Wszyscy wydali Jezusa na śmierć. A to znaczy, że pytanie o winę dotyka każdego z nas.

Stacja I: Pan Jezus na śmierć skazany

Skazany najpierw przez chrześcijan. Judasz zdradził, bo rozczarował się Chrystusem miłosiernym. Zdradzili też pozostali uczniowie, którzy uciekając oddali swojego Mistrza w ręce morderców. Skazali Go Żydzi. Uwięzili i wytoczyli Mu proces, który orzekł winę Niewinnego. W końcu na śmierć wydali Go poganie, w których imieniu wystąpił Piłat, niewolnik sił tego świata. Żydzi, poganie i niewielka grupa chrześcijan to cały ówczesny cywilizowany świat widziany oczami Żydów.

Przesłanie biblijne jest bardzo czytelne. Wszyscy wydali Jezusa na śmierć. A to znaczy, że w sposób nieunikniony pytanie o winę dotyka każdego z nas.

Na tej stacji drogi krzyżowej poznajemy Boga, który miłuje swoich nieprzyjaciół. Nie neguje grzesznika, ale w miłości do niego zapiera się siebie. Nikt nie jest wyłączony z grona tych, za których przelała się zbawcza krew.

Stacja II: Jezus przyjmuje krzyż na swoje ramiona

Przyjmuje fizycznie to, co duchowo zadecydował już w Ogrodzie Oliwnym. Tam modlił się, aby Go ominął ten krzyż. Nie tylko ten drewniany, który zapowiadał fizyczny ból, ale o wiele bardziej ten duchowy, którego miał dopiero doświadczyć na drodze powolnego wkraczania w ciemność ludzkiego grzechu.

Przyjęcie krzyża to rozpoczęcie podwójnej drogi. W górę, na Kalwarię, gdzie będzie umierał fizycznie. I w dół, schodzącej w głąb ludzkiego serca, w którym człowiek odrzucił Boga. Na tej podwójnej drodze Jezus przeniknął zakamarki ludzkiej duszy. Tam dopiero pokonał ciemność najgłębszą: duchową śmierć.

Na tej stacji drogi krzyżowej poznajemy Boga, która rozumie ludzką samotność. Nie tylko tę, którą poznał zdradzony przyjaciel, ani nawet nie tę, którą poczuł porzucony mąż. Najgłębszą samotność rodzi bowiem własny grzech, z palącym poczuciem winy pozrywanych relacji.

Stacja III: Jezus upada po raz pierwszy

Powalający ciężar jest rzeczywisty. Belka jest ciężka. Niesie ją ubiczowany. Do ziemi przygniatają Go ludzkie spojrzenia, ich pogardliwe pokrzykiwania.

To, co zabolało tak ogromnie w ciele i tak boleśnie nadszarpnęło pogmatwane emocje, niczym jest jednak w stosunku do bólu współodczuwania z duszą, która żyje bez Boga. Jezus cierpiał bardziej duchowo niż fizycznie. Dlatego choć nie potrafimy tego inaczej nazwać, mówimy zwyczajnie, że bolało Go serce. Każdy, kto choć raz szczerze zapłakał nad sobą, przeglądając własną duszę w lustrze czystego sumienia, doskonale wie, o czym jest mowa. I jak bardzo to właśnie dusza potrafi zaboleć…

Na tej stacji drogi krzyżowej poznajemy miłość Boga, która jest głębokim współczuciem. Bardzo prawdziwym współczuciem. Nie tym ckliwym, które wybrzmiewa czasem bardzo groteskowo, gdy okazywane nieporadnie wyrazy współczucia próbują zastąpić brak właściwego słowa…

Stacja IV: Jezus spotyka swoją Matkę

Mamy skłonność postrzegać spotkanie Jezusa z matką z perspektywy jej oczu. Ona patrzy, płacze, współcierpi. On doznaje pocieszenia. A więc bierze, a nie daje. W całym życiu Jezusa było jednak odwrotnie. Choć potrafił, a nawet chciał przyjmować to, co ofiarowywali Mu inni, był najpierw skłonny do dawania. I to za darmo. Nie zawsze były to rzeczy materialne. Tych nie miał za wiele. Dawał natomiast czas, uwagę, gotowość słuchania. Nie zadowalał się obserwacją, obiektywną oceną faktów, staniem z boku… jak zimny wzrok człowieka, któremu wydaje się, że już wszystko zrozumiał.

