą pozostać wolnymi. Raczej należałoby powiedzieć, że chcieliby się nimi coraz bardziej stawać za sprawą łaski Zmartwychwstałego. Insynuowanie, że śluby zakonne są przede wszystkim sprawą przepisów kościelnych których celowość ograniczałaby się do pewnych epok historii Kościoła, jest zamykaniem oczu na to, że wyrażają one w swej głębi doświadczenie Ducha Świętego. To poprzez nie właśnie, w różnych czasach, niektórzy i niektóre uznają siebie za powołanych do tego, by w sposób zgodny z własnym usposobieniem upodobnić się do Pana. Coś albo ktoś w nich tego chce, często wbrew ich broniącemu się ciału. Ich wolność pozostaje nienaruszona. Owo chcenie jest zaproszeniem: można się zgodzić lub uchylić. "Czy miłujesz mnie?" Trzy śluby należą do języka miłości przyjętego przez niektórych po to, by na pytanie, którego sami nie wymyślili, dawać stopniowo, codziennie ponawianą, osobistą odpowiedź.
Takie ukierunkowanie swego życia jest szaleństwem, które uzyskuje status ewangeliczny i kościelny dzięki rozpoznaniu i zatwierdzeniu przez wspólnotę. Czuć się powołanym jest warunkiem koniecznym, lecz niewystarczającym. Jeśli to poczucie nie ma być złudzeniem lub ucieczką, to trzeba jeszcze, aby zostało poddane osądowi braci powołanych do takiej oceny. W życiu dominikańskim trzykrotna ocena nadaje pewną obiektywność publicznemu złożeniu ślubów: głosowanie kapituły klasztornej, głosowanie rady klasztornej i, wreszcie, zdanie prowincjała. Zdarza się, że te trzy instancje nie zgadzają się między sobą. Nasze Konstytucje przewidują i regulują wszystkie możliwe przypadki. Nie chodzi o szczegóły. Istotne do zapamiętania jest to, że każdy brat, który złożył śluby, został przyjęty przez wspólnotę, która wobec Boga oceniła, iż został rzeczywiście powołany. Czy to znaczy, że wspólnota nigdy się nie myli? Bynajmniej. Ma ona zapewnioną obecność Pana, ale nieomylność nie została jej zagwarantowana. Poszukiwanie Boskiej woli nie chroni jej przed błędami oceny.
Złożenie ślubów włącza w rodzinę, której nie trzeba idealizować; ma ona swoje wzloty i upadki, jedni jej członkowie szybko posuwają się do przodu, niektórzy zaś wloką się noga za nogą. Jakże mogłoby być inaczej? Zakon nie jest stowarzyszeniem "czystych i twardych", starannie przesianych przez sito. "Czego żądasz?" pyta przełożony. "Miłosierdzia Bożego i waszego" - odpowiada brat w dniu swojej profesji. Można by wymyślić inne odpowiedzi, np. "środowiska braterskiego działającego według Ewangelii", albo "pełnego ukształtowania". W odróżnieniu od tego podkreśla się, że profesja zakonna, nie będąc zarozumiałą i naiwną deklaracją jakiegoś ideału doskonałości lub żądaniem czegoś, co się należy; jest przede wszystkim paktem miłosierdzia zawartym w sposób najbardziej rzeczywisty z komórką Kościoła, paktem mającym swe atuty i swe braki, szanse życiowe i zagrożenia. Jest to konsekracja przybierająca formę przymierza. "Ja, brat X, przyrzekam Bogu, Błogosławionej Dziewicy Maryi, błogosławionemu Dominikowi i tobie, bracie Y w zastępstwie brata generała Zakonu Braci Kaznodziejów, że według Reguły św. Augustyna i Konstytucji Braci Kaznodziejów, będę posłuszny tobie twoim następcom aż do śmierci".
Posłuszeństwo
Formuła obrzędowa wyraźnie uwydatnia, jak widać, ślub posłuszeństwa. Dla młodego zakonnika zawiera on bowiem w sobie świadomy wybór czystości i ubóstwa oraz postanowienie, by uczynić własnymi prawa i obyczaje obowiązujące w zakonie. Do czego właściwie zobowiązuje ślub posłuszeństwa? Świadomość tego na co naraża (zmiany przydziału i funkcji), to nie to samo co zrozumienie do czego zobowiązuje. Bo wzywa on do o wiele większej rzeczy niż dyspozycyjność ciała i głosu w tych rzadkich chwilach, gdy życie zakonnika w widoczny sposób zbacza z drogi. Posłuszeństwo zobowiązuje do nieustającego słuchania tych wszystkich, przez których Pan daje mi poznać, że moje życie nie należy już do mnie i że straciłbym je, gdybym sam zechciał kontrolować jego bieg. W tym rozumieniu posłuszeństwo staje się uwagą, zwróconą w każdej chwili na wezwania świata i na głos moich braci. Ta mistyka — gdyż o nią tu chodzi i nie bójmy się tego słowa — nie jest równoznaczna z sakralizacją polecenia wydanego przez przełożonego. Jak każdemu człowiekowi może mu zabraknąć odwagi, wyobraźni lub znajomości psychologii, niekiedy nawet wszystkich trzech rzeczy naraz. Ale mamy prawo wierzyć, że nie brak w tym Bożej woli. Nie można więc pomylić jednego z drugim. Przecież Pan Wie, co czyni przez ludzi, którzy nie zawsze są tego świadomi, i dla ludzi, którzy dopiero później to odkrywają. Jeżeli wskazania i polecenia moich braci nie są automatycznie Jego wolą, to rozmowa, którą z nimi nawiązuję na ten temat, może im pomóc w odnalezieniu tej woli. I nawet wtedy, gdy celowość posłuszeństwa zakonnego wydaje mi się niejasna, Bóg chce i może wyciągnąć z niego nieprzewidywane dobro dla mnie i dla innych. Gdy się ma to przeświadczenie i odrobinę poczucia humoru, wtedy posłuszeństwo staje się miłe, ponieważ uwalnia nie od myślenia, rozumienia, tworzenia, których nikomu nie można bronić, ale od własnej arbitralności i egoizmu.
