Nie zastanawiaj się, kto więcej, a kto mniej zawinił. Wyrzuć belkę ze swego oka.

Adamowi i Ewie słowo „przepraszam” nie przeszło przez gardło, gdy Bóg zagadnął ich po zjedzeniu nieszczęsnego owocu. W ogóle tamtego dnia rozmowa jakoś się nie kleiła. Wprawdzie, w przeciwieństwie do Kaina, jego rodzice nie udawali niewiniątek, ale również, co zauważa św. Augustyn, „nie słychać tu nigdzie błagania o przebaczenie, nie słychać wołania o ratunek”.

Jakby tego było mało, pierwszy mężczyzna za winnego uznał poniekąd samego Stwórcę, a nie węża. W mowie obronnej zrzucił wszystko na niewiastę, którą postawił przy nim Bóg (por. Rdz 3,12). To przecież ona podała mu zakazany owoc. No i stało się. Gdyby Bóg nie postawił tam Ewy, wszystko zapewne potoczyłoby się inaczej, pomyślał sobie Adam. Skoro więc sam Stwórca uraczył mężczyznę tak kiepską pomocą, jak może mieć teraz pretensje?

Przeczytaj omówienie marcowego numeru „W drodze”

Święty Augustyn, oceniając te wykręty, nie pozostawia nam cienia wątpliwości: nasi prarodzice mataczyli i szukali wymówek, bo kierowała nimi pycha o wiele poważniejsza niż ta, która skłoniła ich do przekroczenia Bożego zakazu.

W brzuchu wielkiej ryby

Historia upadku w Edenie jest wzorcowa. Choć wydarzyła się na początku, ciągle się odnawia: najpierw ranimy się wzajemnie słowem, gestem lub czynem, a potem – wcale nie tak rzadko – chowamy głowę w piasek, bo trudno nam przyznać się do winy i przeprosić.

Dzisiaj czasy są inne. Nabyliśmy większej ogłady, naczytaliśmy się poradników, zręczniej owijamy w bawełnę, ale co do istoty niewiele się zmieniło. Jesteśmy nadal zranionymi dziećmi Adama i Ewy. Zastanawia jednak to, że choć większość z nas przyznaje się do chrześcijaństwa i ma na wyciągnięcie ręki lekarstwo na międzyludzkie rany, za rzadko po nie sięgamy. Kusi nas, by kurczowo trzymać się tradycji naszych przodków.

Najbardziej spontanicznie przepraszają małe dzieci. Czują, że pozwala się im na więcej ze względu na mniejszą „szkodliwość” ich czynów i brak doświadczenia. W miarę upływu lat oczywiście nie przestajemy przepraszać, aczkolwiek sprawa nieco się komplikuje. Staramy się być uprzejmi, ale, zwłaszcza przy grubszych wykroczeniach, rodzą się w nas większe opory, a wewnętrzne nastawienie nie zawsze zgadza się z tym, co mówimy. Dlaczego?

Być może stajemy się mniej wyrozumiali, dopatrujemy się w krzywdzących złej woli i działania z rozmysłem, przeliczamy zyski i straty, zakładamy, że ktoś uzna nasze przeprosiny za udawanie. Poza tym na różne sposoby się usprawiedliwiamy i wdajemy w wewnętrzne dyskusje: W sumie nie zrobiłem niczego złego, skrzywdzony jest przewrażliwiony, nie ma o co kruszyć kopii, nie bądźmy tacy drobiazgowi, to on mnie sprowokował… Boimy się też przyznać do porażki i odsłonić słabość. Grzech, błąd, ciemność nie pasują do wyidealizowanego obrazu samego siebie.

Jednak zbanalizowanie sprawy wcale nie powoduje, że czas magicznie wyleczy rany. Gromadzone tygodniami i miesiącami przycinki, spięcia, niewyjaśnione konflikty, skrywana bezsilność zbierają się nad głowami jak czarne chmury, aż w końcu rażą piorunem tak, że nie ma czego zbierać.

Dobrą analogią dla trudności z przepraszaniem są małżeńskie ciche dni, czasem, kto wie, może i nieuniknione. Podobnie jak obrażony Jonasz, każdy potrzebuje w niektórych momentach życia uciec do wnętrza swojej wielkiej ryby i pozrzędzić nieco na innych. Wylizuje tam rany, boksuje się z gwałtownymi uczuciami, obmyśla strategię odegrania się.

