Tak. Przeczytałem to w książce pewnego Holendra.

Jezus, syn Boga został ukrzyżowany. Ta niezrozumiała i święta tragedia jest sercem wieczności; od początku świata jest to jedyny widzialny wypadek o doniosłości przechodzącej wszelką ludzką wyobraźnię. Pojąłem to i odczułem w zeszłym tygodniu. (…) Tych prawie dwadzieścia wieków, które nas dzielą od owych trzech dni: Wielkiego Czwartku, Wielkiego Piątku i Wielkiej Soboty – znikają jak pył, rozwiewają się jak zjawy niematerialne; wszystko to dzieje się współcześnie, w tym właśnie momencie. Czas przestał już istnieć. I dziś jeszcze Jezus łamie chleb i daje Apostołom swoje ciało do jedzenia a krew do picia! Jeszcze dziś dźwiga swój krzyż na Golgotę… Jeszcze ciągle umiera wołając głosem wielkim, jeszcze ciągle trzeciego dnia zmartwychwstaje.

Liturgia jest rzeczą świętą i wspaniałą. Czuję dobrze, że jest wprost niedorzeczne wymawiać słowa zachwytu na ten temat. Zbyt widoczne, zbyt oczywiste jest piękno tego kultu, który wyraża niewyrażalne, który wyraża samego Boga i który sprawia, że w czarnej nocy życia goreje płomień jasny i prosto w górę strzelający. (s. 126-127)

Słowa te – skrócony zapis przeżycia Triduum Paschalnego – nie byłyby może szczególnie przejmujące, gdyby nie fakt, że opisują one doświadczenie człowieka niewierzącego czy raczej odkrywającego dopiero wiarę, jeszcze nieochrzczonego. Był to Pieter van der Meer de Walcheren.

Kilka miesięcy temu, czytając Dziennik Raïssy Maritain, trafiłem na wzmiankę o holenderskiej rodzinie van der Meer de Walcheren. Było to małżeństwo, które przeżyło nawrócenie, które straciło najmłodsze dziecko, dwójka starszych wstąpiła do zakonów, a z tej dwójki najstarszy syn, benedyktyn, zmarł nagle, bardzo młodo, w kilka lat po święceniach. Christine i Pieter postanowili wtedy, za obopólną zgodą, także wstąpić do klasztorów. Jednak po roku, decyzją przełożonych, opuścili klasztory i wrócili do siebie. Kilkanaście lat później, gdy Christine zmarła, Pieter jednak został benedyktynem, przyjął święcenia i przeżył w klasztorze jeszcze siedemnaście lat. Zmarł w roku 1970, mając 90 lat. Pomyślałem wówczas, że chciałbym się więcej o nich dowiedzieć. Ale myśl ta szybko uleciała.

Jakiś czas później zauważyłem wśród moich książek, znaleziony na jakimś książkowym śmietniku, bardzo niepozornie wyglądający, wydany w stylu późnego peerelu (1982 r.) tom zatytułowany Dziennik nawróconego. Tylko tytuł mógł mnie skusić, żeby tę książkę przygarnąć. I dopiero po chwili odkryłem z dużym zaskoczeniem: to jest to właśnie dziennik Pietera.

Książka jest fascynująca – wstrząsające i bardzo poruszające świadectwo. Jakkolwiek pisana w stylu nieco romantyczno-mistycznym, ma wielką moc. Jestem pod ogromnym wrażeniem, a stawiam ją obok świadectwa nawrócenia Maritainów i Edyty Stein. Mógłbym dopisać tutaj jeszcze Etty Hillesum, a z późniejszych czasów – André Frossarda.

Pieter był nieochrzczony i wychowany bez wiary. Kiedy i od czego zaczęło się jego zainteresowanie katolicyzmem, tego w dzienniku nie znajduję. Ale około trzydziestki jego tęsknota, najpierw chyba za sensem, za prawdą, w końcu za Bogiem, jego rozdarcie i walka wewnętrzna, jego ciążenie ku Kościołowi, poprzez liturgię i książki Léona Bloy’a, stawały się coraz silniejsze i nieodparte, tak że w końcu doprowadziły do chrztu.

Ten zapis wewnętrznych zmagań, spostrzeżenia i refleksje nad Ewangelią, odkrywanie Chrystusa, Eucharystii, Kościoła, liturgii, modlitwy, powstałe w latach poprzedzających chrzest, są niezwykle przenikliwe, trafiające w sedno, mistyczne wręcz. A w tym wszystkim, pomimo językowego sztafażu, jest taki ładunek autentyzmu, że lektura powoduje dreszcze. Dziś chyba niejeden całkiem pobożny i praktykujący chrześcijanin, zakonnik, kapłan, teolog, nie mógłby dać takiego świadectwa, poszczycić się takim rozeznaniem i głębią.

