Jeśli wierzyć św. Janowi, w Niedzielę Wielkanocną wszyscy ruszają biegiem. A przecież są w żałobie.

Chusta na swoim miejscu

A pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i rzekła do nich: „Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono”. Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli oni obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył.

Ewangelia według św. Jana 20,1–8 69

Znam ludzi, którzy w niedzielny poranek uprawiają jogging. Podziwiam ich. Biegną tak lekko, tak szybko. Ich ruchy są płynne, sprężyste, idealnie harmonijne. Moja żona i ja to zupełnie inna bajka. Kiedy wleczemy się po chodniku z szóstką dzieciaków, które kręcą się jak posolone i miotają bezładnie na wszystkie strony, wyglądamy jak dwa słoje konfitur otoczone przez rój muszek. Biegacze mijają nas i znikają w oddali. Za czym tak gonią? Za dobrą formą. Zapewne wyznają zasadę, że w zdrowym ciele – zdrowy duch. Nie sposób nie przyznać im racji. Spoglądając za nimi z niejaką zazdrością, powtarzam sobie, że wszyscy i tak zmierzamy do grobu. I że warto pamiętać, iż serce to po prostu mięsień.

A jednak w tym bieganiu coś jest. Jeśli wierzyć św. Janowi, w Niedzielę Wielkanocną wszyscy ruszają biegiem. W swojej Ewangelii Jan używa czasownika „biec” tylko w kontekście pośpiesznych wypraw do grobu Chrystusa. Najpierw biegnie Magdalena. Dobrze wiemy, co to za jedna. Nagrzeszyła ta bezwstydnica w swoim czasie, oj, nagrzeszyła. A teraz pędzi przez Jerozolimę jak szalona, nie patrzy przed siebie, ludzi potrąca. „Halo, młoda damo, proszę trochę uważać!” Po chwili w przeciwnym kierunku galopuje dwóch facetów, tak samo jak tamta nieprzytomnych. Ich też dobrze znamy. To rybacy, którzy, zdaje się, przeszli na wcześniejszą emeryturę.

„Ludzie, co z wami? Kultury! Jesteście przecież w żałobie. Czy nic to dla was nie znaczy?” Porządny chrześcijanin nie omieszka rzucić umoralniającej uwagi. Zwłaszcza jeżeli sam, podczas niedzielnej mszy świętej, okazuje tyle wigoru, co kamienna figura.

Może warto byłoby stworzyć nową liturgię, biorąc za wzór to, jak Maria Magdalena, Piotr i Jan zachowują się w Niedzielę Wielkanocną? Czemu nie, tyle że rezultat mógłby być raczej nonsensowny, na przykład bieg sztafetowy wiernych wokół kościoła. Przy każdej zmianie zawodników należałoby odczytywać, w celu zdopingowania zgromadzenia, następujący fragment listu św. Pawła do Koryntian:

Czyż nie wiecie, że gdy zawodnicy biegną na stadionie, wszyscy wprawdzie biegną, lecz jeden tylko otrzymuje nagrodę? Przeto tak biegnijcie, abyście ją otrzymali (1 Kor 9,24).

„Proszę przodem”

Zachwyca mnie ten mały szczegół – młodziutki Jan bez trudu pokonuje Piotra na dystansie do grobu. A jednak, choć na mecie jest pierwszy, zatrzymuje się i przepuszcza przodem starszego apostoła. Mógłby na Piotra nie czekać. Sytuacja jest wyjątkowa i usprawiedliwia pośpiech. „Zabrano Pana z grobu”. Cóż znaczą, wobec takiej wieści, zasady dobrego wychowania? A jednak Jan od nich nie odstępuje. To prawdziwy dżentelmen. Jeden z tych, którzy nawet podczas awarii samolotu lecącego nad Atlantykiem proponują starszemu panu, że pomogą mu nieść bagaże, jeśli zajdzie taka potrzeba, a młodą damę zapewniają, że w kamizelce ratunkowej wygląda prześlicznie.