Z historii biblijnej wiemy, że po trzech dniach ryba wypluwa Jonasza na brzeg: prorok musi wracać do życia, skonfrontować się z tym, co trudne, zaczyna działać, chociaż mu to nie w smak. Wiemy, że wewnętrznie jeszcze się nie zmienił, bo po nawróceniu mieszkańców Niniwy nadal będzie miał żal do Boga (por. Jon 4,1–4), ale przynajmniej wykonał polecenie.

Wielu małżonków zamyka się w swoim wnętrzu i choć nieprzyjemne uczucia po czasie się wyciszają, nie wszyscy umiejętnie przepraszają. I rana pozostaje. Nie zasklepi jej przeczekanie. W ten sposób nie chwyta się byka za rogi, tylko się go głaszcze.

Drzazgi i belki

W genach po Adamie i Ewie odziedziczyliśmy jeszcze inny niezawodny mechanizm obronny, za którego pomocą próbujemy radzić sobie z własną winą i słabością. Demaskuje go Jezus w Kazaniu na górze, sugerując, że jest to owoc zmiany naszego patrzenia.

Od dziecka doskonalimy się w dostrzeganiu drzazgi w oczach bliźnich. W swojej gorliwości chcielibyśmy ją natychmiast wyciągnąć, gdyż bliźni ze sterczącą drzazgą w oku działa na nas jak płachta na byka. Ale nie widzimy tego, że w naszych oczach tkwi znacznie większa przeszkoda – belka.

Ten kawał drewna zniekształca wizję, zawęża pole widzenia. Wycinkowo postrzegamy bliźniego, ale też ledwo co, a czasem w ogóle, nie docieramy do naszego wnętrza. Widzimy siebie przez mgłę. Oceniamy innych powierzchownie, z pozorów i po wyglądzie twarzy, bo mamy słaby wgląd w serce bliźniego. Dlatego nasze osądy są często pochopne i niesprawiedliwe.

Co ciekawe, Jezus wcale nie mówi, aby się nie przejmować drzazgą w oku brata i dać mu święty spokój. Możemy mu pomóc w pozbyciu się tej zadry, ale po przejściu wcześniejszych etapów: „Wyrzuć belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka swego brata” (Mt 7,5). Być może po usunięciu belki ze swego oka, która tak naprawdę nam przeszkadza, okaże się, że nie będziemy już odczuwać potrzeby, by wyciągać drzazgę z oka brata.

Na próżno szukać w Nowym Testamencie wyczerpujących porad, jak przepraszać bliźniego, którego skrzywdziliśmy. Więcej przeczytamy na temat konieczności przebaczania tym, którzy nas skrzywdzili. Trzeba tę brakującą wiedzę wyczytać między wierszami.

Z przypowieści o nielitościwym dłużniku (Mt 18,23–35) dowiadujemy się, że pan darował słudze dług tylko na podstawie jego prośby. Jednak z tego tekstu wynika również, że sługa nie przyszedł do pana z własnej woli i w sumie spokorniał tylko na chwilę. Przyparty do muru i przerażony widmem kary, wyjąkał słowa skruchy, ale w swoim wnętrzu pozostał niewzruszony, jak przywołany wcześniej Jonasz. Gdy po zwolnieniu z ogromnego długu spotkał swojego współsługę, który winien mu był niewielką sumę, zaczął go tarmosić i nie chciał okazać mu miłosierdzia, chociaż dłużnik błagał go o łaskę.

Wydaje się więc, że zależność między zdolnością do przebaczania innym a prośbą o przebaczenie jest ewidentna. To dwie strony tego samego medalu. I nie można tych dwóch rzeczywistości oddzielać od siebie.

W innym fragmencie Ewangelii według św. Mateusza Jezus wyraźnie przestrzega przed fundamentalnym rozdwojeniem, które uniemożliwia pojednanie z bliźnimi. Otóż często błędnie wydaje nam się, że możemy być skłóceni z bliźnim i równocześnie pozostawać w dobrej komitywie z Bogiem.

Ale Bóg objawiony przez Jezusa to nie pogański bożek, któremu wszystko jedno, jak ludzie odnoszą się wzajemnie do siebie. Dlatego Chrystus stawia znak równości między kultem a jakością naszych relacji z bliźnimi i wzywa: „Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przez ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim! Potem przyjdź i dar swój ofiaruj! Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze” (Mt 5,23–25).