Pełna problemów sytuacja przełożonego jest oznaką jakiegoś zarysowującego się przesilenia, jakiejś ewolucji. Co z tego wyjdzie? Trudno dziś znaleźć na to odpowiedź. Zdaje się, że już ostatecznie (?) minęły czasy, gdy bez żadnego uprzedzenia przerzucano zakonnika z miejsca na miejsce jak pionek na szachownicy. Było to o wiele prostsze, nawet jeżeli więcej kosztowało. Ale amatorzy trudności nie mają czego żałować. Obecny sposób postępowania, polegający na rozmowach z przełożonym dopomagających mu w decydowaniu, by każdy dawał z siebie wszystko co najlepsze, też nie zawsze jest przyjemny. Wzajemne przewlekłe konsultacje są jak nieco gorzka przyprawa, którą dziś daje nam pokosztować posłuszeństwo — ta stała asceza. Współdziałanie nad wypracowaniem jakiejś decyzji rozbija się nagle o "świętą" bierność i rozmaite formy braku odpowiedzialności. Trzeba znaleźć (lub odnaleźć) właściwy model posłuszeństwa zakonnego: pomiędzy postawą szantażu, ograniczającą autorytet przełożonego do roli rejestrująco-nadawczej, a tą drugą, bliską postawie na baczność lub podporządkowaniu, pomiędzy kompromisem będącym dowodem siły a rozlazłą konsultacją w celu zadowolenia wszystkich. Słowem chodzi tu o gotowość bez ograniczeń i o postawę twórczą.
Ubóstwo
Motywacje ślubu ubóstwa są z góry określone. Wyraża on przede wszystkim pragnienie naśladowania Mistrza, który nie miał nawet gdzie skłonić głowy; jest to droga zjednoczenia wykluczającego wszelkie inne przywiązanie. Na tym zresztą opierają się wszystkie trzy śluby i pod tym względem są do siebie podobne. Dążenie do ubóstwa, po to by upodobnić się do ubogiego Chrystusa, jest jedną z najwybitniejszych cech osobowości św. Dominika. Ukazuje ono również, jak reaguje serce człowieka ewangelicznego na skargi i rozpacz biednych jego czasów. Sprzedanie własnych ksiąg z cennymi notatkami po to by dać innym możność życia i samemu żyć pokonując zatwardziałość serca. Zrzucenie balastu, ogołocenie się po to, by Słowo mogło być swobodnie przekazywane. Odrzucenie własności, przepychu, a nawet zupełnie uzasadnionej wygody, całej tej hipoteki obciążającej głoszenie Dobrej Nowiny. I to nie przez pogardę dla świata albo brak zainteresowania rzeczami, które go wypełniają, lecz dzięki jasnemu wyczuciu ich finalnego przeznaczenia, polegającego na tym by służyły, a nie na tym, by im służono. Miłość Chrystusa, aktywne i wnikliwe współczucie, troska o powodzenie Słowa i świadomość, że środki mają służyć do podziału pomiędzy ludzi — to wszystko, jak się wydaje, stanowi główną sprężynę ubóstwa. Gdy owe wszystkie cztery przyczyny wchodzą w grę, wtedy pojawia się Duch Święty. To wiadomo.
W każdym z braci Dominika tkwi wielbiciel Pani Biedy, zakochany, rumieniący się i zakłopotany, nie bardzo zdolny do tego by się oświadczyć. To dlatego, że czuje się skrępowany obecnością innej osoby, z którą od dawna zamieszkuje; w każdym bracie drzemie bowiem także bogaty młodzieniec z poczuciem własności w duszy i bardzo skłonny do usprawiedliwiania się z tego, nawet jeżeli go to szczerze i mocno martwi... Kto go usunie? Prawa naszego zakonu preferują zakochanego. Przed złożeniem profesji brat pozbywa się tego, co posiada i co jeszcze mogłoby do niego należeć z tytułu wykonanej pracy, dziedzictwa czy darowizny. Odtąd uważany jest za kogoś, kto definitywnie wyrzekł się wszelkich roszczeń i gromadzenia dóbr. Wszystko, co będzie mógł zarobić, zostanie przelane do wspólnej kasy. Jeśli będą mu potrzebne książki, to otrzyma je ad usum nie jako właściciel lecz jako użytkownik, na okres tego użytkowania. Bo w życie dominikańskie nie wchodzi się tak jak wtedy, gdy zakłada się rodzinę.
Posłuszeństwo brata niesie pomoc zagrożonemu ubóstwu. Dobrze jest, jeśli od czasu do czasu przejrzy on swoje kąty, by zanadto nie ulegać zawziętemu wirusowi gromadzenia książek, które mogłyby mu być kiedyś potrzebne. Z korzyścią też będzie dla niego regularne zdawanie rachunków bratu prokuratorowi i poddawanie osądowi przeora celowości planowanej podróży, zaliczonej przez siebie do kategorii "podróży apostolskich". Przyzwyczajenie, by zwracać uwagę na drobiazgi, będzie bardzo pomocne w tej świętej wojnie, aby z jaja nie wylągł się smok.
