Ale dlaczego po burzy nie zawsze pojawia się tęcza.

Z ojcem Tomaszem Gajem OP rozmawia Magdalena Pajkowska:
Jest piękny letni dzień. Raptem na horyzoncie pojawiają się małe białe chmurki. Cały czas jest pięknie, ale robi się trochę duszno. Białe chmurki szarzeją, nie są już małe, robi się ciemniej i parniej, zaczyna wiać wiatr. Słychać grzmoty, walą pioruny i już nie jest tak przyjemnie. Trwa to jakiś czas, a potem burza się kończy. Albo dalej jest duszno i wiadomo, że będzie jeszcze grzmiało, albo pojawia się tęcza i jest czym oddychać. Czy tak można opisać konflikt?

To trafny opis. Konflikt jest zawsze zderzeniem, zresztą po łacinie conflictus to właśnie oznacza. Burza jest zderzeniem dwóch frontów, żywiołów. Tak też jest między ludźmi, gdy spotykają się dwie sprzeczne siły, idee, opinie, zachowania. Najpierw czujemy narastające napięcie, potem grzmot. Z tego może być rzeczywiście burza.

Potem, jeśli konflikt nie został rozwiązany, dalej jest duszno. Albo niebo się przeciera, a powietrze robi się przejrzyste. Czasem pojawia się tęcza, wyłania się jakiś rodzaj porozumienia, pomostu, którego wcześniej nie było. I jest też więcej wolności, przestrzeni, świeżości.

Gdzie jest źródło konfliktu? Co sprawia, że robi się duszno?

Sprzeczność interesów. Jest sprawa, są dwie osoby i dwa różne stanowiska.

Burza w przyrodzie jest potrzebna, a czy konflikty między ludźmi są dobre?

Są potrzebne tak jak w przyrodzie. Trudno wyobrazić sobie świat bez konfliktów.

To raj…

Ciekawe, czy w raju będą konflikty… Chyba nie, bo wszyscy będą dążyli do tego samego i pragnęli tego. A nawet gdyby zdarzył się jakiś konflikt, to będziemy umieli go rozwiązywać, bo moje będzie twoje, a twoje będzie moje.

Konflikt jest dobry, bez konfliktu nie ma rozwoju, postępu. Burza między ludźmi daję szansę jasnego wyrażenia stanowisk obu stron. Służy otwartemu przedstawieniu siebie i poznaniu drugiej osoby. Konflikt może pomóc sięgnąć tam, gdzie nigdy byśmy w relacjach nie sięgnęli. To nie konflikt sam w sobie jest zły, ale nasze sposoby radzenia sobie z nim bywają niszczące. Jeśli myślimy o konflikcie jak o walce, to jak nazwiemy drugą stronę?

Przeciwnikiem, wrogiem…

… a to oznacza, że trzeba go pobić, zwyciężyć. Dochodzimy tym samym do momentu, w którym ktoś musi zwyciężyć. Lecz sytuacja, gdy jest wygrany i przegrany, tylko pozornie jest rozwiązana. Na dłuższą metę okazuje się bowiem, że obie strony przegrały. Przegrany przy pierwszej okazji sięgnie po broń. Konflikt będzie podskórnie trwał, bo tylko pozornie został zamknięty.

To obraz burzy, po której nadal jest parno.

Wiadomo więc, że to nie koniec starcia. Jeśli chcemy naprawdę spór zakończyć, musimy dążyć do tego, by obie strony czuły się wygrane. Destrukcyjne rozwiązanie to jest walka: wygrany-przegrany. Natomiast konstruktywne rozwiązanie to współpraca: wygrany-wygrany. Obie strony wygrywają.

Czy są osoby bezkonfliktowe?

Każdy wchodzi w konflikt, tylko robimy to na różne, nawykowe sposoby. Jest ich pięć. Niektóre strategie wydają się bezkonfliktowe, ale takie nie są.

Pierwszy sposób, który można by błędnie wziąć za bezkonfliktowość, to unik. Mówimy: „Nie ma problemu, moje racje i twoje racje są nieważne. Nie zauważajmy ich, zamiećmy pod dywan”. Zazwyczaj to nie jest dobra strategia, gdy chodzi o ważne sprawy, ale jeśli chodzi o drobiazgi, czasem nie warto kruszyć kopii.