Jeśli wiem, że dzieli mnie od kogoś przepaść nie do przebycia, nie powinienem zbliżać się do ołtarza, bo w ten sposób na pewno nie przerzucę mostu między mną a skrzywdzonym.

Wprowadzajcie pokój

Uwaga Jezusa wyjaśnia też po części, na czym polega nawrócenie. Jeśli idę z darem do Boga, a przebija się do mojej świadomości światło, że z kimś mam na pieńku, powinienem natychmiast zawrócić i udać się do zranionego bliźniego, który czeka na gest z mojej strony. Interesujące jest to, że często sumienie mówi przez pamięć, gdy przystępujemy do religijnych czynności. Oczywiście, można to wspomnienie zagłuszyć, ale jego dłuższe lekceważenie wpędzi nas w jeszcze większe zło: religijną hipokryzję.

Z zalecenia Jezusa wypływa jeszcze inna wskazówka. Przy rozwiązywaniu konfliktów nie chodzi o to, by najpierw wybadać, której stronie przyznać rację. Wikłamy się nieraz w ważenie, kto więcej, a kto mniej zawinił. Takie wewnętrzne deliberacje powstrzymują jednak przed zrobieniem pierwszego kroku w kierunku pojednania.

W rzeczywistości często bywa tak, że obie strony konfliktu mają sobie coś do zarzucenia. Oczywiście, czasem poważniejsza wina leży po jednej stronie, ale choć w danym momencie bliski człowiek mógł bardziej zawinić, w innej sytuacji te role mogą się odwrócić. Najważniejsze jednak jest to, kto pierwszy wyciągnie rękę.

Wysiłek przepraszania realizuje obietnicę Chrystusa: „Szczęśliwi, którzy wprowadzają pokój” (Mt 5,9). Oczywiście, ten pokój daje nam Bóg, często jako owoc uzyskanego przebaczenia.

Sami z siebie pokoju nie dajemy. Jednak coś od nas zależy. Pokój to również naturalny efekt pojednania. Błogosławieństwo i wcześniejsze napomnienie Chrystusa sugeruje, że przepraszanie to nie tylko słowo, lecz także czyn, który jest ruchem, angażuje całego człowieka, łącznie z tym, że trzeba się wybrać do bliźniego, aby pogodzić się z nim w drodze (por. Mt 5,25).

Dlatego w sprawach większego kalibru nie wystarczy zdawkowe „przepraszam”. Ta chrześcijańska powinność wymaga trochę więcej pieczołowitości, ale, na szczęście, nie zmusza nas do przenoszenia gór.

Jak więc budować mosty pojednania i czynić pokój? To paradoks, ale żeby udać się do skrzywdzonego i przeprosić, najpierw muszę się na chwilę zatrzymać. Odosobnienie i refleksja pozwalają nabrać dystansu do siebie, a także zobaczyć bliźniego w bardziej pozytywnym świetle.

W sytuacjach konfliktowych często działamy pod wpływem niepokoju i lęku. Urażona duma toczy walkę z winą, chęć naprawienia szkody miesza się ze wstydem.

Przeprosiny zakładają też zniesienie niepewności. Nie wiadomo, jak skrzywdzony zareaguje. Czy przyjmie moje przeprosiny? Czy nie odpłaci mi za mój gest wzgardą? Ponadto często ranimy się z bezsilności. Agresja to krzyk bezradności, obrona przed tym, który narusza mój rewir. Nie chcemy jej ponownie doświadczać.

Przebaczaj

Wszystko zaczyna się jednak od wejścia w ciszę. W doświadczeniu konfliktu uczucia gotują się w nas jak we wrzącym kotle. I miotają we wszystkich kierunkach. Celem nie jest jednak osiągnięcie psychologicznego komfortu i pospieszne wygaszenie uczuć. Musimy zajrzeć niejako pod ich podszewkę.

Święty Augustyn pisze, że „w naszej nauce chrześcijańskiej nie tyle chodzi o to, czy dusza pobożna wpada w gniew, ile o to, z jakiego powodu się gniewa”. Niecierpliwość, która zwykle dochodzi do głosu w sporach, skupia się na szybkim gaszeniu pożarów. Cierpliwość szuka także ich przyczyn. Ale nie da się tego zrobić w zgiełku, nie można zmierzyć się z własnymi uczuciami w zadyszce.

