Taki był św. Józef. Dziś uroczystość Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny.


Jak wyobrażacie sobie Józefa? Jako mężczyznę dzielnego, choć trochę „drugoplanowego”? Rodzaj figuranta w żłóbku, na potrzeby sprawy? W rzeczywistości Józef pojawia się w opowieści ewangelicznej (zob. Mt 1,16) w momencie, gdy dotyka go najtrudniejsza z możliwych prób: dramat zawiedzionej miłości. Znalazł się w centrum miłosnego tsunami: był narzeczonym Maryi, a tymczasem ona, wydaje się, nie dochowała mu wierności. Znacie ten tekst (zob. Mt 1,18–25). Zwróćmy w nim uwagę na te aspekty, które odsłaniają nieco charakter Józefa.

Przejdź do strony Wydawnictwa W drodze

Będąc oficjalnie narzeczonym Maryi, Józef dowiaduje się, że jest ona w ciąży! Wszystko się wali: dla niego to śmierć, ta miłość była racją jego życia. Pierwszą reakcją jest wrażenie unicestwienia, po którym rozpętuje się wewnętrzna burza. Nagle pojawia się trucizna podejrzeń, jak w zaraniu pierwszej miłości (zob. Rdz 3,5). Wszystkie jego pragnienia: ciała, duszy, serca, mieszają się. Traci możliwość kierowania własnym życiem. Jego wczorajsza miłość jest bliska przekształcenia się w nienawiść, a jednak trwa, nadal żywa pod gruzami. Ale ta miłość, która wczoraj była dla niego źródłem radości, staje się dziś udręką. Miłością zranioną, cierpieniem tak głębokim, że Józef nie jest w stanie tego wypowiedzieć. Ani jedno słowo nie dobywa się z jego ust.

Zgodnie z Prawem myśli o dyskretnym oddaleniu swojej ukochanej. Nie chce jednak narażać jej na publiczną niesławę, tylko uporządkować sytuację prawną. Złamany, unicestwiony, cierpi niewypowiedziane męki. Nie jest w stanie zmienić faktów. W tym momencie, w stanie emocjonalnego chaosu, pamięć podsuwa mu słowa, które wiele razy słyszał podczas wspólnej modlitwy: „Zrzuć swój ciężar na Pana, a On cię podźwignie” (Ps 55,23).

Tak właśnie robi Józef. Uwolniony od ciążących mu myśli, swego rodzaju obsesyjnej tortury, zasypia snem sprawiedliwego. Tego, który jest na właściwym miejscu w historii ludzkiej. Teraz może interweniować Najwyższy. „Pan jest podporą tych, którzy się Go boją” (Ps 25,14). I rzeczywiście, Józef słyszy we śnie głos uwalniający go od cierpień: „Nie bój się przyjąć twojej żony Maryi, gdyż to, co się w Niej poczęło, pochodzi z Ducha Świętego” (Mt 1,20). Niepostrzeżenie dokonuje się w nim coś w rodzaju „dziewiczych narodzin”. Józef zostaje w pewien sposób „wyrwany” samemu sobie, wyrzucony poza siebie dyskretnym pchnięciem, pochodzącym spoza niego, z wysoka. Jego miłość zostaje przemieniona: staje się całkowitym zapomnieniem o sobie, czystym ofiarowaniem siebie innemu – dla Innego. Będzie kochał, nie posiadając.

To stanie się odtąd jego codziennym chlebem, jego krystalicznie czystą radością. Jego miłość zostaje mu zwrócona. Będzie kochał Maryję w Bogu. Ona także będzie go kochała w Bogu. Im większa będzie ich wspólna miłość do Boga, do Dzieciątka Jezus, tym większa będzie ich wzajemna miłość; oba te uczucia przeplatają się swobodnie jedno z drugim. Po przebudzeniu Józef podporządkował się głosowi i „przyjął swoją żonę” (Mt 1,24).

Przyjrzyjmy się, w oparciu o to opowiadanie, jak Józef zareagował. Najpierw przyjął sytuację do wiadomości. Nie wykrzyknął: „To niemożliwe!”, starając się w pewien sposób zaprzeczać faktom, postępować „jakby nigdy nic”. Józef jest realistą. Zaczyna od pogodzenia się z rzeczywistością. Uznaje to, co wydaje się nie do zaakceptowania. Następnie uruchamia swoje zdolności do refleksji, ale także serce, aby spróbować znaleźć właściwe rozwiązanie, nie raniąc zbytnio tej, która zadała mu tak wielki ból. Oddali ją „po kryjomu” (Mt 1,19). Żadnego szumu wokół faktu literalnie „skandalicznego”. Cóż to za lekcja dla naszej epoki z jej mediami zawsze głodnymi skandali!

