Uświadomić sobie swój grzech — to bardzo dużo, ale jeszcze nie wszystko. Można stale powtarzać „moja wina, moja wina” i dreptać w tym samym miejscu.

Grzech, jak mówi katechizm, to przekroczenie przykazania Bożego. Definicja, która mówi o zakazie. Kiedy mówimy dzieciom: — Nie rób tego czy tamtego — nasze przykazania też są zakazami. Dziesięć przykazań Bożych też zostało danych w formie zakazów ludziom prostym.

Z nauki Pana Jezusa możemy wyczytać inną definicję grzechu: grzech popełniamy wtedy, kiedy — mogąc wybrać — wybieramy nie Boga, lecz zło.

Wybieram kłamstwo, a nie Boga, który jest Prawdą.

Wybieram nienawiść, a nie Boga, który jest Miłością.

Wybieram złość, a nie Boga, który jest Dobrem i Przebaczeniem.

Wiem, że Bóg, który mnie kocha, jest. Modlę się do Niego, wierzę w Niego, lecz nie wybieram tego, czego On chce.

Kiedy mam możliwość wyboru, a nie wybieram Boga, wtedy zawsze grzeszę.

Grzech to złamanie przykazań Bożych, niewierność, ale grzech jest przede wszystkim odwróceniem się od Pana Boga.

Ludzie zatracili jego wagę.

Grzechem głównym nie jest to, że w piątek zjadłem kiełbasę, ale to, że zerwałem przyjaźń z Bogiem.

Mówią, że grzech jest podobny do choroby. Podobny jest i trochę niepodobny. Choroba zawsze, prędzej czy później, daje o sobie znać. Grzech raczej nie lubi, żeby go przypominać, i chce się z nami zżyć. Większy grzech czasem niepokoi, ale potem człowiek się uspokaja, asymiluje grzech i usprawiedliwia się.

Każdy dobry lekarz ma ogonek pacjentów przez cały rok. Natomiast konfesjonał często jest pusty. W pierwszym wypadku czekamy na lekarza, w drugim — Bóg czeka na nas. Nieraz na próżno.

Często choroba przychodzi po to, aby przypomnieć nam o grzechu.

6345981504_2161bff12b_b

fot. flickr.com / martinak15

Zobaczyć swój grzech

„Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i siedzieli wraz z Jezusem i Jego uczniami. Widząc to, faryzeusze mówili do Jego uczniów: »Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?«” (Mt 9,10–11).

Gorzkie żale faryzeuszów na myśl o Jezusie, złe pretensje, dlaczego chodzi do grzeszników i celników, dlaczego z nimi jada i pije.

Faryzeusze uważali się za czystych i stronili od grzeszników. Nigdy nie usiedliby z nimi przy jednym stole, brzydzili się samego talerza, samej łyżki, których dotknął grzesznik.

Może to, co powiem, będzie dziwne, ale jakie to szczęście uświadomić sobie, że jesteśmy grzeszni! Jakie to szczęście zobaczyć swój grzech, bo właśnie wtedy przychodzi do nas Pan Jezus.

Niby to łatwe, a jednak ileż razy nie widzimy swojego grzechu i uważamy się za lepszych. Chociaż stale w sumieniu dyskutujemy z głosem Boga, nieraz nie wiemy, co jest grzechem. Jak dobrze uświadomić sobie, że Jezus do nas przychodzi, może wędruje z nami po ulicach, a kiedy zasypiamy i gdy lampa już zgaśnie, podpowiada nam przez sen święte myśli.

Jezus nie tylko jadł i pił z grzesznikami, ale i szedł na śmierć nimi otoczony. W tłumie, który odprowadzał Go na Kalwarię, były tylko trzy jasne gwiazdy na bardzo ciemnym niebie: Matka Boża, święty Jan Ewangelista i święta Maria Magdalena. Cyrenejczyk był zmuszony do dźwigania krzyża i raczej przez grzeczność robimy go półświętym. O Weronice Ewangelia nic nie mówi i podejrzewa się, że wymyślono ją raczej, by ładniej było w czasie drogi krzyżowej. Płaczące niewiasty były w pierwszych wiekach uważane za grzesznice. Mówiło się, że pocieszały Jezusa, ale one raczej przeszkadzały, nie rozumiejąc Jego misji.