Drugi sposób to uległość. Mówię: „Moje zdanie jest mniej ważne, tylko twoje się liczy”. Unieważniam swoje stanowisko i nadaję większą wartość sprawom innych. Osoba uległa wydaje się bezkonfliktowa.

Trzeci to walka. Sytuacja, w której mówię: „Moje jest ważne, a twoje nie”. Wtedy chcę pokonać drugą stronę, która też może uważać, że jej jest najważniejsze.

Jest jeszcze kompromis, zwykle „zgniły”, choć często wydaje się nam, że kompromis jest dobrym polubownym rozwiązaniem.

Ostatnim sposobem jest współpraca.

Czy kompromis jest „zgniły”, bo prowadzi do niezadowolenia obu stron?

Tak, bo to wcale nie jest dobre rozwiązanie. Jedna strona musi ustąpić i druga strona musi ustąpić. Nikt nie jest zadowolony.

Jest taka historyjka, która pokazuje różnicę między kompromisem a współpracą. Były sobie dwie siostry, które miały jedną pomarańczę. Walczyły, wyrywając sobie owoc. Żadna nie chciała ustąpić. Po pewnym czasie, zmęczone walką, zdecydowały, że pójdą na kompromis. Przekroiły owoc i podzieliły się pomarańczą po połowie. Potem pierwsza zjadła miąższ i wyrzuciła skórkę, druga zaś wyrzuciła środek, a skórkę wzięła do ciasta.

To jest kompromis – podzieliły się równo, ale nie o to chodziło. Współpracą byłoby w tej sytuacji, gdyby zadały pytanie: „Po co ci ta pomarańcza?”. Wtedy okazałoby się, że jedna chce zjeść owoc, a druga potrzebuje skórki. Każda byłaby wygrana, choć nie podzieliłyby się równo.

Tak, ale czasem pytanie: „Po co ci ta pomarańcza?” można odczytać jako atak.

Odczytanie pytania zależy od nastawienia. Nie da się rozwiązać konfliktu, jeśli nie zmienimy sposobu myślenia – nie walka, ale współpraca, nie wróg, ale ktoś, z kim mogę współpracować. Poza tym musimy umieć o tym powiedzieć.

Jak się kłócić, żeby dojść do porozumienia?

Trzeba pamiętać o kilku zasadach. Najpierw zobacz, co dzieje się w tobie. Potem zaryzykuj i powiedz o swoich intencjach, uczuciach i potrzebach. Posłuchaj drugiej strony i spróbuj ją zrozumieć. Nie walcz z człowiekiem, tylko z problemem. Szanuj granice zarówno swoje, jak i innych. To, czego chciałbyś doświadczyć od innych, rób sam.

„Kochaj bliźniego jak siebie samego” dotyczy także sytuacji konfliktu.

Dokładnie. Chcesz, żeby ktoś był otwarty na ciebie – otwórz się na niego. Chcesz, żeby druga strona współpracowała – zacznij współpracować.

Czasem po rozwiązanym konflikcie zostaje osad…

To ślad nie do końca rozwiązanego konfliktu – to wszystko, co pozostaje po walce, kompromisie, uniku, uległości. Osoba pokonana pozostaje niezadowolona.

„Osad” wraca  także w aluzjach, złośliwościach?

Tak. Złośliwości mogą dotyczyć teraźniejszych sytuacji, ale mogą się też odnosić do przeszłości. Ważną zasadą przy rozwiązywaniu konfliktów jest wyczyszczenie osadu z ubiegłych lat i rozmawianie w czasie teraźniejszym oraz patrzenie do przodu. Nie ma miejsca na „wypominki”, czyli używanie argumentów z przeszłości w czasie konfliktu, który tamtych spraw nie dotyczy.

Im lepiej znamy siebie i chcemy poznać drugą stronę, im bardziej dbamy o szczerą komunikację, tym większa szansa, że po burzy pojawi się tęcza.

Rozmowa ukazała się w miesięczniku „Tak Rodzinie” 11/2015, wydawanym przez zgromadzenie Sióstr Loretanek.

takRODZINIE_winieta