Czyżby misterium zmartwychwstania miało nas nauczyć, że w każdych okolicznościach warto zachowywać się z tak ujmującą grzecznością? Ktoś zauważy, że Jan swoim gestem podkreśla po prostu prymat Piotra wśród apostołów, zapowiadający jego rolę jako papieża, zwierzchnika Kościoła. Będzie miał oczywiście rację, ale to nie znaczy, że nie można tu dostrzec przykładu praktycznego zastosowania bardziej ogólnej zasady, w myśl której ustępujemy miejsca starszemu człowiekowi, chociażby w autobusie. Robimy to, bo potrafimy nie tylko biegać szybciej, ale też uszanować fakt, że zdążył on już przebyć drogę o wiele dłuższą niż my.

Powyższa zasada nie dotyczy zresztą tylko ludzi starszych. Mogę ustąpić miejsca także młodszej osobie, na przykład kobiecie, jeśli jestem mężczyzną. Po prostu dlatego, że to inny człowiek. Emmanuel Lévinas powiada, że najpiękniejsza definicja cywilizacji zawiera się w tym krótkim, grzecznościowym zwrocie: „proszę, pani pierwsza/pan pierwszy”. Papież ma absolutne pierwszeństwo… gdy chodzi o stosowanie tej zasady. Jest przecież „sługą sług Bożych”. Z tego samego powodu dobrze jest mieć królów, bo potrafią oni dawać naprawdę wybitny przykład pokory. Ludwik Pobożny tak bardzo unikał wszelkiego podkreślania wyjątkowości swojej osoby, że nie tylko nie chciał się wywyższać, ale też przesadnie schodzić w dół skali. Edykty podpisywał „nasza przeciętność”. Egalitaryzm nie może pozwolić na tego typu ekscesy. Gdy wszyscy zostają sprowadzeni do tego samego poziomu, nikt nie może się uniżać ani nad poziomy wylatać. Interakcje ograniczają się do konkurencji – nieuczciwej konkurencji, dodajmy, bo uczciwość, a w tym wypadku lojalność, opiera się na hierarchii.

No dobrze, ale dlaczego upierać się przy tym „proszę przodem”? Jest coś podejrzanego w owym geście. Czy nie podważamy w ten sposób własnej wartości? Przecież miłości bliźniego nie da się oprzeć na nienawiści do samego siebie. Chyba że kłaniamy się z podobną intencją, z jaką gracz w bilard schyla się do bandy – żeby tym pewniej zdobyć punkty w grze. Urośniemy w oczach ludzi, jeśli zajmiemy ostatnie miejsce przy stole, a gospodarz, widząc to, powie nam: „Przyjacielu, przesiądź się wyżej!” (Łk 14,10). I jeszcze jedno – gdyby każdy uparł się, że wszystkich będzie przepuszczał przodem, potworzyłyby się monstrualne kolejki, nie tylko w urzędach i przychodniach lekarskich. U Franza Kafki postawa ta przybiera formę nieludzką. Oto dwóch katów zabiera Józefa K. w ustronne miejsce, żeby go uśmiercić za pomocą rzeźnickiego noża. Zanim jednak to zrobią, mija dużo czasu – panowie są nie tylko wyrafinowanie eleganccy, ale i nienagannie uprzejmi. Kolejne etapy przygotowania do egzekucji kaci poprzedzają wymianą grzeczności, a gdy trzeba zadać ostateczny cios, każdy z nich jest zdecydowany ustąpić drugiemu zaszczytu, jakim będzie zadźganie K.: „Znowu zaczęły się odrażające ceremonie, jeden podawał drugiemu nóż, ten znowu zwracał go z powrotem nad głową K.”1 . Egzekucja odwleka się w nieskończoność.