Jezus szedł od eleganckiego grzesznika Piłata, który umył ręce, do ordynarnego grzesznika, żołnierza, który Go okradł, a potem nieumytymi rękoma grał w kości pod krzyżem.

5903426940_08f92f9a42_b

fot. flickr.com / risaikeda

Jakie to szczęście uświadomić sobie, że jestem grzesznikiem, bo Jezus nie brzydzi się grzesznikiem, modli się za niego, chce być razem z nim, pragnie jego nawrócenia.

Uświadomić sobie swój grzech — to bardzo dużo, ale jeszcze nie wszystko. Można stale powtarzać „moja wina, moja wina” i dreptać w tym samym miejscu. Trzeba jeszcze stanąć po stronie Matki Bożej, świętego Jana Ewangelisty i świętej Marii Magdaleny, aby z Jezusem nie tylko jeść i pić, ale cierpieć i modlić się.

Droga grzesznika

Jaki jest nasz stosunek do cudzych grzechów? Najczęściej cudze grzechy są tematem plotek, obmowy, nieraz cichego zadowolenia, że to my jesteśmy lepsi, a tamci gorsi; są tematem świętego oburzenia, jak takich ludzi może nosić święta matka ziemia.

Przypomina się przypowieść o synu marnotrawnym.

Jak do syna marnotrawnego odniósł się jego rodzony brat? Tylko on nazwał brata marnotrawnym, bo ojciec nazwał go umarłym, który ożył, zgubionym, który się znalazł. Może brat uważał brata za złodzieja? Może uważał, że to jemu, starszemu, należy się więcej majątku? Był zazdrosny o to, że ojciec dał bratu pierścień, sandały i cielęcinę na kolację!

Służący ojca syna marnotrawnego prawdopodobnie podglądali go. Może część śledziła go i donosiła rodzonemu bratu, że zadawał się z nierządnicami?

Właściciel świń, który go zatrudniał, uważał go za niewolnika, Żyda traktował jak rzecz. Może nawet śmiał się z niego, że jako Żyd, dla którego wieprzowina była trefnym mięsem, musi świnie tuczyć dla pogan?

Może służący właściciela świń — ponieważ był głód w całej okolicy — pilnowali go, by nie zjadł czegoś poza tym, co jedzą świnie?

Droga krzyżowa syna marnotrawnego. Gehenna człowieka, który zgrzeszył, oddalił się od Boga, który nie ma nikogo, kto chciałby mu sercem pomóc, którego nikt już nie rozumiał poza jedynym kochającym go ciągle ojcem.

„Nie rzucajcie swych pereł przed świnie” (Mt 7,6). Syn marnotrawny został rzucony jak prosiak pomiędzy wieprze, by wrócić jako perła, kryształ czystego żalu za grzechy. Kto to rozumiał? Tylko jeden ojciec.

2403546361_5987f4c7db_o

fot. flickr.com / Pensiero

Jezus, który o ojcu mówi jako o Bogu, podkreśla, że Bóg ani nie nazwał go marnotrawnym synem, ani nie wypominał mu, że zadawał się z nierządnicami, ani nie traktował go jako niewolnika. Kiedy syn przyszedł i zaczął się spowiadać, przerwał jego spowiedź, nie doszukiwał się, z kim i jak grzeszył. Wysłuchał tylko pierwszego zdania: „Zgrzeszyłem przeciwko Bogu i tobie”.

Jaki jest nasz stosunek do cudzych grzechów?

Czy nie rozgłaszamy ich niepotrzebnie?

Czy nie ma w nas zadowolenia, że ktoś jest gorszy i to jemu powinęła się noga, nie nam?