Żeby jakoś cały ten proces jego własnymi słowami przedstawić:

Zbyt długo pozwalałem, by olśniewały mnie tylko pozory; teraz chcę zapaść w głębiny, chcę wydostać się na szczyty, pragnę Boga. (s. 67)

Po mszy, na której był – ale jeszcze przed chrztem, jeszcze „z daleka” – zapisał, że czuł się jak poszukiwacz, który znalazł, jak człowiek samotny, który odkrywa, że nie jest anonimowy, jak dziecko, które poznaje Ojca. I całe to wyznanie kończy słowami: Czyżbym i ja był przyzywany? (s. 137). Mogłoby się wydawać, że to pytanie jest tylko pozą, kokieterią. A jednak, kiedy opisuje te swoje wewnętrzne męki, to rozdarcie, tę obawę, że coś straci, ze zostanie mu zabrana wolność, że będzie odtąd zatrzaśnięty w formułach, dogmatach, zależnościach, to to poczucie, że jego wiara została już przesądzona pryska.

Nie jestem w stanie uporządkować moich myśli i uczuć. Czyż mogę skrępować moją myśl dogmatem? Czyż nie wiem zbyt wielu rzeczy, aby móc kiedykolwiek zażywać spokoju człowieka wierzącego? Przecież to także rozkosz, choć bardzo bolesna, igrać z życiem i śmiercią, uśmiechać się dumnie na myśl o jakiejkolwiek pewności? (s. 128)

Więc ceni sobie niezależność, rozkosz niepewności i niezobowiązania, obawia się, ale jednak przekracza granicę, to znaczy wychodzi w bardziej rozległą przestrzeń niż własne „ja”, i w końcu może stwierdzić:

… jakżeż mój umysł mógłby się czuć skrępowany  ścieśniony, gdy jest zatopiony w Bożej nieskończoności? (s. 154)

Wiele jeszcze fragmentów można by tu przytoczyć, ale dość na tym, plus jeszcze tylko jedna myśl: ta pewność, że to, co go przyzywa jest w Kościele i nie inaczej, nie gdzie indziej (i to też są myśli człowieka, który jeszcze nie przyjął chrztu!):

Prawie wszyscy moi znajomi dziwią się, że wstępuję do Kościoła; twierdzą, że można się zbliżyć do Boga, zatopić się w Nim, tak samo, a nawet lepiej, poza wszelką religią dogmatyczną, że można prowadzić życie wewnętrzne i duchowe poza wszelką religią, itd.

Musiała się już we mnie dokonać zmiana bardzo głęboka, bo wydaje mi się, że wszystkie te zarzuty dochodzą do mnie z jakiegoś dalekiego, zupełnie już zapomnianego świata. Jest przecież aż nazbyt oczywiste, że tylko w Kościele można znać Boga naprawdę, bo tylko tam jest naprawdę obecny pod postacią Hostii. W żadnym życiu wewnętrznym poza Kościołem, nie opartym o Jego powagę i autorytet, nie możemy mieć nigdy prawdziwej znajomości Boga, bo takie życie wewnętrzne prowadzi się na własną rękę; człowiek szuka w nim tylko siebie samego, uwielbia i podziwia swoją własną duszę i od Boga oddala się coraz bardziej. Prawdziwy chrześcijanin szuka Boga, nigdy siebie. (s. 158)

Właściwie książka ta trafiła w moje ręce przypadkiem. I mogłem ją wypuścić z rąk nie poznając. A jeśli stało się inaczej, to darowane – przyjmuję z wdzięcznością. Żałuję, że człowiek i książka u nas nieznane, dlatego przypominam, zgodnie z zasadą: coś otrzymał, podaj dalej!