Reguła św. Augustyna nakazuje, by niczego sobie nie zatrzymywać i wszystko czynić wspólnym, tak jak robiła to pierwsza wspólnota wierzących (Dz 4,32). To rozwiązuje sprawę indywidualnego ubóstwa, ale z kolei stawia problem ubóstwa wspólnotowego. Nie można zaprzeczyć względnej wspólnej zamożności Braci Kaznodziejów, mając na myśli tych w Europie. Infrastruktury życia klasztornego, wyposażenie kulturalne i rozległe stosunki, a także, w pewnych wypadkach, ich wpływ na opinię, pozwalają niewątpliwie zaklasyfikować ich do uprzywilejowanych tego świata. Niektórzy spośród braci świeckich, poprzestając na pozorach i nie wnikając głębiej w tę sprawę, mogą okazywać zaskoczenie lub zgorszenie. Dochowując wierności naszemu posłannictwu należy zadowolić te pretensje dopomagając w dochodzeniu do prawdy. Apostolat nasz ma wymogi techniczne: odpowiednie wyposażenie, a także długie kształcenie, które drogo kosztuje. Poza tym konserwacja, podatki, opłaty za świadczenia socjalne, stanowią duże obciążenie budżetów, zwłaszcza w klasztorach starzejących się lub przeznaczonych do formowania nowych kadr. Rozważania na temat finansów wydają się może dość trywialne, ale mogą wykorzenić rozpanoszony jeszcze przesąd, jakoby bracia wspomagani byli przez Rzym lub utrzymywani przez bogaczy.
Trudno oczekiwać od instytucji jako takiej, by sama z siebie dążyła do właściwej przemiany. Ale bracia, którzy ją tworzą, sami winni zrobić gest wyrzeczenia zmieniający oblicze instytucji. Skąd będziemy czerpali natchnienie? Przede wszystkim z samej Ewangelii czytanej sine glossa, to znaczy bez osładzania jej radykalizmu dodatkami dialektycznych syropów. Dzięki radykalnemu wyborowi w tej dziedzinie, życie zakonne albo rozkwitnie na nowo, albo zginie. Wreszcie będziemy je czerpać z jasnej świadomości naszych własnych zadań. Ubóstwo nasze musi pozostać apostolskim, jeżeli ma być ubóstwem dominikańskim. Kwestią przewodnią jest, by przewidzieć taką formę ubóstwa, która odpowiadałaby kaznodziejstwu bardziej swobodnemu i wierzytelnemu. A także radośniejszemu bo mniej skrępowanemu.
Ściślej: chodzi o dającą się potwierdzić zasadę, dążącą do tego, by jedynym słowem zdolnym poruszyć słuchacza było słowo wynikające z ubóstwa paschalnego, a nie z ubóstwa samousprawiedliwiającego się, takiego które o sobie wie i jest swoim własnym posiadaczem. Bliskie śmierci i narodzin ubóstwo paschalne jest zaakceptowanym ogołoceniem się i pasją życia. Pozwala wypowiadać słowo, które jest słuchane. Jest to przywilej słów ostatecznych.
Czystość
Ślub czystości jest bezsprzecznie ślubem najbardziej śmiałym, ryzykownym i najbardziej paradoksalnym. Po to by niepodzielnie przywiązać się do Jezusa Chrystusa i skromnie, lecz swobodnie dawać świadectwo Miłości, człowiek rezygnuje z pójścia "normalną" drogą urzeczywistnienia, praktykowania i wyrażania miłości: nie będzie miał ani ogniska domowego, ani potomstwa. Dla wielu naszych współczesnych stanowi to znak sprzeciwu trudny do przezwyciężenia. Czyż nie lepiej by kaznodzieja trzymał się skromnie dróg wyznaczonych przez Stwórcę? "Nie jest dobrze by człowiek był sam". To nawet jest tak dalece niedobrze, że aż niebezpiecznie... Gdyby czystość zakonna nie miała się niczym różnić od samotności, to trzeba by się obawiać, że zraniona uczuciowość w krótkim czasie zemści się okrutnie. Wypędźcie naturę, a galopem powróci. Wyjaśnijmy więc na początku tych rozważań, że przede wszystkim ten trzeci ślub nie polega na odepchnięciu natury, lecz na przyjęciu mistycznej antycypacji rzeczy przyszłych, której jest się posłusznym. Zanim Bóg-między-nami będzie Wszystkim we wszystkich, zaczyna być Wszystkim dla niektórych: daje im znak, w nich mieszka, daje im braci i siostry, synów i córki. Kto może pojąć niech pojmuje.. Człowiek czysty, prawdziwie czysty, żyjący w małżeństwie czy też w celibacie, jest na pewno najmniej samotny ze wszystkich ludzi. Dziwne to, ale prawdziwe.
Należy podkreślić, że czystość została zlecona każdemu człowiekowi. Jest więc czystość w małżeństwie i czystość w celibacie, zaś czystość zakonna wymaga celibatu bez ograniczeń. Inną rzeczą jest nie żenić się, będąc w wieku do tego odpowiednim, inną zaś żyć w czystości, pozostając nieżonatym. Spójrzcie na Don Juana. Czegoż brakowało temu wolnemu człowiekowi, by żył w czystości? Nie tylko wstrzemięźliwości od stosunków płciowych, ale, co ważniejsze, pewnego dziewictwa pełnego miłości w odnoszeniu się do bytów i rzeczy. Czym byłaby w rzeczywistości czystość ściśle cielesna bez całkowitej czystości serca? I czym byłaby ta ostatnia bez specyficznej czystości oczu, podniebienia, języka, umysłu i tak dalej? Bez odpowiednich wsporników ta katedra się wali. Czy zakonnik żarłoczny przy stole lub w rozmównicy, niepowściągliwy w swoich lekturach i kazaniach, niewstrzemięźliwy i zaniedbujący czujność, jest jeszcze czysty, czy tylko na wpół czysty?