I w tym więc spotkaniu oczu, z każdej strony równo przerażonych i zalanych łzami, Jezus coś dał, a nie tylko przyjął. Darem okazało się głębokie poczucie sensu cierpienia. Ona płakała, On szedł. Wiedział dlaczego. Tylko przy Nim także jej udało się pójść dalej.

Na tej stacji drogi krzyżowej poznajemy miłość Boga, która nadaje sens. Jest zaproszeniem do wewnętrznej wędrówki w jego poszukiwaniu. Podejmie ją tylko wiara ufna…

Stacja V: Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi

Na pierwszy plan wysuwa się upokarzająca scena przymuszenia. Szymon bezwolnie dołącza do Skazańca. Tylko przechodził. Niczemu nie zawinił. Ale potem już tylko się bał… Nie miał wyjścia. W ten przedziwny jednak sposób niewinny spotkał Niewinnego, dzieląc przez chwilę jego los. Nie zrozumiał tego Szymon, który pretensjonalnie zapytywał niemym głosem: Dlaczego? Dlaczego ja?

Spojrzenie Szymona musiało być pogardliwe. Nie mogło być inaczej. Jezus był przecież „legalnie” skazany. Zresztą takie musiały być oczy wszystkich, których spojrzenie surowo wskazywało winę, zasłużoną karę i nieuniknioną śmierć. Co innego Szymon. Niewinny, lepszy. Ustawiony siłą obok skazanego, który w ciszy przyjmuje swój nieszczęsny los.

Na tej stacji drogi krzyżowej poznajemy Boga, który się uniża. Kiedy my stronimy od bezdomnych, więźniów i alkoholików, On się nie odsuwa. W oczach innych jest postrzegany dosłownie jak jeden z nich.

Stacja VI: Święta Weronika ociera twarz Panu Jezusowi

Zanim było ocieranie twarzy, musiało być pytające spojrzenie. Choć gest był odważny, mógł przecież zaboleć. Może w ogóle nie warto było pytać. Po co w ogóle stawać tak na środku, jeśli nie było żadnej prośby? A może to tylko demonstracja odwagi? Może chodzi o to, żeby inni zobaczyli, jakimi są marnymi konformistami?

Weronikę nazywamy świętą. Nie o demonstrację siebie musiało więc jej chodzić, ale o Niego. Ale czy ominęło ją poczucie tej uwierającej sumienie niepewności: co w tym momencie najlepiej zrobić? Co będzie rzeczywiście dobre dla Niego, nie dla mnie?

Na tej stacji drogi krzyżowej poznajemy Boga, który docenia niedoskonałe gesty miłości. Wie co z nimi zrobić, żeby nas wewnętrznie… przerobić. Nasza miłość nie zawsze świeci czystymi intencjami. Towarzysząca jej niepewność nie musi nas jednak zatrzymać przed odwagą wyjścia z tłumu pewnych siebie, marnych konformistów nieczułego sumienia.

Stacja VII: Jezus upada po raz drugi

To już drugi, a będzie jeszcze upadek trzeci. Myślami wybiegamy do następnych stacji, o których przeczucie przewidująco podpowiada: będzie ckliwe moralizowanie, że trzeba nieustannie powstawać! Wypowiedziane w odpowiednim tonie, dodać powinno dramaturgii. Niestety nie tym razem. Ile można…

Jak wydostać się z tej sentymentalnej pułapki? Jak zrozumieć scenę, którą ostentacyjnie spłyca przewidywalnie płaska kazaniowość?

Może wystarczy, że tym razem nie pytajmy od razu o siebie, o lekcję nieustannego powstawania. Zapytajmy o Niego. Uniesiony znad ziemi wzrok, niecierpliwe szukanie oparcia, zmaganie o sens…

Na tej stacji drogi krzyżowej poznajemy Boga, który paradoksalnie nie patrzy na człowieka z góry. Jest dokładnie odwrotnie. Ogląda jego twarz od dołu. Kto może być pewny, że ta perspektywa patrzenia nie jest w rzeczywistości milsza Bogu? Czyż upadły na ziemię Chrystus nie objawia Boga, który w żebraczym geście woła o ludzką miłość?