Czy uprzytomniamy sobie, jaką drogę grzesznik nieraz przechodzi? Drogę, na której uczy się z samego grzechu, do jakiego stopnia odziera on człowieka z godności.

Żal za grzechy

Jest różnica między przebaczeniem a żalem. Czasem można przepraszać z przyzwyczajenia, z grzeczności, wyrachowania, a nie żałować. Czasem można bardzo żałować, a nie potrafić przebaczyć.

Żal jest większy od przeprosin. Bóg pragnie wzbudzić w nas żal za to wszystko, co zmarnowaliśmy w życiu.

Choćbyśmy nie umieli przeprosić, mamy wzbudzić w sobie żal syna, który wraca do Ojca.

Żal za grzechy jest najważniejszy. Ważniejszy nawet od wszystkich wyznanych grzechów, bo przecież można wyznać wszystkie grzechy i nie żałować.

Czy naprawdę żałujemy? Czy spowiedź święta jest dla nas przeżyciem, czy tylko formalną oprawą?

Czy umiemy przeżyć ból z powodu tego, że ktoś przez nas cierpiał, że skrzywdziliśmy kogoś, obmówiliśmy?

Czy umiemy żałować tych, którzy przez nas zostali skrzywdzeni?

Rozmowa

Rachunek sumienia znany był już w starożytności. Pitagorejczycy stawiali sobie przed snem trzy pytania: 1. Co dobrego zrobiłem w tym dniu? 2. Co zrobiłem złego? 3. Jaki obowiązek opuściłem?

Przy takim rachunku sumienia rozmawiali z samym sobą. Kiedy ktoś zrobił coś złego, wściekał się na siebie. Kiedy zrobił coś dobrego, był z siebie zadowolony. Pogański rachunek sumienia.

Rachunek sumienia chrześcijanina ma być rozmową z Panem Jezusem.

Czy nie zdradziłem Ciebie?

Czy nie opuściłem Ciebie w ciągu dnia?

Czy może myślałem o sobie, a nie o Tobie?

Nasz rachunek sumienia nie ma być spotkaniem z własnym sumieniem, ale spotkaniem z Jezusem. Mamy dostrzec przychodzącego Jezusa nawet w łasce, która pobudza nas do czynienia rachunku sumienia.

13043337905_df98591bff_c

fot. flickr.com / disegna

W modlitewnikach dla dorosłych w rachunku sumienia są pytania twarde i oficjalne: „Czy zgrzeszyłeś? Czy przekroczyłeś przykazanie?”. W książeczkach dla dzieci są inne: „Czym zasmuciłeś Pana Jezusa? Czy Jezus płakał dzisiaj przez ciebie?”. Pytania wypowiedziane językiem dzieci Bożych są piękne i bardzo ważne.

Czy jestem chrześcijaninem?

Chociaż mam metrykę z pieczątką kancelarii parafialnej, czy naprawdę jestem chrześcijaninem? Czy naprawdę w moim życiu Pan Jezus jest realny? Czy żyję konsekwencjami Ewangelii?

Chrześcijanin nie uśmiecha się, słuchając słów: „Szczęśliwi ubodzy”. Wie, że pieniądze mają wartość, ale nie jest ich niewolnikiem.

Nie uśmiecha się, kiedy słyszy słowa: „Szczęśliwi cisi”. Pamięta, że w tym samym czasie, kiedy żył Herod, żył święty Józef. Herod, wielki krzykliwy władca, tupiący nogami po czerwonym dywanie, Józef, cichutko pukający do drzwi, niewpuszczony na nocleg. Herod, po którym została smutna plama w historii, Józef, cichy, wyrzucany człowiek, który ma swoje pomniki, kościoły, lilie w rękach.

Chrześcijanin nie uśmiecha się, kiedy słyszy słowa: „Szczęśliwi, którzy płaczą”. Wie, że ten, który boleje, będzie pocieszony, bo odkryje sens swojego cierpienia.

