Co siostra Małgorzata Chmielewska myśli o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy?

14 stycznia 2013

Dawno, dawno temu, kiedy nasze schronisko dla chorych mieściło się w małym baraku, a chorzy spali na korytarzach i w łazience z powodu koszmarnej ciasnoty, siedziałam w małej kuchence tego domu z Renią i piłyśmy herbatę. Renia nie miała swojego pokoju, spała za parawanem, a przed parawanem był gabinecik lekarsko-pielęgniarsko-farmaceutyczny. A Renia, pielęgniarka z zawodu, była też jedyną osobą dyżurującą całą dobę. Była dziesiąta wieczorem. W progu kuchni stanął jeden z mieszkańców, ksywa Ciastowy. Trzymał w ręku jednego pampersa. Zaczęła się rozmowa, którą pamiętam co do słowa.

– Pani Reniu, niech pani weźmie tego pampersa i założy panu X., to się chociaż jedną noc pani wyśpi.

– Ale to jest, o ile wiem, ostatni pana pampers!

– To nie szkodzi, ja sobie jakoś poradzę, pójdę jutro użebrać w jakiejś organizacji, a pani nie śpi od kilku dni.

Początkowo nie załapałam, o co chodzi, ale sprawa się wyjaśniła. Umierał tam człowiek chory na raka. Ponieważ nie stać nas było na pampersy, Renia całe noce zmieniała mu podkłady i suszyła pupę, żeby nie dostał odleżyn.

Przejdź do sklepu Wydawnictwa W drodze

Ciastowy to były sportowiec, który z powodu choroby i różnych rodzinnych katastrof został bezdomny. Był chory na raka nerek i już wtedy bardzo słaby. Schronisko zaś oddalone było od najbliższego autobusu do miasta o 20 minut drogi na piechotę. Któż z nas oddałby ostatniego pampersa?

A dalej było tak. Krótko po tym zdarzeniu widziałam się z Jurkiem Owsiakiem w całkiem innej sprawie. I tak sobie, opowiedziałam mu tę historię, bo jest piękna. A Jurek na to:

– Ttttoo wy k… pammppersów nie macie?!

– Nie mamy, bo nie mamy kasy.

Za czas jakiś przyjechał bezcenny transport owych pampersów, który nam starczył na kilka lat. Załatwiony przez Jurka.

Wkrótce Ciastowy sam wymagał opieki. Miał przerzuty do kości. Sprawniejsi mieszkańcy bardzo o niego dbali. Pewnego dnia o 7 rano wpadł jak z kosmosu ksiądz Daniel Ange, taki francuski święty. Przeleciał po salach, zobaczył leżącego Ciastowego, uklęknął przy jego łóżku i poprosił chorego o błogosławieństwo. Dobrze czytacie: ksiądz poprosił umierającego bezdomnego o błogosławieństwo. Nie znał tej historii, nie znał Ciastowego wcale, bo był tylko przejazdem, na kilka minut. A ksywa Ciastowy wzięła się stąd, że póki mógł, piekł chorym pyszne ciasta.

Nie znaczy to, że we wszystkim zgadzam się zarówno z Jurkiem Owsiakiem, jak i z innymi wspaniałymi ludźmi i organizacjami, którzy, każdy jak potrafi i rozumie, starają się łatać biedę narażeni na, w najlepszym wypadku podejrzenie, że są nienormalni, a jeśli już normalni, to mają w tym swój głęboko ukryty, prywatny interes. Zwykle materialny, ale także – zysk w postaci sławy i bywania „na salonach” oraz wiele innych „zysków”, które zawistni sobie wyobrażają.

Nie znaczy, że nie popełniają błędów, bo i ja je popełniam. Tylko ten, kto nic nie robi, jest bezbłędny. Znaczy to, że oni też mają prawo się nie zgadzać ze mną. Ale wszyscy się szanujemy i w razie potrzeby wspieramy. Tam, gdzie dzieje się ewidentne dobro, tam ogoniasty ogonem macha.

Któż jest jeszcze w stanie zmobilizować setki tysięcy różnych ludzi do jednej akcji w kraju, w którym każdy przechodzień to potencjalny wróg? Do tej pory tylko Jurek Owsiak. I chwała mu za to. Niech stanie człowiek wierzący w szranki i przebije Orkiestrę! Będzie dwa razy pięknie.

fot. Ralf Lotys (Sicherlich) / wikimedia.commons / CC BY 4.0

Fragmenty książki s. Małgorzaty Chmielewskiej „Dobro jako choroba zakaźna”, która ukazała się w Wydawnictwie „W drodze”