Stacja VIII: Pan Jezus pociesza płaczące nad Nim Niewiasty

Nie nade Mną, ale nad sobą płaczcie, i nad waszymi dziećmi – odpowiedział Jezus widząc zawodzące płaczem niewiasty. Zlekceważył ich łzy? A może wyczuł nieautentyczność żydowskiego zwyczaju? Semicka tradycja przewidywała rzewne zawodzenie płaczek nawet wtedy, gdy żadnego smutku w rzeczywistości one nie odczuwały.

Jednego możemy być jednak pewni: spotkanie z płaczącymi kobietami zapisano po to, żebyśmy coś ważnego zrozumieli. Nie chodzi przecież o to, że nie zawsze potrafimy okazać Jezusowi ckliwego współczucia, i nawet nie o to, że czasami nie gorszymy się i nie wypominamy grzechów innych. Prawdziwie dotkliwe ciosy zadajemy Mu dopiero wtedy, gdy to my nie mamy wstydu; gdy tracimy zdolność do płaczu nad sobą.

Brak jasnego rozpoznania własnych grzechów jest bowiem zapowiedzią pojawienia się kolejnych. A kolejne to już droga, Jego i nasza krzyżowa droga…

Stacja IX: Jezus upada po raz trzeci

Trzeci upadek to zapowiedź, że będą następne. Tych kolejnych nie zapisała liturgiczna tradycja, ale nie pozwoliła też o nich zwyczajnie zapomnieć. Ujęła je lakonicznie, w symbolicznej liczbie „trzy”, tzn. znacznie więcej. Upadki i powstania, załamania i nadzieje, raz w górę, a potem znowu w dół. Ciemności upokorzenia z twarzą przy ziemi nawiedzają dużo krótsze, ale bardzo intensywne przynaglenia, żeby jednak wstać, iść, myśląc już tylko o przyszłej chwale.

Na tej drodze łatwo nam się odnaleźć, nawet jeśli na co dzień teatralny świat ludzkich relacji każe nam udawać, że nas to nie dotyczy. Obok udawania zdarza nam się jednak coś znacznie gorszego: ciemność emocjonalnego pogmatwania, która się ze swoim upadkiem nie kryje. Obnosi się nim, eksponuje i wszystkich wokół obwinia.

Na tej stacji drogi krzyżowej odkrywamy Boga, który jest pokorną miłością. W innych słowach, tradycja powiedziałaby o Jezusie cichym. Niech nas jednak ten przymiotnik nie zmyli. To nie było milczenie. Raczej cierpliwa ufność, która przemawia głośniej niż słowa.

Stacja X: Pan Jezus z szat obnażony

Nagość przyciąga wzrok. Dlatego Jezus ukrzyżowany był wdzięczną inspiracją dla twórców sztuki, którzy na wiele sposobów próbowali ująć w artystyczne kanony piękno Jego ciała. W końcu to Boży Syn, człowiek doskonały. W zdrowym, pięknym ciele – zdrowy duch. A może też odwrotnie? Nic bardziej mylnego.

Na ratunek ewangelicznego zrozumienia piękna krzyża przychodzi św. Augustyn. Najpierw przypomina starotestamentalną pieśń o Słudze Jahwe, od którego wszyscy odwracali głowę. Porównuje ukrzyżowanego Chrystusa do zeszpeconego posłańca, w którym ludzie przyziemni rozpoznali jedynie brzydotę. Stracili szansę odkryć prawdziwe piękno tam, gdzie oszpecone ciało stało się ikoną doskonałej miłości.

Na tej stacji drogi krzyżowej poznajemy Boga, który jest piękny. Miłość jest piękna, a krzyż, wbrew wszystkiemu, ogromnie pociągający.

Stacja XI: Pan Jezus przybity do krzyża

Gwoździe miały za zadanie przytrzymać ciało. Przytwierdzić je do drewnianej belki tak, żeby się całkowicie zatrzymało. Wiszący, związany, przygwożdżony Chrystus już nikogo nie podnosi, nie karmi, nie pociesza, nie uzdrawia… Mamy Go! Jest nasz, nic nie może.