Nie uśmiecha się, kiedy słyszy słowa: „Szczęśliwi czystego serca”. Nie uważa, że czystość jest niemożliwa, ponad prawami natury. Wie, że czystości nie można zachować bez wiary i łaski.

Nie uśmiecha się, kiedy słyszy słowa: „Szczęśliwi ci, którzy czynią pokój”. Nie myli pokoju ze spokojem, świętym spokojem. Wierzy w to, że szczęśliwy nie jest ten, który wnosi święty spokój, klajstruje i łagodzi, ale ten, który przynosi prawdziwy pokój, oparty na ładzie wewnętrznym.

Nie uśmiecha się, kiedy słyszy słowa: „Szczęśliwi sprawiedliwi”. Nie wierzy, że sprawiedliwy to ten, kto walczy o swoje prawa, walczy z krzywdą, która go dotyka. Wierzy w to, że ma mu wystarczyć tyle, ile otrzymał od Boga.

Nie uśmiecha się, kiedy słyszy słowa: „Szczęśliwi miłosierni”. Wie, że jeden Bóg jest miłosierny, a człowiek jest żebrakiem, bo tak wiele od Boga otrzymuje. Przez świadomość, ile otrzymuje od Boga, sam chce dawać innym. Jest miłosierny, ponieważ jest wzruszony miłosierdziem Boga w stosunku do niego.

Nie uśmiecha się, kiedy słyszy słowa: „Szczęśliwi prześladowani”. Wierzy, że jeśli spotka go coś ciężkiego, otrzymuje to z rąk samego Boga. Jest szczęśliwy, że Bogu może dać coś zupełnie bezinteresownie. Z ręki Boga przyjmuje wszystko, by spełnić to, czego On pragnie.

Być chrześcijaninem — to po prostu żyć błogosławieństwami, które wygłosił Pan Jezus, wypełniać serce Ewangelii świętej.

Czy naprawdę jestem chrześcijaninem?

Jakim jestem chrześcijaninem?

Każdy chrześcijanin, który otrzymuje chrzest i któremu malują na czole znak krzyża, w jakiś sposób bierze udział w kapłaństwie Chrystusa. Dostał Chrystusa nie tylko dla siebie, ale po to, by Go podawać innym.

Chrześcijanie przypominają ewangeliczne panny, które strzegły lamp.

Tylu biesiadników poszło na wesele, ale nikt ich nie osądził, czy spóźnili się, czy nie, czy ich lampy kopciły, czy pogasły. Sądzone były tylko panny.

Dlaczego Jezus–Oblubieniec powiedział im: „Nie znam was”? Dlatego, że wymyślił je jako powołane do strzeżenia światła. One natomiast powykrzywiały siebie, stały się inne, zupełnie nie do poznania, nie takie, jakimi miały być.

Każdy z nas jako chrześcijanin odpowiedzialny jest za wszystkich na całym świecie. Odpowiedzialny, a nie zarozumiały. Dziewięćdziesiąt dziewięć owiec nie beczało nad jedną: „Jesteś paskudna, a my święte”, tylko na pewno beczały nad sobą: „Nie przesadzajmy, na pewno nie jesteśmy takie święte, skoro jedna nie mogła wytrzymać między nami”.

Jak jest z moim chrześcijaństwem? Czy czuję się odpowiedzialny za innych?

Istnieje stare, żydowskie przysłowie, że nie można modlić się pod sufitem. To znaczy, że modlitwa musi przekraczać wszelki pułap, musi sięgać od ziemi do nieba.

Czy troszczę się o dusze na całym świecie?

Czy modlę się nie tylko w swojej intencji?

Czy umiem modlić się za grzeszników, by się nawrócili, za cierpiących, by znaleźli siłę do znoszenia swoich cierpień, za konających, by sobie uświadomili, że wracają do Boga?

Czy modlę się mszą świętą, powszechną modlitwą całej ludzkości i Chrystusa, który wyciąga ramiona do wszystkich?