Bez zbytniego zaczerniania obrazu musimy przyznać, że tylko co omówiona czystość "całkowita" dopuszcza istnienie stref cienia w pełnieniu dominikańskiego powołania, w których siedzą wygodnie przycupnięte nasze prywatne demony. Z powodu tego kim jest i tego że żyje, brat kaznodzieja często wystawiany bywa na próbę. Sposobności do spotkań ma nieograniczone i doskonale zna sztukę ujmowania sobie ludzi. Rzeczywista moc cechująca słowo człowieka poświęconego kaznodziejstwu sprawia, że będzie on często w sytuacji sprzyjającej pokierowaniu nią dla własnych celów. Na przykład tworząc przywiązaną do siebie świtę uczniów lub wielbicielek. Albo wywierając zbyt władczy wpływ na danego brata lub "duchową córkę". Albo jeszcze... Ale skończmy lepiej z tym katalogiem słabości i karykatur. Ta niedokończona wyliczanka miała służyć jedynie ukazaniu w sposób bardziej realistyczny tego, że brat nie jest pustelnikiem odciętym od świata, że lubi kontakty z ludźmi i podtrzymuje przyjaźnie. Przede wszystkim zaś, że nie należy sobie wyobrażać jego czystości jako równowagi zręcznego linoskoczka, ale raczej jako nierównowagę-kroczącą, której możliwości ukazują się dopiero wtedy, gdy dąży naprzód, bez spoglądania w tył. Podkreślmy: celibat jest stanem, czystość zaś nim nie jest i nie można się w niej umiejscowić. Jest to rodzaj pędu, który każdego ranka Pan daje zakonnikowi o tyle, o ile on Go o to prosi. To ruch postępowy, którego nie można od razu nauczyć. Tu jak i gdzie indziej człowiek jest grzesznikiem, któremu przebaczono, szczęśliwym że nim jest i pragnącym kochać więcej i lepiej.
Na widnokręgu czystości przyrzeczonej przez brata dominikańskiego należy zrobić miejsce dla tych wszystkich twarzy, które spotka on na swej drodze. Bo to z myślą o nich i po to, by ich bez przeszkody kochać, zgadza się on na tę pozorną śmierć-dla-miłości, którą jest w oczach pospólstwa "wstąpienie do zakonu". "Co stanie się z grzesznikami?" pytał Dominik w modlitwie. Co się stanie z tą wielką liczbą mężczyzn i kobiet, odłączonych od Boga i wyobcowanych z siebie samych, jeżeli nie znajdą na drodze nikogo, kto mógłby ich wysłuchać do końca i z całkowicie otwartym sercem? Czystość przestrzegana i otrzymana przybliża do tych wszystkich, których życie pozbawiło miłości i którzy z tego powodu trzymają się z daleka od objawienia Boga w Jezusie Chrystusie. Właśnie owym "Kumanom" obecnych czasów poświęca się brat składając swoją ofiarę. Kiedy zdarzy mu się odczuwać brak towarzyszki, wówczas bez wątpienia przypomni sobie tę przedziwną alchemię duchową sprawiającą, że jego własne słowo powstałe bez-ogniska-rodzinnego stanie się samo ogniskiem pocieszenia, ciepła i światła, niekiedy nawet, bez żadnej idolatrii, każąc słuchaczom zawołać: "Czyż serce nasze nie płonęło, gdy do nas mówił?" Szczęśliwy ów brat! Już teraz otrzymuje stokrotnie ofiarowując to, czego nawet nie miał. Dzięki działaniu łaski ewangelicznej, której dowody dają święci i której człowiek może doświadczyć, wydobywa ze swego obnażenia skarby serdeczności. Słowo jego nie jest już techniką, ani rolą, ani skłonnością. Ono przemieniło się w obecność, jest dobre jak dobry chleb.
Dyskrecja obowiązuje zwłaszcza w tych dziedzinach. Zamiast wybierać pomiędzy dwiema symetrycznymi skrajnościami (by nie powiedzieć zbyt wiele lub za mało), wybierzmy raczej powierzchowny szkic zrobiony mocną kreską, która łamie lub kruszy grafit ołówka i ukazuje zarys. Gdyż obraz, jaki przybiera przyjęcie Boga w pełnej wolności dorosłego człowieka, jest tak subtelnie zarysowany, tak obfitujący w linie krzywe i łamane, iż naiwnością byłoby próbować odgadnąć i opisać proste linie, które, jak się to mówi, Bóg na nim wpisuje. W każdym razie Jego ręka działa bez przerwy w pośrodku tych wszystkich arabesek. Przede wszystkim dając i inspirując. Niekiedy też odbierając, Zawsze po to by udoskonalić, niczego nie usuwając. To dlatego ostatecznie trzy śluby są, nierozłączne i jak kolory wzajemnie się uzupełniające przyczyniają się do powstania tego osobliwego płótna pod kierunkiem jedynego Mistrza.
Życie modlitwy
"Panie, otwórz wargi moje, a usta moje będą głosiły Twoją chwałę", Tymi pierwszymi słowami pierwszej wspólnej modlitwy dnia prosimy Boga, by udzielił nam słów modlitwy do Niego. Tak, jakby niemota teologiczna była głównym niebezpieczeństwem, przed którym wspólnota kościelna domaga się ochrony i której każdy członek Ciała winien się wystrzegać, zwłaszcza w czasach niewiary.
Istotnie, jak można wierzyć w Boga nie wzywając Go, jak kochać nie wyśpiewując tego, jak mówić o Nim nie mówiąc do Niego? Modlitwa jest tlenem życia Bożego. Bez niej najbardziej wypełnione życie staje się duszne. W tej dziedzinie św. Dominik przekazał w spuściźnie swemu zakonowi przykład człowieka pełnego oddechu, ożywionego, swobodnego dzięki nieustannemu oddychaniu modlitwą "wyzwoloną" w takim znaczeniu, w jakim mówi się o energii; w danym wypadku chodzi o witalną energię adoracji, łączącą czystą bezinteresowność modlitwy pochwalnej z natarczywością i przynaglającym orędownictwem. Na to aby być dominikaninem, trzeba gorliwie i na różne sposoby oddawać się modlitwie.
Modlitwa liturgiczna
Modlitwa liturgiczna gromadzi braci kilka razy w ciągu dnia we wspólnotę kościelną, wprzęgniętą w najważniejsze ze swoich zadań, którym jest zwrócenie się do Pana. Stąd też pochodzi nazwa Officium (łac. obowiązek) nadana tym modlitwom kościelnym odmawianym o stałych godzinach. W większości naszych wspólnot zakonnych są w każdym dniu trzy pory poświęcone wspólnym modlitwom. Rozpoczynają się one Jutrznią (Laudes) i kończą Nieszporami, po których śpiewa się Salve Regina. Niektóre wspólnoty zachowały jeszcze osobno Kompletę, zamienianą na bardziej uroczyste wigilie w przededniu wielkich świąt. Bardzo często Eucharystię odprawia się w południe przed posiłkiem. W ten sposób dzielenie się Ciałem i Krwią Pana ma miejsce w środku dnia, tak jak jest ono ośrodkiem naszego życia. Bracia kolejno przewodniczą koncelebrze. Mogą też wtedy wygłosić krótką homilię, nie wystawiającą na próbę cierpliwości obecnych osób świeckich.
