Ale bez pychy i napominania innych. Wtedy sól się zepsuje.

Leżę w wannie i ryczę. Nie mam sił. Do dzieci, do zmartwień, do obowiązków. Nie cierpię męża i nie chcę widzieć dzieci. I nie cierpię siebie za to, że ich nie cierpię. Chcę nad morze. Sama. Ciszy i spokoju. A mogłam wybrać Karmel. Albo chociaż nie wychodzić za mąż. Uuułłłeee…..

Dźwięk esemesa. Sięgam odruchowo.

„Dzień dobry. Czy napisze Pani tekst o chrześcijańskiej rodzinie?”

Prawo Murphy’ego nie zawodzi

Czasami brakuje sił. Nie będę pisała, że tak nie jest. Boję się osób, które mówią, że jest inaczej. Że się nie kłócą z mężem, że nie marzą czasami, by już dorosły dzieci, nie mają kryzysów, że nie chowają się w wannie, by się w spokoju wypłakać. Ja się chowam, płaczę i jestem bardzo słabowitą chrześcijańską żoną i mamą.

Ale i szczęśliwą – nie tylko na potrzeby tego tekstu.

Typ: jelitówka familijna. Podtyp: Bożonarodzeniowa. Są jeszcze inne podtypy – Wielkanocna, W Przededniu Rezerwacji Wakacji, Rankiem w Dniu Ważnej Prezentacji W Pracy.

Przedziwne prawo Murphy’ego jest niewątpliwie jednym z tych, które nie zawodzą. Są jeszcze inne prawa zastanawiająco regulujące rodzinną kondycję, np. Prawo Niewypowiedzianych Zdań. Ilekroć nieopacznie rzucisz w pracy: „Moje dzieci w tym roku nieźle się trzymają” – wiedz, że jeszcze tej nocy jedno zagorączkuje. Nie: jedno. Pierwsze.

Jelitówka zaatakowała punktualnie, w wigilię wieczorem, na szczęście PO wieczerzy. „Na szczęście” dla nas. Moje dzieci jeszcze nieświadome nosicielstwa przełamały się opłatkiem z 16-osobową czeredą zebraną u dziadków i paradoksalnie życząc „zdrówka!” skwapliwie rozczęstowały wybitnie zakaźnego bakcyla. Zbieramy raporty zwrotne. „Zwrotne” – jakże adekwatne słowo.

Piszę zatem ten tekst po kilku z rzędu nieprzespanych nocach, zapoczątkowanych nobliwie Pasterką, a później spędzonych mniej nobliwie, ze zmieniającymi się jedynie bohaterami dramatu, że tak zaoszczędzę Czytelnikom dobrze im znanych szczegółów.

Te Trzy

Wyżej opisane łazienkowe okoliczności otrzymania zlecenia na tekst zainspirowały mnie do tego, by napisać prosto z serca. Nie chcę, by tekst był kompilacją co bardziej uskrzydlających fragmentów z adhortacji i listów papieskich poświęconych rodzinie, choć to dokumenty cenne i „pożywne” duchowo.

Postanowiłam podzielić się osobistymi przemyśleniami na temat specyfiki rodziny chrześcijan i moimi zmaganiami. To tekst o dążeniu i pragnieniach, które, jak stwierdzam po kilkudniowym namyśle, oscylują wokół trzech rzeczy najważniejszych, które początkowo nazwałam sobie modlitwą, zaufaniem i hojnością, by ze zdumieniem odkryć Amerykę, że to nic innego jak wiara, nadzieja i miłość.

Mam przekonanie, że Te Trzy czynią rodzinę ewangeliczną solą ziemi: zarazem inną od świata i jak najchłonniej się w nim roztapiającą.

Wiara

„Jeśli Mnie kto miłuje – będzie zachowywał Moją naukę” powiedział Jezus, a tym samym wskazał po pierwsze to, co w wierze najważniejsze, a po drugie – pewny klucz do zachowywania Jego nauki: to miłowanie Go! Eureka!