Czy poświęcam ludzkość Matce Bożej, Tej, która niczego nie zatrzymuje dla siebie; cokolwiek otrzyma, oddaje to Bogu; jest panną najwierniejszą, która zawsze strzeże światła?
Potępiam czy zbawiam?

Myślę, że dobrze jest wieczorem po zgaszeniu światła przypomnieć sobie zdanie z Ewangelii według świętego Jana: „Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony” (J 3,17), i zrobić na gorąco rachunek sumienia. Czasem są takie dziadowskie rachunki sumienia, z flegmą, gdzieś po pięciu latach coś się złego przypomniało. Chodzi o rachunek sumienia z dnia wczorajszego, jak to się kiedyś mówiło — onegdajszego.

Jestem chrześcijaninem. Mam iść drogą Jezusa. Czy potępiam, czy zbawiam?

Czy potępiam?

Czy stale uskarżam się na ludzi, jacy to oni okropni, bo trzaskają drzwiami od windy, bo krzyczą ochrypłymi głosami? (a najgorsza ta tęga w kapeluszu!).

Czy nie narzekam na czasy, w których żyję, że takie nieludzkie, złowrogie, że kiedyś miałam długie włosy i gęstszą grzywkę i że za Piłsudskiego było lepiej?

Czy nie potępiam swego szefa, że albo za gorliwy, albo nic nie robi, jak trup z orderem, który już niczego nie wymyśli?

Czy nie za często powtarzam, że to, co się dobrze zaczyna, źle się kończy? Czasem przecież jest odwrotnie. Judasz dobrze zaczął, a źle skończył. Dobry łotr kiepsko zaczął, a umarł z wielkim, jasnym medalem.

Czy nie przesądzam sprawy?

Czy zbawiam?

Tylko Jezus sam zbawia, ale w wielkim cudzie zbawienia jest wiele ludzkich uroków. Jezus jest Bogiem, ale był i Człowiekiem.

Wtedy zbawiam, kiedy szukam czegoś dobrego w człowieku,

kiedy nie podejrzewam, wierzę w miłość, która się rozszerza i każe dostrzegać dobro,

kiedy modlę się za innych,

kiedy choruję przez solidarność z innymi i umieram z tymi, którzy umierają,

kiedy pragnę dobra dla drugich,

kiedy wierzę, nie tylko w dogmaty. Wierzyć — to trzymać za rękę Jezusa i ufać w to, że jeżeli nawet upadnę, wstanę, bo Jego się trzymam.

„Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu” (J 3,18).
W rodzinie, w pracy, w tłumie

Jako chrześcijanie obracamy się w trzech kręgach: najbliższym — w rodzinie; trochę dalszym — w pracy; najdalszym — wśród zupełnie obcych ludzi, spotkanych przypadkiem.

Kto chce sprawdzić, czy na pewno jest chrześcijaninem, niech spojrzy na siebie oczami zupełnie obcego człowieka i zapyta: Jaki jestem naprawdę? Jak się zachowuję?

W rodzinie:

Czy nie jestem egoistą?

Czy nie jestem despotą ani miękkim, ani twardym?

Czy nie narzucam swoich poglądów?

Czy to nie przeze mnie są wszystkie awantury?

Czy nie jestem źródłem niepokoju?

W pracy:

Czy myślę tylko o tym, żeby zarobić?

Czy myślę tylko o swoich zawodowych ambicjach?

Czy myślę o interesantach?

Czy myślę o tym, dla kogo pracuję?

Czy myślę o wynikach badań naukowych, czy o swoim sukcesie?

W tłumie:

Czy umiem dostrzec nieznanego człowieka z lękiem w oczach, bo dowiedział się o nieuleczalnej chorobie?

Czy umiem dostrzec biednego, spłoszonego, szukającego pomocy?

Czy rozpoznają we mnie ucznia Chrystusa po tym, ile mam miłości w sercu?

Co najbardziej zaprząta twoje myśli, kiedy pracujesz?