Paradoks tej ewangelicznej sceny odkryli już Ojcowie Kościoła. W rozpiętym na ramionach krzyża Zbawicielu zobaczyli Boga, który obejmuje cały świat. Przytula się do niego głębiej i szerzej niż wtedy, gdy mógł tego doświadczyć jedynie pojedynczy człowiek czy nawet z podziwem garnący się do Niego nakarmiony tłum. Dopiero rozciągnięty na krzyżu może przeniknąć duchem cały świat, dotknąć każdego ludzkiego bólu, najbardziej skrytego i wstydliwego,

Na tej stacji drogi krzyżowej odkrywamy miłość Boga, która przenika i przemienia całe stworzenie. Oto wszystko stało się nowe…

Stacja XII: Jezus umiera na krzyżu

Kto umarł? Bóg? Przecież Boga nie da się zabić. Bóg jest wieczny, nieśmiertelny, niecierpiętliwy… jak mawiali starożytni pisarze chrześcijańscy. Chyba wciąż za bardzo zarażeni greckim myśleniem, któremu trudno było uwierzyć, że na krzyżu cierpi i umiera naprawdę Bóg.

Ale jak cierpi Bóg? Tam, gdzie doskonała miłość łączy nierozdzielnie trzy Osoby Boskie nie ma przecież bólu. W swoim wiecznym bycie Bóg nie cierpi. Jezus przyjął jednak ciało, a wraz z nim wszystko, co grzech w nim zniszczył. W Jezusie Chrystusie Bóg nie cierpi, ale współcierpi. Dzieli los grzesznego człowieka.

Na tej stacji drogi krzyżowej odkrywamy Boga, który skrajnie doświadcza ludzkiej słabości. Całym sercem uczestniczy w największej ludzkiej samotności, którą jest przejście człowieka z tego świata do innej rzeczywistości. Nazwaliśmy to przejście śmiercią. Dusza ludzka wcale więc nie ginie, ale przechodzi. Tak, jak nie unicestwił swojego bóstwa Chrystus, który przeszedł ludzką śmierć, otwierając nam drogę do wiecznego życia.

Stacja XIII: Jezus zdjęty z krzyża

Bezwładne ciało zsuwa się, bezsilnie opada. Trzeba je przytrzymać, ułożyć, zanieść w bezpieczne miejsce.

Może dlatego ewangeliczna scena zdjęcia z krzyża przywołuje Betlejem. Skojarzenia biegną do słabego i bezbronnego ciała dziecka, które matka owija, przytula i chroni. Całym sobą przyjmuje najpierw poczętą istotę, aby następnie trzymać ją zazdrośnie w swoich ramionach. Człowiek wydaje się taki wielki, a Bóg tak mały.

Bezsilność Wszechmocnego… cóż za paradoks, którego nie rozumie świat ludzkiej władzy. Siła Boga jest w świecie słaba. Stwórca nie chce dominować, nie potrafi fizycznie karać, nikim nie pogardza. Nie daje odczuć swojej władzy.

Na tej stacji drogi krzyżowej odkrywamy Boga, który jest wszechmocny. Swoją wszechwładzą nie poniża jednak innych, ale rezygnuje z siebie. Objawia swoją wszechmoc w łasce przebaczenia.

Stacja XIV: Jezus złożony do grobu

Tradycja mówi o ciszy wielkiej soboty. W kościele nie ma liturgii. Jakby nie działo się zupełnie nic…

Wyznanie wiary pozornie chce tę ciszę zakłócić. Mówi, że Chrystus nie leżał spokojnie w grobie, ale zstąpił do piekieł.

Nie pomieszajmy jednak faktów. Ta aktywność nie była wstaniem z grobu. Tego zstąpienia nie można było zobaczyć. A może dokładniej należałoby powiedzieć: nie była widoczna fizycznie. Ciało cały czas spoczywało, leżało nieruchome. Tak jak milknie Kościół, który pośrodku paschalnego Triduum zatrzymuje całe swoje liturgiczne zaangażowanie, a chrześcijanie jakby milkną w bezruchu.   

Na tej stacji drogi krzyżowej poznajemy Boga zanurzonego w otchłani ludzkiego zagubienia. Bóg w Chrystusie idzie duchowo tam, gdzie człowiek powiedział Bogu „nie”. Z tej ciemności nie wychodzi się samemu. Ludzkie „nie” tylko Bóg zmienia na „tak”. Podobnie jak człowiek, który tylko z Chrystusem jest zdolny wyrwać się z poczucia winy nienaprawialnych grzechów poranionej przez siebie miłości.