A zatem przede wszystkim Pan Bóg pragnie, byśmy – ja i On – miłowali się. Byli sobie bliscy. Tak, jak ludzie, którzy z zachwytem dostrzegają się w tłumie hipermarketu, bo tak bardzo się lubią i tak uwielbiają ze sobą rozmawiać. Jak przyjaciele, którzy wzajemnie odpoczywają w swoim towarzystwie, świadomi, że niczego nie muszą udowadniać, są tak akceptowani.

Co ciekawe, Jezus w tym zdaniu pokazuje także, że zaangażowanie serca w relację z Nim jest przy okazji sposobem na to, bym stała się lepsza dla innych i bardziej kochająca – wierna Jego nauce. Sama z siebie niewiele w sobie zmienię, próbowałam na różnych polach i wiele razy. Ale uparte szukanie kontaktu z Nim – a jest on możliwy poprzez modlitwę, w tym zwłaszcza czytanie Słowa, adorację i sakramenty – zmieni moje serce, gdyż uczyni je podatnym na łaskę.

Tym, co soli chrześcijańską rodzinę, jest właśnie kontakt z Bogiem. Tylko Bóg może ją przemieniać, uczyć miłości i dobroci. Sądzę, że rodzina, która przestaje się modlić, wietrzeje – staje się podobna do rodzin kierujących się tylko wartościami z tego świata.

Czy musimy modlić się razem? Odpowiedziałabym, że niekoniecznie, bo każdy może modlić się indywidualnie – jednak z przyczyn wychowawczych dobrze, by modlić się razem z dziećmi.

A czy to jest łatwe, by modlić się wiernie? Skąd. Są tysiące atrakcyjniejszych – tylko na pierwszy rzut oka! – form spędzania czasu. Wierna modlitwa jest decyzją o miłości, o którą trzeba stale walczyć. Bardzo pomaga modlitwa żebracza – nie bać się Bogu dać choćby okruch z naszego niedostatku. Bo my wstydzimy się Bogu dawać mało, pycha nam na to nie pozwala – myślimy: przyjdę do Niego, jak będę dysponować co najmniej kwadransem ciszy, takim modlitewnym all inclusive, przecież tak na śpiąco, albo w 5 minut to nie wypada! I w efekcie odkładamy przyjście do Niego stale „na jutro, jak będą warunki”…

Nie bać się dać Mu modlitwę kulawą, marną, psalm przeczytany kątem przy łóżeczku dziecka, dziesiątkę różańca w autobusie, czy „Ojcze nasz” przy porannej kawie. Okruchy miłości, nasze małe dowody, że w naszej biedzie pragniemy Go, i choć jesteśmy recydywistami błędnej organizacji czasu, nie umiemy i nie chcemy bez Niego żyć.

Modlitwa chrześcijańskiej rodziny „soli” ją – sprawia, że choć inna smakiem od świata, który się nie modli, jednocześnie rozpływa się w nim, nie chce być od niego osobna, bo stając w imieniu braci i ramię w ramię z nimi, także niewierzącymi, oddaje Bogu ich kłopoty i troski.

Nadzieja

Pan Bóg nie zawsze chroni nas przed cierpieniem, a nawet śmiercią. Nawet bycie bardzo chrześcijańską rodziną nie daje takiej gwarancji.

Jednak to nie cierpienie i nawet nie śmierć bliskich prowadzą do prawdziwego nieszczęścia człowieka.

Do nieszczęścia prowadzi nie cierpienie, ale zło – egoizm, nienawiść, brak przebaczenia, zemsta. Dlatego w „Ojcze nasz” prosimy, by Bóg zbawił nas „ode złego”, nie od cierpienia.

I przed złem i śmiercią wieczną Bóg nas pragnie ochronić.

Czasem właśnie cierpienie jest najkrótszą lub najlepszą drogą do większego dobra – na przykład do uratowania nas przed złem lub śmiercią wieczną.