Jeśli myślisz o podwyżkach, awansach, zazdrości, jeśli myślisz tylko o swoim znaczeniu — nie żyjesz miłością.

Jeżeli żyjesz dobrem tych, dla których pracujesz, gdy dostrzegasz ludzi, z którymi pracujesz — przestajesz żyć tylko dla siebie i żyjesz miłością.

Nawracajcie się!

„Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” (Mk 1,15).

Mogą nas te słowa postraszyć śmiercią i pogrzebem. Nawracajcie się, bo nagle umrzecie i będzie za późno.

Może nam się wydawać, że słowa te nie odnoszą się do nas samych. Może chodzi tu o nawracanie paskudnych niedowiarków, o pouczanie rodziców, którzy nie uczą dzieci religii, o tych, którzy tańczą w wielkim poście?

Chodzi tu jednak o nawracanie samego siebie. Nie ma w Ewangelii polecenia „nawracajcie kogoś”. Czytamy: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody” (Mt 28,19). Tam jednak, gdzie jest mowa o nawracaniu, zawsze przy czasowniku występuje „się”. Nawracajcie siebie samych.

Zwykle uważamy, że są dwa rodzaje nawróceń. Ktoś się nawraca dlatego, że odzyskał utraconą wiarę, albo dlatego, że był grzesznikiem i oczyścił się z grzechów.

Tymczasem mamy nawracać się stale, to znaczy nieustannie zwracać się ku Bogu, choćbyśmy wierzyli bez zastrzeżeń i dbali o czystość duszy.

Tak wiele spraw w codziennym życiu zasłania nam Boga. Nie tylko niewiara, grzech, ale i zmęczenie, roztargnienie czy zwykła słabość ludzka.

Nawrócić się

„Obchodził więc całą okolicę nad Jordanem i głosił chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów, jak jest napisane w księdze mów proroka Izajasza: »Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego!«” (Łk 3,3–4).

Święty Jan Chrzciciel, mówiąc o bardzo głęboko sięgającym chrzcie nawrócenia, podaje rękę królowi Dawidowi, wołającemu: „Z głębokości wołam do Ciebie, Panie” (Ps 130,1).

Co to znaczy nawrócić się?

Nawrócić się to nie tylko odwrócić się od złego, paskudnego świata, by schować się przy Panu Bogu.

Nawrócić się to zwrócić się do Boga po to, aby z Nim i poprzez Niego odnaleźć cały świat.

Poprzez Pana Boga, wiarę, Chrystusa i Ewangelię popatrzeć na całe życie i samego siebie, na wszystko, co nas drażni, męczy, denerwuje i wydaje się złem.

Nawrócić się to spojrzeć poprzez Chrystusa na własne przyjaźnie i ziemskie miłości.

Popatrzeć na człowieka wrogiego sobie jak na tego, którego mam nawrócić, zmienić, przekształcić.

Popatrzeć na siebie jak na kamień do obróbki, który Bóg wziął w ręce i łamie go, szlifuje, choć nieraz wyślizguje się z Bożych dłoni, toczy się ulicą, rynsztokiem, wpada w błoto, ale Bóg znów bierze go w swoje ręce, znów łamie i dalej szlifuje.

O nawróceniach

W jaki sposób Bóg nawraca grzeszników
rozmaicie

często jak wiatr co pędzi stado kapeluszy
chwyta duszę wprost z miejsca i targa za uszy

niekiedy z uśmiechem, prawie że wesoło
święci biorą za rękę i bawią się w koło

a czasem — nie do wiary
ni z tego ni z owego
łzę zdejmujesz z twarzy
jak pieszczotę śniegu.

Powyższe fragmenty, wybrane i opracowane przez Aleksandrę Iwanowską, pochodzą z książki „Przed spowiedzią świętą”, która ukazał się nakładem wydawnictwa „W drodze”.   

Tekst ukazał się w miesięczniku „W drodze” 3/2004

fot. flickr.com / FotoRita