Cud pusty w środku

Jan usuwa się z drogi, żeby Piotr mógł pierwszy wejść do grobu. Ten, wszedłszy, dostrzega, że stąd też coś usunięto – nie ma Jezusowego ciała. Przygląda się leżącym tam płótnom (według bardziej dosłownego tłumaczenia) i chuście, którą wcześniej Jezus miał na głowie, a która teraz leżała zwinięta nie razem z płótnami, ale oddzielnie, na innym miejscu. Szokująca wiadomość, którą przyniosła Maria Magdalena, okazuje się prawdziwa – grób jest pusty.

A jednak, co jeszcze bardziej zdumiewające, nie jest całkiem pusty. Płótna, w które owinięto zmarłego przy pochówku, leżą nadal na miejscu, wciąż nierozwinięte, tyle że teraz nic ich już nie wypełnia. Opadły płasko, zachowując kontury postaci, którą skrywały, co tym bardziej podkreśla boską nieobecność. Gdyby ktoś faktycznie zdecydował się ukraść ciało, najprawdopodobniej wyniósłby je razem z płótnem. Jeśliby złodziejowi zależało, z jakiegoś niezrozumiałego powodu, żeby wykradane zwłoki były nagie, zapewne zostawiłby płótna rozrzucone byle jak. Włamywacz-pedant, o ile tacy bywają, porządnie poskładałby szmatki. Ale żaden złodziej nie zdołałby zostawić całunu dokładnie w takim kształcie, jaki mu nadano, owijając ciało. Nie wiadomo, czy sam Houdini potrafiłby dokonać takiej sztuki. Piotr nie wyciąga jednak pochopnych wniosków, mimo iż zjawisko nosi znamiona cudu. Zachowuje ostrożność godną papieża.

Jan pojawił się w grobie jako drugi, ale teraz znów wychodzi na prowadzenie. Nie w wymiarze liniowym, ale duchowym (jak gdyby Piotr odpowiedział Janowi grzecznością za grzeczność i teraz, kiedy obaj stoją w pustym grobie, wpatrzeni w śmiertelne chusty, zachęcił: „proszę przodem”). Jan „ujrzał i uwierzył” (J 20,8). Co sprawiło, że nagle, w jednej chwili, uwierzył w zmartwychwstanie Chrystusa? Cóż takiego ujrzał? Ano, nic. Nie ujrzał niczego. A dokładniej mówiąc – płótna, starannie owinięte wokół niczego. Puste, a jednak nienaruszone.

Cud cudów to cud pusty w środku. Cud, który polega na tym, że Zmartwychwstały dyskretnie się usuwa, robiąc miejsce. Przedłuża ciszę szabatu. Gdyby nadciągnął otoczony wojskami anielskimi, wśród salw grzmotów i eksplozji błyskawic, nie wyróżniałby się specjalnie z tłumu osobników o zaniżonym poczuciu własnej wartości, którzy robią wokół siebie tyle szumu, ile się tylko da. Zmartwychwstały nie potrzebuje wywierać wrażenia. Zamiast szarżować, usuwa się, jakby chciał nam powiedzieć: „proszę, państwo przodem”. Tu, na tej ziemi, ustępuje nam miejsca. Aż do końca czasów.

Jak matka

Określenie „usuwa się” wybrane jest nieprzypadkowo. Chrystus przecież nie „wycofuje się”, ani tym bardziej nie „znika”. Nie przestaje być obecny tylko dlatego, że Go nie widać. Przepuścić innych przodem może tylko ktoś, kto był pierwszy. Zwalnia dla nas miejsce, które należało wcześniej do niego.

Nie należy jednak wyobrażać sobie, że Bóg, stwarzając świat, zmuszony był ustąpić miejsca swemu dziełu tak, jak ocean musi się cofnąć, żeby ukazała się sucha ziemia, albo jak słoń musi się posunąć, żeby nie zadeptać mróweczki. Porównania te są bardzo obrazowe, ale niestety zupełnie nietrafione, bo stawiają Stwórcę i stworzenie na jednym poziomie, jako byty wobec siebie konkurencyjne.