Dziennik nawróconego, Piotr van der Meer de Walcheren

Jezus, syn Boga został ukrzyżowany. Ta niezrozumiała i święta tragedia jest sercem wieczności; od początku świata jest to jedyny widzialny wypadek o doniosłości przechodzącej wszelką ludzką wyobraźnię. Pojąłem to i odczułem w zeszłym tygodniu. Jest to coś niezmiernego. Cierpienie rośnie z każdym dniem, rośnie w nieskończoność, żałoba staje się coraz czarniejsza, wchodzimy w noc cierpień niewysłowionych. Tych prawie dwadzieścia wieków, które nas dzielą od owych trzech dni: Wielkiego Czwartku, Wielkiego Piątku i Wielkiej Soboty – znikają jak pył, rozwiewają się jak zjawy niematerialne; wszystko to dzieje się współcześnie, w tym właśnie momencie. Czas przestał już istnieć. I dziś jeszcze Jezus łamie chleb i daje Apostołom swoje ciało do jedzenia a krew do picia! Jeszcze i dziś spędza Jezus okropną noc w ogrodzie Getsemani; jeszcze dziś tam klęczy pocąc się krwawym potem; jeszcze i dziś Jezus jest zdradzany, lżony, poniewierany, okryty plwocinami, biczowany, na śmierć skazany; jeszcze dziś dźwiga swój krzyż na Golgotę, jeszcze dziś upada trzy razy pod hańbiącym ciężarem drzewa, a jeszcze bardziej pod nieskończenie większym ciężarem wszystkich grzechów świata; jeszcze dziś jest Jezus przybijany do krzyża i ciągle jeszcze wisi między niebem a ziemią, jak wydrwione, wzgardzone trofeum! Jeszcze ciągle z wyżyn krzyża pada siedem Jego słów i jeszcze ciągle Matka Jego gorzko płacze. Jeszcze ciągle umiera wołając głosem wielkim, jeszcze ciągle trzeciego dnia zmartwychwstaje.

Liturgia jest rzeczą świętą i wspaniałą. Czuję dobrze, że jest wprost niedorzeczne wymawiać słowa zachwytu na ten temat. Zbyt widoczne, zbyt oczywiste jest piękno tego kultu, który wyraża niewyrażalne, który wyraża samego Boga i który sprawia, że w czarnej nocy życia goreje płomień jasny i prosto w górę strzelający. Jakżeż powierzchowna i uboga, jak zbędna i czcza wydaje się sztuka wobec tych wzniosłych śpiewów, wobec tych wersetów Biblii, wobec tych świętych tekstów, wobec tych modlitw żałobnych i tych poematów najwyższej radości! – Ciągle jeszcze brzmią mi w uszach słowa z laudesów: Christus factus est pro nobis oboediens usque ad mortem, mortem autem crucis; – a trzeciej nocy do tych słów dodaje się jeszcze i te: propter quod et Deus exaltavit illum et dedit illi nomen quod est super omne nomen. – A muzyka! muzyka podłożona pod te słowa… muzyka powolna, pełna skargi, muzyka przepełniona smutkiem i tajemnicą! Czyż mógłbym kiedykolwiek zapomnieć Lamentacje Jeremiasza w pierwszym nokturnie ciemnej jutrzni? A to Ecce lignum crucis – Oto drzewo krzyża, które się śpiewa zdejmując żałobną zasłonę z krzyża? A jakżeż przejmujące są Boskie wyrzuty, które Bóg ukrzyżowany czyni swemu ludowi?

W Wielką Sobotę zapala się nowy ogień. Ksiądz zbliżając się powoli do ołtarza, w równych odstępach śpiewa trzy razy tylko coraz wyższą nutą: Lumen Christi – Światło Chrystusa; i w ten sposób powiększa się ogień, aż stanie się wielkim wewnętrznym płomieniem. Dusza czuje swoje wyzwolenie w sposób namacalny. Gdzież znaleźć rzecz piękniejszą i bardziej wzniosłą niż śpiew Exultet iam angelica turba coelorum? W śpiewie tym wyraża się i muzyką, i słowami pragnienie niezmiernej, nieogarnionej radości; pragnienie to rośnie, wyolbrzymia się i pomostem tęczy łączy duszę z niebem. Potem prefacja z tym wzniosłym, porywającym wołaniem: O certe necessarium Adae peccatum…! O felix culpa…! Och! Gdybym mógł myśleć, gdybym mógł mieć pewność, niezachwianą pewność, że to nie jest tylko próżne widowisko, piękny sen, ale że to są naprawdę znaki i symbole odbijające niewyrażalną boską rzeczywistość! Jestem poruszony aż do głębi duszy. Nie mógłbym aż tak płakać ze wzruszenia, dyby to była tylko iluzja, tylko pozór. Czuję, że poza tym wszystkim, co widzę i słyszę, wiodą jakieś świetlane drogi do Boga. Boże mój, tak bardzo pragnę móc uwierzyć! (s. 126-128)

Przełożyła Zofia Starowieyska-Morstinowa, WAM, Kraków 1982.