Liturgia dominikańska trwa krótko i jest pełna dynamizmu, unika pompy i zbytniej rozwlekłości. Naturalnie celebruje się ją w sposób podniosły, breviter ac succincte, to znaczy językiem prostym i bezpośrednim. Cała duchowość zawarta jest w tym stylu. Zwięzłość nie ma na celu zaoszczędzenia czasu, gdyż czas kradziony modlitwie nie przynosi korzyści kaznodziejstwu. To raczej sprawa dziecięcej ufności. Bóg nie jest głuchy, toteż rozwlekłość i przeładowanie nie są tu potrzebne. Skromność nie oznacza jednak brzydoty ani banalności. Piękno, oprócz tego, że może być luksusem, jest przede wszystkim głęboką potrzebą, wymogiem prawdy. Trudno mówić o złamaniu zasady skromności wtedy, gdy umiejętności muzyczne śpiewaka potrafią zadowolić prawo do piękna wspólnej modlitwy braci. Raczej cieszmy się tym bez kompleksów! W bezbarwnym i hipochondrycznym świecie zdarza się, że radosna liturgia, choćby trochę upiększona, ma właściwości terapeutyczne, które nadają jej cechę autentycznego apostolatu.
Wspólne odmawianie officium w chórze stanowi jakby matrycę i pierwszą sposobność wyrażania jednomyślności. Zatopieni w rytmie liturgii Kościoła bracia wyciągają ręce do Pana, by otrzymywać codzienną mannę duchowej z Nim łączności. Uroczystości ku czci Chrystusa są również okazją do przemiany grupy ludzkiej w społeczność chrześcijańską. Istnieje też czcigodny poczet świętych, których wstawiennictwu, jako istot zbawionych, możemy się powierzać. Zakon ma swoich świętych i nie przestaje dziękować Panu za to, że ich powołał. Z pozoru należą oni do przeszłości. W rzeczywistości jednak wskazują zakonowi jego perspektywy i pociągają każdego brata, piędź po piędzi, w kierunku jego własnej przemiany. Wyczuwa się, że liturgia jest akceleratorem historii przyczyniając się do tego, by poprzez akt profetyczny przeminęła postać tego świata. Pozwala przeżyć w bezpośredniej wspólnocie najbardziej znaczące doświadczenie, które może spotkać dorosłego człowieka, mianowicie doświadczenie adoracji. Możność zmobilizowania, nawet w sposób niedoskonały, wszystkich swoich człowieczych sił w ofierze Bogu po trzykroć świętemu i nieskończenie miłosiernemu, to niesłychana łaska, której prawdziwą cenę znają ci, którzy są jej pozbawieni. W tej właśnie łasce wyobrażenia rzeczy przyszłych bracia nasi jednoczą się z Chrystusem.
Wspólna modlitwa jako szkoła adoracji i laboratorium przyszłości jest u nas czymś w rodzaju ćwiczeń gimnastycznych, w których ciało się rozpręża, czyniąc ruchy wyrażające jakby tę prawdę, iż zostało ono ochrzczone. Trzeba to uznać za opatrznościowe. Wielu braci dominikańskich, powodowanych temperamentem lub pewną deformacją zawodową, chętnie umieściłoby swoją adorację we własnych zwojach mózgowych, nie angażując w to reszty ciała. Liturgia ofiarowuje coś wręcz przeciwnego. Podsuwa ona duchowi, jak uczynić ciało uległym: krótkie i dłuższe pochylenia głowy i górnej części ciała, znaki krzyża i procesja, dzięki którym brat własnym ciałem czci świętość Boga. Postawa wyprostowana i okresowe skłony, wdech i wydech pełną piersią i bez niepokoju, wszystkie te skromne gesty stają się bardzo pożyteczne dla brata, którego wszystko mogłoby usposobić do tego, by był twardego karku... A już znacznie wcześniej nim powróciła moda modlenia się ciałem, pierwsi towarzysze Dominika przekazują nam, że święty miał co najmniej dziewięć różnych sposobów wyrażania gestem swojej modlitwy.
Modlitwa prywatna
Od samego Dominika wyszła inicjatywa jego prywatne modlitwy i on nas wprowadza głęboko w osobisty wymiar życia modlitwy, wyzwalający tyleż inwencji co wierności. W oznaczonej porze głos dzwonu wzywa wszystkich braci na odpowiednie modlitwy liturgiczne. Lecz do prywatnej modlitwy nic nie nakłania, ani pora, ani sygnał dźwiękowy. Wszystko nawet odstręcza od tego, by się jej poświęcać. Brat kaznodzieja miejski (nie mówimy tu o wiejskich), przytłoczony tokiem pilnych zajęć i napastowany prośbami, będzie próbował zwlekać z tym do spokojniejszej chwili. Ale trud to daremny! Świeccy chrześcijanie dobrze wiedzą, że "okoliczności sprzyjające" do modlitwy nigdy nie przychodzą podane na półmisku. Trzeba używać podstępu zarówno w stosunku do nich, jak i do siebie samego, by zachować i wyostrzyć słuch wewnętrzny. I tu właśnie najbardziej mobilizującym i pobudzającym czynnikiem staje się posłuszeństwo, to samo które każe nam mówić: Abba! Ojcze! Mamy dużo do przyjęcia od poprzedników: tradycję duchową, słownictwo, gramatykę zachowań i sposoby modlitwy, między innymi różaniec. Nie przeszkadza to temu, że brat kaznodzieja z pomocą wszystkich tych środków powinien konstruować własną modlitwę lub raczej można powiedzieć: swobodne słowo, to jedyne "Oto jestem", streszczające całe życie w jednym "tak", którego nikt nie może za niego wymówić.