To wielka tajemnica, która zamyka usta i zgina kolana. Rodzina chrześcijańska pragnie ufać Bogu we wszystkim, co się dzieje. Skoro wierzymy, że nic się nie dzieje poza wolą Boga, przyjęcie wszelkich wydarzeń i zgoda na nie jest przyjęciem samego Boga.

I trudności codzienne, jak monotonia obowiązków, łzy wannowe, jelitówki i nieprzespane noce, i doświadczenia graniczne, jak poważne choroby, utrata pracy czy śmierć są wolą lub przynajmniej dopustem Bożym. Wszystko, co się dzieje, Pan Bóg ma „pod kontrolą”, nie ma krztyny niepotrzebnego nam cierpienia.

Dla chrześcijanina może być to źródłem pewnego rodzaju nadprzyrodzonego poczucia bezpieczeństwa. Przylgnięcie do rzeczywistości i postawa akceptacji dnia codziennego, nawet gdy jesteśmy nim już bardzo zmęczeni lub przygnieceni. Jest postawą przylgnięcia do samego Boga. Nic bardziej nie wzrusza Jego serca niż nasze zaufanie wtedy, gdy nie jest nam lekko, nic nas głębiej z Nim nie łączy.

W pewnej rodzinie z pięciorgiem dzieci mama umierała na raka. Leżała w domu, pośród dzieci, które znały prawdę. Na jej łóżku odrabiały lekcje, razem się modlili, razem śmiali – i płakali. Śpiewali swój ulubiony psalm: „Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego”.

Gdy odwiedził ich zaprzyjaźniony kapłan, usłyszał od ojca rodziny: „Śmierć nie ma nad nami już władzy”. Mimo bólu, ona ich nie niszczyła.

Miłość

Maluchy lubią, gdy je usypiam. Kładę się z nimi i przytulam, wygłupiam się, śpiewam. Nie zawsze jednak mogę. Bywa, że gram na zwłokę – dając po buziaku obiecuję, że jak trochę popracuję, to przyjdę. Zwykle do tego czasu zasypiają, ale nie zawsze.

Ostatnio zajrzałam kontrolnie po godzinie i zobaczyłam w ciemności zarys siedzącej na łóżku postaci. Mój 3,5-latek. Starsza chrapie donośnie sygnalizując przerośnięcie migdałka, a on czeka. Gdy przyszłam, wtulił się i szepnął: „Mamo, ja nie pałem, wies? Cekałem na ciebie, wies? I ty psysłaś. I mnie uscęśliwiłaś…”.

Uszczęśliwiamy się w rodzinie wzajemnie. To jej sens: miłość czyli dar, nie handel. Poznajemy i wierzymy miłości, jaką Bóg ma ku nam, a ona jest darem absolutnie za darmo. Jezus na krzyżu wisi nagi, cały nam wydany, nie czekający na jakąkolwiek zapłatę. Miłość to bezzwrotne oddanie swoich praw. Zawierając sakrament małżeństwa oddaję siebie za nic.

Mam wrażenie, że często zapominamy o tym; ja też. Psychologia asertywności każe nam myśleć: „masz prawo! liczą się twoje potrzeby! Wylicz roszczenia! On ma drzemkę, a tobie co, nie należy się? Dlaczego masz robić to skoro on tego nie robi?”.

Oto dlaczego: to co dałam w dniu ślubu, dałam darmo. Skoro tak, uznaję, że nic mi się nie należy. Nie spodziewam się żadnej nawet subtelnej zapłaty, że dostrzeże, doceni, przyniesie kwiat. To jest piękno i „straszliwość” tajemnicy sakramentu, jak i Bóg pięknego i „straszliwego”, bo tak innego od naszego współczesnego, ale i czysto ludzkiego myślenia. Nie, nie popieram tu potulności kobiet nękanych przemocą, bo by móc oddać swoje prawa, trzeba je najpierw mieć.

