Czy walka postu z karnawałem ma sens? Jeśli nie umiesz pościć, nie umiesz się też bawić.

Prosię z rożna, beczka wina i zadowolony tłusty jegomość contra ponury asceta, suchary i suszone śledzie – tak w uproszczeniu można opisać świetny obraz Pietera Bruegla, zatytułowany „Walka postu z karnawałem”. Temat ten dodatkowo został u nas upowszechniony przez piosenkę Jacka Kaczmarskiego, który śpiewał: Żeby w waszym towarzystwie pojąć prawdę całą: Dusza moja – pragnie postu, ciało – karnawału! O co tu chodzi? Czy ta walka jest realna i czy dziś ma jeszcze sens takie sformułowanie: walka postu z karnawałem?

Zwyczaj świętowania karnawału zrodził się na gruncie chrześcijaństwa i jest mocno zakorzeniony w tradycji chrześcijańskiej. Sama nazwa – przynajmniej według jednej z interpretacji – oznacza tyle, co „pożegnanie z mięsem” (łacińskie caro – mięso i valere – żegnać).

Trzeba pamiętać, że dawniej karnawał kończył się dokładnie z wybiciem północy i początkiem środy popielcowej. Często też płynnie przechodził w nabożeństwo pokutne, rozpoczynające wielki post. Jeden z obyczajów kończących karnawał na tym polegał, że muzykanta przygrywającego ostatkowym hulankom przepędzano do lasu, a barwny korowód biesiadników wędrował z karczmy do kościoła.

Nadto rozmaite obyczaje karnawałowe, w których uczestniczyli także mnisi i duchowieństwo, miały w sobie elementy humoru, autoironii i samokrytyki, które demaskowały obłudę codziennego życia, stając się pierwszym krokiem w budowaniu dystansu do siebie samego, do nazbyt poważnego traktowania siebie, i w efekcie były inspiracją do autentycznego nawrócenia.

Owszem, jest jakaś przeciwstawność między karnawałem a postem, ale chyba taka, jak pisał Kohelet: Jest… czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów, (…) czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich (Koh 3,4-5). Oba te wymiary po prostu przynależą do ludzkiego doświadczenia i dopełniają się wzajemnie, dając wyraz powszechnej ludzkiej kondycji. Prawdą jest, co pisze św. Paweł: Ciało do czego innego dąży niż duch, a duch do czego innego niż ciało, i stąd nie ma między nimi zgody (Ga 5,17).

Nie oznacza to jednak odrzucenia ciała i skupiania się tylko na duchowym wymiarze ludzkiego życia, bo to po prostu niemożliwe. Chrześcijaństwo uznaje jedność człowieka, „ja” oznacza zarówno ciało, jak i duszę razem wzięte, duch tylko poprzez ciało daje się poznać i może się wyrazić. Co napisał św. Paweł oznacza, że potrzeba umiaru i harmonii między jednym a drugim. I dlatego też potrzebujemy uwagi, szacunku i czasu dla jednego i drugiego.

Znane jest powiedzenie, że Bóg przebacza zawsze, człowiek czasami, a natura nigdy. Otóż do naszej natury przynależy i to, że ciało potrzebuje snu, jedzenia, odpoczynku i zabawy. Zresztą – nie tylko ciało, bo skoro jesteśmy jednością, to ważne i potrzebne także dla ducha. Dlatego może dziś lepiej byłoby mówić o sojuszu postu z karnawałem, niż o walce. Sojusz ten pozwoliłby uniknąć szarej ponurości życia i kieratu obowiązków z jednej strony, z drugiej zaś nudy nieustannej balangi. Może nie jest przesadne twierdzenie, że ponieważ nie umiemy pościć, nie umiemy się też bawić – może i vice versa.

Nie jest chyba przypadkiem, że post przeżywa swoisty renesans, czasami wydaje się jakimś wielkim współczesnym odkryciem, nieraz w oderwaniu od religijnego wymiaru (można dziś usłyszeć na spowiedzi i takie wyznanie: nie zachowywałam piątkowej diety; niedawno usłyszałem pytanie, czy „śledzika” firmowego można przenieść na środę popielcową), i jest zalecany jako metoda terapeutyczna, droga do równowagi nie tylko cielesnej, ale też psychicznej.

Zresztą nie pierwszy to przypadek, że to, co dla chrześcijaństwa jest oczywistością, zostaje zapoznane czy też świadomie odrzucone jako przeżytek, potem jest odkrywane i ogłaszane jako wielkie novum (by wspomnieć choćby o medytacji). A i karnawał nie ma już często właściwego sobie charakteru – często sprowadza się do kolejnej zwykłej imprezy, podobnej do dziesiątek innych w ciągu roku. Zgłaszam więc następujący postulat: Niech post będzie postem, a karnawał – karnawałem!

Zresztą – ten wymiar wyrzeczenia i umartwienia nie jest w chrześcijańskim przeżywaniu wielkiego postu pierwszoplanowy. Oczywiście post ma w sobie wymiar pokuty, wyrzeczenia, samoograniczenia, dyscypliny, walki z pokusami, odmawiania sobie czegoś, by podzielić się z innymi. Myślę, że wobec współczesnej zachłanności, wciąż nakręcanej konsumpcji, stylu życia według zasady „chce mi się” albo „nie chce mi się”, „mam ochotę, więc muszę”, wobec indywidualizmu, te ograniczające, dyscyplinujące i solidaryzujące wymiary postu są ważne i potrzebne.

Ma też post charakter naśladowania Jezusa, który przez czterdzieści dni pościł, nim rozpoczął głoszenie Królestwa Bożego. To podczas tego postu Jezus przypomniał, że nie samym chlebem żyje człowiek (Mt 4,4).

O wielkim poście myślę jednak przede wszystkim jako o wędrówce. Tak, jak Izraelici wędrowali przez pustynię, z niewoli do ziemi obiecanej. Post nie jest sztuką dla sztuki, ale drogą do celu. Konkretniej jest to nasza droga do Wielkanocy, do zmartwychwstania Jezusa i wszystkiego, co to zmartwychwstanie oznacza i obiecuje.

W starożytności (ale i dzisiaj) wielki post był/jest czasem katechumenów – ostatni etap przygotowania do chrztu, z ważnymi wydarzeniami i obrzędami, który kończą się w Wielkanoc samym sakramentem chrztu, a dla już ochrzczonych odnowieniem przyrzeczeń chrzcielnych. Wymowa tych rytuałów jest taka: stajemy się (na nowo) chrześcijanami, z Chrystusem przechodzimy ze śmierci do życia, odnawiamy nasze życie.

 

Życie prowadzi nas do tego, co nazywamy niebem, a co Biblia i tradycja chrześcijańska często oddaje za pomocą symbolu uczty. I tak to przez post zmierzamy do uczty! Czy będzie ona karnawałowa, czy nie – tego niestety na razie jeszcze nie wiemy.