Ta osobista modlitwa naznaczona jest naszym życiem apostolskim. Są w niej obecne napotkane i ukochane twarze tych wszystkich, których się oświeciło lub zawiodło, albo dla których nic już więcej nie potrafimy zrobić, a także tych znanych i nieznanych, którzy oczekują od nas zwiastowania Dobrej Nowiny. Brat przynosi i ofiarowuje w przybytku swej modlitwy wszystkie te wysłuchane zwierzenia, przeczuwane bóle i podzielone pragnienia. Jakże mógłby robić inaczej? Dzięki powołaniu zostało mu zlecone towarzyszenie krok za krokiem zabiegom małej cząstki społeczności ludzi jego czasów. Dlatego modlitwa jego będzie odbiciem tej symbiozy. Będzie więc śpiewem dziękczynnym szczęśliwych; w łączności z wahającymi się, rozczarowanymi lub zbuntowanymi stanie się ostra i natarczywa, a nawet nękająca Pana z uporem, z którego Dominik uczynił cnotę. W każdym jednak wypadku użyczy ona swego głosu jękowi stworzenia, wyzwalającego się z bólu: Jest to kapłaństwo duchowej łączności świętych.
Z etapu na etap, stale "zachowując wszystkie te wspomnienia w swym sercu", brat dostępuje wprowadzenia w kontemplacyjny wymiar swego życia modlitwy, w którym chodzi już tylko o nieustające wezwanie przez tajemnicę Boga. "Nieustannie się módlcie"; oto pewnego dnia (trudno wytłumaczyć dlaczego i jak) brat odkrywa, że jego czynne życie ma sens jedynie wtedy, gdy wzbogaca je, odświeża i zasila obcowanie z Panem. Jest to dążenie pełne miłości, stanowiące najtajniejszą cząstkę każdego człowieka. Niestety, słowa zawodzą, jeżeli tylko one mają wytłumaczyć co to jest kontemplacja. Poufna rozmowa? pełna zachwytu uległość? zapamiętanie pełne czci? odważna zażyłość? Wszystkie te porównania wydadzą się podejrzane komuś, komu brak intuicji i kto nie doświadczył tego wezwania oraz tej wewnętrznej przemiany, którą ono za sobą pociąga. Dla innych będzie to oczywiste (jeżeli dotąd nie było), że życie dominikańskie zbudowane jest całkowicie na więzi pomiędzy obecnością dla Boga a obecnością dla ludzi. Jedna bez drugiej nie może istnieć. Dominikanin starający się prowadzić swych współczesnych i służyć im, byłby fałszywym prorokiem, gdyby nie rozpoczynał swego dzieła doznaniem światła Bożego. Nasza dobrze znana maksyma jasno to wyraża: Contemplare, et contemplata aliis tradere. W wolnym tłumaczeniu znaczy to: jeśli długo nie patrzysz na swego Pana, to nie masz nic do przekazania innym.
Życie nauki
Dominikańska "etykietka", chcąc nie chcąc, jest ciągle w oczach wielu ludzi synonimem "patentowanego intelektualisty". Stosownie do tego wyjątkowo uporczywego szablonu uważa się nawet, że dominikanie wraz z różnymi znakomitościami mają przywilej należenia do inteligencji duchownych. Cóż za niesprawiedliwość w tym myślowym skrócie w stosunku do tylu uczonych kapłanów! Skądinąd pod płaszczykiem tej opinii można by się dopatrywać odrobiny przewrotnej ironii. W czasach wojującego antyintelektualizmu nasi laureaci słusznie mogliby podejrzewać, że w ten sposób przyznaje im się palmę pierwszeństwa w sztuce... komplikowanie rzeczy prostych gmatwaniną wykrętnych rozważań. Ale jak jest naprawdę? Jakie miejsce wyznaczył św. Dominik życiu i pracy umysłu i właściwie w jakim celu? Powinniśmy i to rozważyć.
Praca "podporządkowana służbie zbawienia"
Narodziny zakonu zbiegają się w czasie z ruchem tworzenia uniwersytetów i doniosłości tego historycznego faktu nie sposób przecenić. Głęboko świadomy znaczenia, dla sprawy wolności, zespołu zjawisk wytworzonych przez kulturę, św. Dominik wolał wysyłać braci ("wiem co robię"), by przygotowywali się do życia apostolskiego w tych ośrodkach, w których wykuwają się i tworzą nowe formy. I bynajmniej nie tylko po to, by w porę czy nie w porę zabierali się do głoszenia kazań ani by wiedli tam życie klasztorne, ale żeby studiowali. By przez to zbliżyli się i poczuli solidarni z tą duchową przyszłością, która się tam wykluwa. I aby w tym zetknięciu pomiędzy ludźmi Bożymi a propagatorami nowej kultury mogło dla dobra wszystkich płonąć światło Ewangelii.