Zdając sobie sprawę z tego, że nie jest w stanie zmienić faktów, Józef powierza swój problem z pełnym zaufaniem Temu, który jest nieskończenie większy od niego. Zasypia ze śmiercią w duszy, budzi się w przywracającym życie świetle Boga. Dzięki swojemu oddaniu się Bogu Józef „przychodzi z wielkiego ucisku” (Ap 7,14). Miłość okazała się silniejsza niż wszystko inne. Bóg przemówił, Józef podporządkował się Jego woli. Poślubi Maryję wraz z jej tajemnicą.

Józef? Prostolinijny realista o szczerym sercu: jest to, co jest. Mężczyzna o sercu wiernym. Nadal kocha tę, przez którą przecież tak bardzo cierpi. Człowiek, który wierzy w marzenia senne, marzyciel? Nie, mężczyzna, który urzeczywistnia swoje sny.

Mężczyzna, którego serce nie błądzi daleko od Boga, skoro jest w stanie rozpoznać bez wahania, jak się wydaje, boskie pochodzenie nocnego głosu. Józef, człowiek jedynego Boga, którego wynosi ponad wszystko, nawet nad swoją ukochaną.

Podkreślmy wreszcie, że przez całą tę dramatyczną opowieść Józef „nie otworzył swoich ust” (zob. Iz 53,7). Z jego ust nie wydobywa się ani jedno słowo. Ani jedno „dlaczego”, ani jedno „w jaki sposób”. Tekst opowiada o nim, ale on sam nie mówi nic. Nic od siebie, nic w pierwszej osobie. Ewangelia relacjonuje tylko jego postępowanie. Autorytet mężczyzny określa waga jego milczenia. Wydaje się, że milczący Józef jest w permanentnym kontakcie z Najwyższym, rozpoznaje Go też po najlżejszym oddechu. I wykonuje to, co Bóg mu polecił.

***

Poprzednia opowieść pozwoliła nam lepiej poznać charakter tego cichego człowieka. Ale w jaki sposób się modlił? O ile znamy dialog Maryi z jej Bogiem, o tyle o modlitwie Józefa nie wiemy nic. Bez wątpienia, jako dobry syn Izraela, modlił się trzy razy dziennie: rano, w południe i wieczorem, używając uświęconych formuł. Ale czy sam, osobiście, modliłeś się, Józefie? A jeśli tak, to w jaki sposób?

Wydaje mi się, że jego odpowiedź usłyszałam w wyznaniu, które uczynił mi kilka lat temu pewien kapłan. Brałam udział w sesji zazen1 niedaleko jego probostwa i któregoś dnia w rozmowie z nim wspomniałam o czterech godzinach (minimum) codziennej medytacji. Odpowiedział mi prosto z mostu: „To nie dla mnie. Widzi siostra, ja potrzebuję, aby modlitwa przeszła przez moje ręce”. Przypuszczam, że Józef należał do ludzi tego samego gatunku.

Cieśla, przywykły do pracy z materiałem żywym, bardziej czy mniej twardym, bardziej czy mniej chropowatym, węźlastym, stara się, niekiedy z trudem i stosując wszelkie reguły swojej sztuki, przekształcić go w element harmonijnie dopasowany do całości konstrukcji. Rzemieślnik dobrze wykonujący swoją pracę, potrafi z zamiłowaniem realizować zadania, nawet nudne, ale też zawsze jest gotów pomóc temu czy tamtemu, oddać bezinteresowną przysługę ubogiej wdowie albo zrobić zabawkę z drewna dla wiejskiego urwisa… Józef, mężczyzna krzepki, z sercem na dłoni. Solidny współpracownik w Bożym dziele. „Rozdzielił dary, obdarzył ubogich” (Ps 112,9). „Człowiek rąk nieskalanych i czystego serca (…) wstąpi na górę Pana” (Ps 24,4). Modlący się poprzez działanie; Józef, mężczyzna, który modli się swoimi rękami.