Gdyby tak się rzeczy miały, Bóg faktycznie musiałby się trochę zmniejszyć, żeby Jego stworzenie mogło urosnąć. Zresztą, taki obraz dałoby się łatwo wykorzystać dla ukazania wyższości ateizmu. Słonia można upolować i sprzedać cenne kły, a mrówki urządzą sobie prawdziwą ucztę na porzuconym truchle. A gdyby osuszyć ocean, zamieniając jego dno w poldery, zyskałoby się mnóstwo powierzchni do zagospodarowania… Zgodnie z tą logiką stworzenie rozwinęłoby się najpełniej, gdyby Stwórca zniknął.

Ale nasz Bóg wymyka się rozumowaniu tego typu. Bo kiedy On chce zrobić komuś miejsce, nie musi w tym celu się kurczyć – po prostu to miejsce robi. Jeśli byłby oceanem, to takim, który swoją substancją tworzy całą ziemię, aż po jej wnętrzności, i jest władny nadać tej ziemi każdą formę. Jeśli byłby słoniem, to takim, który w swoim wiecznym „teraz” stwarza mróweczkę i czasoprzestrzeń obejmującą jej egzystencję.

Istnieje analogia, która godzi to, co wydaje się nie do pogodzenia – ustąpienie miejsca i otoczenie obecnością, całkowitą niewidzialność i niewypowiedzianą bliskość. Jest ktoś, kto potrafi się usunąć, pozostając blisko, zrobić miejsce, które nie jest po prostu pustą przestrzenią, ale kanwą życia. To matka, która nosi dziecko w swoim łonie. Matka robi dziecku miejsce wewnątrz siebie. Karmi je swoim ciałem, otacza swoim ciepłem. Dziecko nie widzi matki, choć przecież w niej żyje, porusza się i jest.

Kiedy Stwórca dyskretnie się usuwa, mówiąc nam „proszę przodem”, nie robi się przez to mniejszy. Ani nie próbuje urosnąć w naszych oczach, ostentacyjnie okazując uprzejmość. Nie widzimy Go, bo On właśnie nas stwarza i utrzymuje w bycie – nas i wszystko, co istnieje. Tak objawia się Jego obecność. Uprzejme „proszę przodem” wyraża istotę Jego twórczego aktu. „Proszę przodem, niebo i ziemio”. „Proszę przodem, słońce, księżycu i gwiazdy”. „Proszę przodem, ryby morskie, ptactwo skrzydlate, zwierzęta pełzające i dzikie wszelkiego rodzaju”. „Proszę przodem, mężczyzno, kobieto, dzieci”.

Bóg nie musi stawać w blasku reflektorów, życząc sobie „obym zaistniał”. Jest władny powiedzieć „niechaj się stanie światłość”, i światłość zaczyna istnieć we wnętrzu Jego słowa. Stwórca posuwa się coraz dalej, po to, żeby wciąż przepuszczać nas przodem (podobnie jak brzuch kobiety ciężarnej wyprzedza ją samą, niczym dziób okrętu). Otula nas, podtrzymuje i unosi, tak doskonale, że prawie mamy rację, kiedy upieramy się, że On nie istnieje (bo rzeczywiście nie istnieje w taki sposób, w jaki my istniejemy). Płód nie widzi swojej matki, chociaż wszystko, co go otacza, jest znakiem jej obecności. Mógłby myśleć, że matka nie istnieje, bo ona jest wszędzie, a nie tylko gdzieś, w jakimś miejscu wewnątrz wielkiego brzucha. A więc ateiści, wyznając wiarę w nieistnienie Boga, także – choć mimowolnie – składają cześć wszechogarniającej dobroci Przedwiecznego.

Posprzątać po sobie

Wróćmy do pustego grobu. Chusta, która była na głowie Jezusa, nie leży razem z płótnami, ale oddzielnie, zwinięta na jednym miejscu. Dlaczego? Niektórzy egzegeci twierdzą, że chusta po prostu została tam, gdzie spoczywała głowa Ukrzyżowanego; słyszałem też inne, bardzo skomplikowane, symboliczne interpretacje tego wersetu. Mam wrażenie, że głosiciele tych teorii nie garną się do prac domowych, ignorują więc fakt, w świetle którego wymigiwanie się od sprzątania staje się naprawdę niezręczne.