W sakramencie Jezus w moim mężu obiecał mi miłość, wierność i uczciwość. I Jezus we mnie obiecał mojemu mężowi, że będzie go kochał uczciwie i wiernie – przeze mnie. Obiecał i daje tę miłość w łasce sakramentalnej; ja ją mam.

To jest miłość krzyża, służby, uniżenia, wydania wszystkich praw, rozebrania ze wszelkich oczekiwań. Tak podaje Ewangelia. Ja tego nie wymyśliłam. Przypowieść o uczcie: zaproś ubogich, a będziesz szczęśliwy, że nie mają ci się jak odpłacić. Być szczęśliwą, że mąż nie odpłaca mi za trud i poświęcenie. Trudna jest ta mowa, ale to oznacza być jak sól, coś innego od świata, dla świata niezrozumiałego i z pewnością totalnie niemodnego. Kochać jak mój Pan, proklamować na ziemi paradoksalne Królestwo służby.

I niech płyną łzy, w wannie, na spacerze z psem, niech kapią do pomidorowej. Umieranie boli. I umożliwia Paschę, kto nie umarł, nie może zmartwychwstać już inny, jako człowiek Królestwa Niebieskiego.

Piękna miłość do małżonka i dzieci cechuje wiele nie-chrześcijańskich rodzin. Jednak to aktywna miłość ubogich, potrzebujących i osób innego światopoglądu (ewangelicznych „nieprzyjaciół”, tj. np. politycznych przeciwników) jest legitymacją człowieka Ewangelii. To wyznacznik, czy jesteśmy w istocie rodziną chrześcijan.

Przypowieść o sądzie („byłem głodny, a nie daliście mi jeść…”) uświadamia mi, że po śmierci nie zostanę osądzona tylko ze zła, jakiego się dopuściłam, ale przede wszystkim z tego dobra, którego nie uczyniłam – z zaniechania i zaniedbania. Wielkim błędem chrześcijańskich rodzin jest uznawanie prymatu moralności nad miłością braci.

I w istocie pierwszy straszny błąd to poczucie, że wystarczy w miarę moralnie żyć – z jedną żoną, bez oszustw finansowych i prezerwatywy, czyli „ciężko nie grzesząc” – by mieć zbawienie w kieszeni. W tym świetle ponure okazują się lekkoduszne spowiedzi deklarujących, że „w zasadzie to nic złego nie robią, bo nie kradną, nie zdradzają”.  Jezus utożsamia się z każdym potrzebującym i naprawdę człowiek niewierzący lub niechętny Kościołowi może mnie prześcignąć w drodze do nieba, jeśli jego serce będzie bardziej dyspozycyjne wobec potrzeb jakkolwiek ubogich.

„Ubogich zawsze macie u siebie”, mówi Jezus. I w istocie mamy ich wokół siebie. W ciągu zwykłego dnia, takiego choćby nielubianego poniedziałku, mamy milion okazji do czynienia dobra. Wystarczy mieć oczy szeroko otwarte. Dostrzec smutną panią szatniarkę, dźwigającą walizkę staruszkę na dworcu, zadzwonić do samotnej krewnej, pamiętać o urodzinach. Uśmiechnąć się do przechodnia na pasach. Zanieść zupę chorej sąsiadce. Nie doceniamy pod tym względem także codziennych obowiązków, a każdy czyn może pomnażać dobro lub obojętność i egoizm. Męża powitać buziakiem i dobrym słowem lub żachnięciem, że późno wraca, a ja mam wszystko na głowie. Możemy pobawić się z dzieckiem czule, skupiając na nim, lub nieuważnie z palcem na smartfonie. Zrobić zupę wielkodusznie, by smakowała, lub jak wyrobnica przeklinając każde obierane warzywo.

W porządku miłości istnieje pewna hierarchia, gdyż moimi pierwszymi potrzebującymi są małżonek i dzieci. Kiedyś martwiłam się, że zbyt mało angażujemy się z mężem w charytatywne dzieła, gdy naraz najmłodszy przerwał tę refleksje błagalnym: „mamo, kiedy wlescie się ze mną pobawisz?”, uświadamiając mi, że moi domownicy muszą być rozpoznani jako moi pierwsi „ubodzy”.