Należy to zawsze podkreślać, że celem, do którego nasz założyciel dążył z pomocą tego niezwykłego środka i który w następstwie rządzi naszym życiem nauki, jest zbawienie ludzi. "Nasza praca umysłowa winna zmierzać głównie, usilnie i z największą troską do tego, byśmy się stawali przydatni bliźniemu", jest więc ona całkowicie "podporządkowana służbie zbawienia". Oto filozofia i teologia wciągnięta w służbę miłosierdzia, niezależnie od tego, co może wyniknąć z ich koegzystencji. Ani status, ani finalne znaczenie życia umysłowego dla brata kaznodziei nie zależą od tego, czy będzie on "zwykłym duszpasterzem" czy mistrzem teologii, katechetą czy kaznodzieją w wielkim stylu, księdzem robotnikiem czy doktorem Kościoła. Wielu braci stanie się wykładowcami i będą wieść żywot profesorów, prelegentów, animatorów sesji. Inni zajmą się sekretarzowaniem i rozpowszechnianiem jakiegoś pisma. Jeszcze inni będą mogli oddać się całkowicie badaniom lub redagowaniu artykułów i książek, składających się niekiedy na prawdziwe dzieło. Inni wreszcie, nie zajmując się żadną z wymienionych czynności, również będą kroczyć drogą pracowitego trudu refleksji. Wszyscy jednak, bez wyjątku, będą się starali ustawicznie służyć Kościołowi i bliźniemu, nie troszcząc się o robienie kariery lub wydawanie czegokolwiek na swój własny rachunek i wyłącznie dla własnej satysfakcji. Nade wszystko nie należy depozytowi wiary przeciwstawiać obowiązku myślenia i służby bliźniemu, ani przyjemności pisania i wierności. Przyjemność sama ma swoje prawa, a służba swoje radości. Pasja rozumienia czy analizowania albo wyrażania szybko stałaby się nużąca, gdyby nie kiełkowało pod nią pragnienie miłowania, z natury swojej odśrodkowe, nawet jeżeli uszczęśliwia nas ono z nadmiarem. Z mnogości znaków tworzących kultury i społeczności, brat kaznodzieja który je bada, odczytuje ludzi, mężczyzn i kobiety oraz słowa będące jakby ich podpisami. Wolnych i niewolnych, statecznych i pełnych fantazji, swojskich i dziwacznych, wszystkich ich słucha tak długo, aż posiądzie ich mowę. Jest w nim bowiem coś z tłumacza. "Sukces" jego życia umysłowego mierzy się ostatecznie tym, czy jest ono dobroczynne. Bo wiedza nieprzydatna drugiemu, to wiedza, krótko mówiąc, w ogóle nieprzydatna. Wiedza, która gorszy, nie będzie miała pomyślnej przyszłości, bo prawda, ta Jedyna niezbadana, daje wolność nie raniąc. Oto proste kryterium, nastręczające się naszej deontologii, by ocenić przydatność albo szkodliwość naszych prac, zwłaszcza ich publikowania.
Wszystko dla Słowa Bożego
Możemy być "przydatni bliźniemu" tylko w takiej mierze, w jakiej pozwolimy Słowu Bożemu wypełnić nas samych i nasz umysł. Biblia stanowi zawsze pierwszy i stały przedmiot naszych badań i rozmyślań. Czy się ją uważa za lectio divina, czy traktuje powierzchownie jako epopeę, czy analizuje się ją poprzez silne soczewki subtelnej egzegezy, czy też kartkuje mimochodem, zawsze poddaje się ona bezbronnie naszym dociekaniom, przytoczeniom i wszelkim innym sposobom jej użytkowania. Słabość i kruchość Słowa Bożego! Czegoż nie każe mu się powiedzieć! Ani Tradycja ani Magisterium nie potrafiłyby uchronić go od nadużyć, gdyby zawarta w nim wielokształtna mądrość nie miała tej przedziwnej mocy przenikania do czytelnika i podbijania go w chwili, gdy ów wyobraża sobie, że je zrozumiał. Oto moc i skuteczność Słowa Bożego! Jakąż żywotność i dynamikę ma to Słowo, zdolne poruszyć człowieka. zwrócić się do niego i wywrzeć wpływ nawet wtedy, gdy człowiekowi wydaje się, że bada zaledwie ślady tego Słowa, jego nikły osad na nieczytelnych księgach, interpretację w teologicznych pismach Ojców albo normatywny rozwój w dogmatach soborowych i pouczeniach Kościoła. Ale skoro zostaną odczytane i przyjęte z wiarą, zinterpretowane przez dzisiejszy Kościół i przyswojone w miłości. której pilno słuchać swego Boga i dosięgać każdego człowieka, wówczas przestają to być tylko dokumenty. Z tego też powodu brat, który się nimi zajmuje, różni się zasadniczo od historiografa opinii i doktryn powstałych z chrześcijaństwa. Kiedy Bóg mówi w Kościele, wtedy teologia jest możliwa, a głoszenie Słowa staje się pilną koniecznością. Pomiędzy różnymi epokami wiary ustala się związek zapowiadający czasy, które wprowadza apostolat. Historia zbawienia toczy się dalej. Święta księga jest do niej kluczem, zwłaszcza ta księga ksiąg, którą jest Krzyż. Jest teologiem ten, kto z pomocą tego klucza niestrudzenie otwiera tajemnice tego świata i przygotowuje umysły do zrozumienia tajemnicy miłości Bożej. Praca bez końca...
Asceza nawrócenia
Jeśli się dobrze zastanowić, to nasz wysiłek umysłowy zwrócony ku bliźniemu i grawitujący wokół Objawienia polega na uprzednim założeniu ufności. Warto to wyraźnie podkreślić. Życie wiarą w Chrystusa dąży samo z siebie do rozwoju, najpierw zaczynając od samego tylko przyjmowania, przechodząc następnie do rozumienia i do wyrażania siebie, co czyni zadość słusznym żądaniom umysłu: fides quaerens intellectum, wzrost wiary żywej pozwala jej rozważyć i przemyśleć w sposób coraz bardziej adekwatny to co głosi. Tradycje duchowe i teologiczne różnią się właśnie w ocenie owego dążenia w łonie ludzkiego aktu wierzenia. Nasza tradycja, biorąca swój początek w Dominiku i przedstawiona przez Tomasza z Akwinu lub Alberta Wielkiego, wyraźnie potwierdza, że żądania wiary dążącej do rozumienia nie można ani odepchnąć, ani nawet uważać za podejrzane. Credo quia absurdum, ale wiara zwykłego robotnika nie jest tego rodzaju co wiara, którą zazwyczaj żyje brat kaznodzieja. Ani taka, jaką wyraża "Zakład" Pascala. Istnieje u nas coś, co można by nazwać optymizmem "nabytym przez chrzest", odważnym wobec życia umysłowego; sakrament wiary ma z czego obmywać szare komórki, oczekujące nadprzyrodzonego oświecenia. Brat kaznodzieja nie tylko po to oddaje się studiom, aby nauczyć się porozumiewać z drugim człowiekiem, ale także po to by poprzez ascezę nawrócenia, z którą czuje się złączony, stać się samemu jakby w pełni ochrzczonym. Zaczyna więc szanować żądania swego umysłu po to, by móc je szanować u drugich. Co jak co, ale apostolat trzeba zaczynać najpierw od siebie. Zamiast nakazać milczenie lub próbować udusić własnymi rękami agnostyka, mędrka, trochę ateusza lub poganina oddającego cześć bałwanom, którzy są we mnie, bez nadmiernej ustępliwości, ale i bez brutalności, poświęcę czas i środki, by ich wysłuchać i odeprzeć zarzuty; wolę ich odstępstwo od unicestwienia, zaś ich nawrócenie będzie sto razy lepsze od apostazji...