Nieocenionej pomocy na drodze pojednania dostarcza nam, na przykład, modlitwa rachunku sumienia zaproponowana przez św. Ignacego Loyolę. W tym kwadransie spotkania z Bogiem i sobą samym nie tyle chodzi o rozliczanie się z grzechów, ile o spojrzenie na swoje życie i codzienność Bożymi oczami, przez pryzmat miłosierdzia. Gdy uświadomię sobie, że stoję w obecności Boga, wówczas łatwiej skonfrontować się także z trudnymi doświadczeniami, stanąć ponad nimi.

Co trzeba zobaczyć i zaakceptować w sobie, aby przeprosić bliźniego? W ciszy uczę się pokory. Człowiek pokorny to nie świętoszek, który przestał grzeszyć, ale ten, kto bierze odpowiedzialność za swoje słowa, zaniedbania i czyny.

Najpierw może dotrzeć do mnie zrazu niewygodna, ale wyzwalająca prawda: ja także ranię innych. Mogą mi się również bardziej otworzyć oczy, by zobaczyć, że „każdy z nas jest pierwszym autorem własnej wady” (św. Bazyli Wielki). Słowem, muszę dostrzec ciemność w sobie.

Być może dlatego tak często uciekamy dzisiaj od ciszy, bo nasze ciemności próbujemy wypchnąć na zewnątrz, podczas gdy one wciąż drzemią w naszym wnętrzu. Dopóki nie pogodzę się z tą cząstką samego siebie, będę w ciągłej defensywie.

Co więcej, dostrzegam nagle, że nie mogę uznać swojej winy i prosić o przebaczenie, bo widzę u innych te cechy i wady, których w sobie nie znoszę. Brakuje mi wolności.

W pewnym sensie na którymś etapie życia nieodzowne jest przerażenie się swoją słabością tylko po to, by ją w końcu zaakceptować. To jest podstawa współczucia wobec cierpienia drugiego. Nie ma chyba człowieka, który nie nosiłby w pamięci doświadczenia jakiejś krzywdy i niesprawiedliwego potraktowania. W tej materii nikt nie pozostaje teoretykiem. Ale chociaż wiemy, co to znaczy cierpieć z powodu zazdrości, nienawiści, nieufności bliźniego, utożsamienie się z biedą skrzywdzonego przeze mnie bliźniego nie zawsze przychodzi łatwo.

Co tu dużo mówić, przepraszanie musi czasem zakłuć tego, kto powinien przeprosić. Gdyby szło ono jak po maśle, na świecie byłoby znacznie mniej wojen i rozwiedzionych małżeństw.

I proś o przebaczenie

W twórczej ciszy i wejrzeniu w siebie napotkam jeszcze jedną istotną prawdę: bez Bożej pomocy trudno jest nie tylko przebaczać, ale i prosić o przebaczenie. Właściwie jedno z drugim ściśle się łączy. Kto niewiele przebaczył, nie będzie też umiał właściwie przyjąć przeprosin bliźniego. Kto nie przyjmuje przebaczenia, nie widzi też problemu w tym, że kogoś najzwyczajniej w świecie czyni gorszym.

Forma i ton przeprosin również odgrywają ogromną rolę. Zdarza się, że człowiek rozpoznaje swoją winę, żałuje, że zranił drugiego, i nawet chce mu to jakoś powiedzieć, ale nie potrafi. Nie zawsze jest to przejaw uporu i zatwardziałości serca. Po prostu brakuje odwagi, krępuje wstyd, blokuje nieporadność. Być może w takich sytuacjach lepiej uciec się najpierw do słowa pisanego.

W każdej formie powinno się przepraszać w sposób prosty, bez kręcenia i długiego lądowania. Krótko, rzeczowo i szczerze. Ale najlepiej zabrać się do tego po przejściu przez dolinę ciszy. A ponieważ nabycie cnoty przepraszania to zadanie na całe życie, może należałoby to ćwiczenie dopisać do katalogu siedmiu uczynków miłosierdzia względem duszy.

Dariusz Piórkowski SJ

Tekst ukazał się w miesięczniku „W drodze” 3/2016. Tytuł i lead pochodzą od redakcji Dominikanie.pl

Processed with VSCOcam with a1 preset