Jednak, co bardzo ważne, rodzina nie może być wymówką. Często przestrzega przed tym Ewangelia: „poślubiłem żonę i nie mogę przyjść”, „najpierw pochowam ojca, a potem przyjdę”, „leżę już z dziećmi w łóżku”. W naszej, współczesnej wersji: „Ja mam dzieci!…a zatem nie mogę… sam rozumiesz…”.

Otóż rodzina chrześcijańska nie może usprawiedliwiać się dziećmi, w tym nawet lękiem o rodziny w obliczu zagrożeń terroryzmem. Musimy wyjść do cierpiących i ubogich, Ewangelia tu nie zostawia nam wyboru. I tych w pobliżu, jak koleżanka z depresją lub owdowiała sąsiadka, ale także tych bardziej odległych, do których możemy dotrzeć przez fundacje, jak te pomagające nękanym mieszkańcom terenów, gdzie panuje wojna.

Trzeba nam stale kontrolować wewnętrzną wrażliwość na potrzeby braci, czy nie zasklepiamy się we własnym ciepełku. Będąc „jak sól” – „inni” w tym naiwnym i odważnym odruchu pomocy każdemu, kto nas prosi, a jednocześnie wsiąkający natychmiast tam, gdzie trzeba, momentalnie obecni – modlitwą już w chwili usłyszenia o czyjejś tragedii, pytaniem jak mogę pomóc, czy zająć się dziećmi, a może dać kontakt do znajomego lekarza. Być od razu obecni, wtapiający się we wspólnotę, wsiąkający w to cierpienie, ból. Jeśli mogę – czynem, jeśli nie – modlitwą.

Poza błędnym przekonaniem, że do zbawienia wystarczy moja moralność, jest jeszcze jeden, bardziej niebezpieczny przejaw prymatu moralności nad miłością.

Otóż moja bezgrzeszność i religijna zaciekłość – walka z aborcją i antykoncepcją, związkami homoseksualnymi i gender – nie tylko nie wystarczy do osiągnięcia nieba, ale może mnie zaprowadzić do piekła. Dzieje się tak, gdy staje się narzędziem pogardy lub nienawiści wobec osób żywiących inne przekonania, a nawet faktycznie żyjących w grzechu.

Pyszny ton napomnienia, pouczenia, paternalistycznego wyprowadzenia z błędu, braterskiego „zaniepokojenia” zejściem na manowce zdrady jedynie słusznej politycznie opcji, czyli albo obrócenie relacji w krzyżacką krucjatę albo nawet jej zerwanie (odrzucenie „zdrajcy”) to znak, że sól się zepsuła. Nie może się rozpuścić, bezwarunkowo przyjmując brata rozpłynąć się życzliwą obecnością przy jego boku, niezależnie od wszelkich różnic. Nie może być obecna, wchłonąć się siłą wspólnoty z inaczej myślącym – życzliwości i szacunku dla jego prawa do odmiennego zdania, jakie wszakże przyznaje mu sam Bóg wraz z darem wolności.

Ta sól skamieniała, na nic się już nie zda, tylko wyrzucenie i podeptanie.

* * *

Wydaje mi się, że modlitwa, stosunek do trudnych doświadczeń, a przede wszystkim miłość ubogich to znaki rozpoznawcze chrześcijańskiej rodziny. We wszystkich trzech istotnie nie domagam, ale to jest mój „marsz na azymut”.

Fascynujące, że kontakt z Bogiem, zawierzenie w ekstremalnie podłym położeniu i przyjęcie „innych”, gości odwiedzających betlejemską stajenkę – biednych pasterzy i dziwnie wyglądających pogan – dają się zauważyć u Świętej Rodziny z Nazaretu już u samego początku jej istnienia.

Wiara, nadzieja i miłość. Te trzy.

Z nich zaś miłość jest największa.