Zgodnie z tym co tu powiedziano, każdy klasztor dominikański jest klasztorem studiów, a każdy dominikanin- wiecznym studentem. W każdej z naszych wspólnot jeden z braci jest specjalnie upoważniony do podnoszenia i utrzymywania poziomu intelektualnego wszystkich. Konstytucje nasze w tym punkcie, jak i w tylu innych, podkreślają naszą wzajemną zależność. Toteż "dni skupienia", zorganizowane spotkania, poświęcone są temu, by lampy nie gasły z braku paliwa. System intensywnej wymiany winien być stale w ruchu. Duże znaczenie może tu mieć wspólna biblioteka zwłaszcza tam, gdzie udostępnia się ją świeckim. Wreszcie czynnikiem determinującym będą też często siedziby uniwersyteckie. Bez pretensji do monopolizowania (co byłoby śmieszne) nosimy w naszych genach zażyłość ze światem uniwersyteckim, który w bardzo wielu przypadkach powiększa przez to swój zasięg. Przykład tych dominikanów, którzy dawno przekroczywszy statystyczny wiek zapisów siedzą w ławach studenckich, tłumaczy się sam. Choć może on skłaniać do uśmiechu, to raczej budzi podziw, że można chcieć bez końca się uczyć. I powinien by mieć naśladowców.
Nauczyć się uczyć
Ale żeby chcieć się uczyć, trzeba choć raz w życiu, i jeśli to możliwe niezbyt późno, nauczyć się uczyć. Chociaż dominikanin z powołania jest wiecznym studentem, to niemniej można wyróżnić w jego życiu "okres studiów" czyli studiów początkowych. Większość kandydatów do życia dominikańskiego w chwili gdy się u nas zjawiają. jest studentami albo też byka studentami. Wstępując do zakonu powinni wiedzieć, że przejdą pewien okres studiów trwających pięć do dziesięciu lat w zależności od stopnia chrześcijańskiej kultury, wieku, chęci i zdolności zainteresowanego. W każdym razie cykl kształcenia umysłowego musi obowiązkowo obejmować fazy, które wyszczególnimy. Nowicjat tu się nie liczy. Zasadniczo jest to rok rekolekcji, niejako narzucający ugorowanie neuronów ściśle intelektualnych, nawet jeżeli w tym czasie bracia zaczynają zapoznawać się z Biblią i z Tajemnicą Zbawienia, czy choćby z nauką języków. Prawdziwy początek studiów następuje po złożeniu zwykłej profesji. Dwa lata przeznacza się na nabywanie znajomości dyscyplin świeckich, z drugiej zaś strony na naukę o źródłach, metodach i pomocach w teologii. Wreszcie następują lata studiów teologicznych w ścisłym znaczeniu tego słowa. W końcu (lecz nie bierzmy tego słowa na serio) następują lata studiów specjalistycznych. Konkretne zasady, programy i okresy trwania studiów tak bardzo różnią się w poszczególnych ośrodkach i dla poszczególnych braci, że wchodzenie w szczegóły nie wydaje nam się możliwe.
Na zakończenie rozdziału słówko o duchu tych lat formowania. Czego można oczekiwać od przyszłego apostoła w ciągu tego nieraz surowego i często sztucznego okresu jego życia? Otóż tego, by umiał połączyć uległość z odwagą, wierność z oryginalnością, uczciwość z wielkodusznością. Cóż za wymagania! Chcemy rzeczy niemożliwych. Nic na to nie poradzimy: powołanie dominikańskie jest bowiem strukturalnie "zarozumiałe", (co od zarozumiałości chroni, albo i nie, tych którzy mają to powołanie...) Niech nam będzie wolno jednak przedstawić przynajmniej naszą szczególną sytuację. Poświęceni kaznodziejstwu oraz nauczaniu, czyli przekazywaniu wiary, czujemy się powołani do tego, by talent ten zaowocował w postaci takiego sposobu wyrażania który byłby zarazem ścisły i osobisty, powściągliwy i odważny. Lecz nie jest rzeczą łatwą zrobienie gorliwego i uczciwego sługi Kościoła z tej małej i pośledniej części ciała, którą jest język, a także nauczenie się władania piórem, często będącym naszą protezą. I to w taki sposób, by słowa nie sprzeniewierzały się temu, co pragnęlibyśmy przekazać. Całe nasze studia przepojone są ideałem przejrzystości, o którym dobrze wiemy, że jest nieosiągalny, ale z którego nie możemy zrezygnować. Wyznajmy więc, iż najwłaściwszą rzeczą jest zwrócić się w modlitwie do Kogo należy: "Panie, źródło wszelkiego Słowa, które tak dobrze jest słuchać i przeżywać, oby Duch Twój Święty pozwolił pracom i słowom moim przyczynić się do tego, by Dar który czynisz z Twojej obecności oraz wyznane i niewyznane dążenia ludzi wymieniły się wzajemnie w wolności i miłości. Przez Jezusa Chrystusa, Syna Twego umiłowanego. Amen".
tłum. Teresa Hauke-Pacewiczowa
« powrót