Gdy powtórnie przejrzymy Pisma, śledząc jego drogę życiową, zobaczymy, że wkrótce po narodzeniu dziecka anioł nakazał mu opuszczenie Betlejem. „Wstań, zabierz Dziecko i Jego Matkę i uciekaj do Egiptu. Zostań tam, dopóki nie dam ci znać” (Mt 2,13). Józef wstał i jeszcze tej samej nocy wyruszył z nimi w drogę. Gdy Herod umarł, anioł wrócił i polecił Józefowi: „Wstań, zabierz Dziecko i Jego Matkę i wracaj do ziemi izraelskiej” (Mt 2,20).

Józef wstał i wrócił do Izraela. Za każdym razem robił około czterystu kilometrów pieszo lub na grzbiecie osła. Wyruszał w drogę nie tylko po to, żeby podporządkować się boskiemu życzeniu, ale aby chronić zagrożone istnienie Jezusa. Pomyślmy o tym, co sam Jezus powiedział później na użytek swoich apostołów: „Gdy was będą prześladować w jakimś mieście, uciekajcie do innego” (Mt 10,23).

Józef – pierwszy milczący misjonarz, idzie, aby mógł żyć Bóg, który stał się człowiekiem, aby mógł dorastać w bezpiecznym miejscu. Przy tym wędruje nie tylko z Jezusem, ale też z Jego matką, najlepszą gwarantką człowieczeństwa Syna Bożego, niesprowadzającego się do doktryny, do ideologii. Jeżeli do tych wędrówek dodamy pielgrzymki do Jerozolimy, aby pozostać w zgodzie z prawem Mojżeszowym (za każdym razem około setki kilometrów), Józef ukazuje się nam jako Boży wędrowiec. Józef, mężczyzna, który modli się swoimi nogami.

„Nie każdy, który mówi do Mnie »Panie! Panie!« wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz tylko ten, kto pełni wolę mojego Ojca, który jest w niebie” (Mt 7,21; J 15,14). Józef? Człowiek podporządkowujący się zawsze głosowi Boga, wyznawca praktykujący par excellence. Do tego stopnia, że możemy powiedzieć, iż w nim także w pewien sposób „Słowo stało się ciałem”. Model doskonałego ucznia. Rozumiemy więc dlaczego, choć ze znacznym opóźnieniem, Kościół ogłosił Józefa „patronem Kościoła powszechnego”, to znaczy wszystkich praktykujących.

Człowiek z jednej bryły, całkowicie oddany Bogu, Józef jest tym, który modli się poprzez działanie. Jak do tego doszedł? Co doprowadziło go do tej modlitewnej praxis, do modlitwy w formie pracy? Z historii Józefa można, jak sądzę, wyciągnąć następujący wniosek: u niego usłyszane słowo wnika bezpośrednio do serca. A serce jest centrum osoby ludzkiej. Jeżeli jest ono mocno zakorzenione w Bogu, jego promieniowanie, wszelkie działania, dzieła, które w nim biorą początek, są dziełami Boga, komunią z Nim, to znaczy modlitwą. A poza tym – czyż serce nie jest również siedliskiem miłości? Nic nie stanowi lepszego bodźca do działania niż miłość.

Wszystkie prace Józefa są dziełami Boga, które wykluwają się w słońcu Bożej Miłości. W jego sercu mieszka, okazuje się, jedna jedyna absolutna miłość: Bóg. A Maryja? Pojawia się w jej świetle. Na długo przed pierwszymi mnichami Wschodu Józef – tak mi się wydaje – praktykował spontanicznie modlitwę serca, to porozumienie z Bogiem obywające się bez słów, które jest rozmową serca z sercem w całkowitym zaufaniu. Józef, człowiek, który modli się sercem. Jego milczenie jest „utkane z nieustannej modlitwy” (Benedykt XVI). Do tego stopnia, że dzięki permanentnemu kontaktowi serca z sercem Józef mógłby powtórzyć za psalmistą: „…a ja cały jestem modlitwą” (Ps 109,4)2 .

„Pozwólmy się »zarazić« milczeniem św. Józefa! Bardzo nam tego potrzeba w świecie zbyt często hałaśliwym, który nie sprzyja skupieniu i wsłuchaniu się w głos Boga (…). Pielęgnujmy wewnętrzne skupienie, aby przyjąć w naszym życiu Jezusa i opiekować się Nim”.

Fragment książki Paule’a Lagrange „Szema Israel. Modlitwa ze Świętą Rodziną”, która ukazała się w Wydawnictwie „W drodze”. Tytuł i lead od redakcji Dominikanie.pl.