Jeśli, zajrzawszy do Grobu Pańskiego, zauważymy tylko niezwykłe zniknięcie ciała, umknie nam pewien szczegół, który jest nie mniej frapujący. Oto Chrystus po trzech dniach zmartwychwstaje… I co dalej? Co teraz zrobi? Ano, przede wszystkim porządnie złoży chustę, która przesłaniała Jego twarz. Kto wie, czy to nie widok owej chusty sprawił, że Jan w jednej chwili u w i e r z y ł. Uwierzył, że jego Mistrz żyje w chwale – bo któż inny poświęciłby czas prozaicznej czynności, jaką na co dzień wykonują praczki?

Ktoś mi zarzuci, że fantazjuję i bujam w obłokach. Wszak każdy czyn Zmartwychwstałego powinien być ściśle i jednoznacznie nadprzyrodzony. Stereotypowo widowiskowy. Podyktowany oczekiwaniami publiki, spragnionej demonstracji siły. Odpowiem, że aby zrozumieć mój punkt widzenia, trzeba najpierw zgłębić mistykę sprzątania. Co może być bardziej na obraz Boga, niż robienie porządku? „Tak więc usunę ślad po rodzie Jeroboama, jak uprząta się gnój bez reszty”, mówi Pan ustami proroka Achiasza (1 Krl 14,10). Chrystus, według słów Jana Chrzciciela, „oczyści swój omłot” (Mt 3,12).

Pamiętamy też, jak zrobił porządek z przekupniami, którzy kłębili się na dziedzińcu świątyni, i jak uparł się, że umyje nogi apostołom. Kiedy myślę o dyskretnym uroku sprzątania, do głowy przychodzi mi porównanie dwóch dyscyplin sportu – hokeja i curlingu. W tym pierwszym krążek posuwa się naprzód, bo gracz bez pardonu wali go kijem. W drugim gracz pucuje lód przed krążkiem (zwanym w tej grze kamieniem), a ten po prostu sunie ku mecie (zwanej domem), jak gdyby robił to o własnych siłach.

Prawdziwy szef więcej powinien mieć z gosposi niż z kaprala. Gosposia, a nawet gospodyni, rzadko pojawia się na scenie. Ale to ona ją stworzyła, urządziła przytulne wnętrze, gdzie aktorzy mogą poczuć się jak u siebie w domu. Gospodyni nie wkłada żadnego z bajecznych kostiumów, ale to ona je wszystkie uprała, wyprasowała, pocerowała i powiesiła na wieszakach w garderobie. Jej starania zamieniły zwykłe cztery ściany w miejsce, gdzie dobrze jest żyć. Podłogi lśnią czystością, komody wypełnia świeżo uprana, pachnąca bielizna, czeka na nas elegancko nakryty stół, a z kuchni dolatuje upojna woń, która mile łechce nasze nozdrza. Przebywanie tutaj jest prawdziwą przyjemnością; aż się chce rozsiąść na wygodnej kanapie, której kolor idealnie harmonizuje z odcieniem zasłon, podczas gdy wzorzysty dywan wnosi mocny akcent, intrygująco kontrastując z łagodnymi barwami wystroju. Pijąc wyborną, poobiednią kawę i prowadząc lekką konwersację, cieszymy oko widokiem tego wnętrza, gdzie w każdym szczególe przejawia się artystyczny zmysł i twórcza fantazja pani domu… Czyż w swoich staraniach gospodyni nie upodabnia się do samego Stwórcy,

który ukształtował i wykończył ziemię,

który ją mocno osadził,

który nie stworzył jej bezładną,

lecz przysposobił na mieszkanie (Iz 45,18).

Tak na początku, jak i na końcu objawień Zmartwychwstały pozwala uczniom skonstatować swoją nieobecność. Najpierw Jego ciało znika z grobu, potem On sam znika sprzed ich oczu, kiedy wpatrują się w Niego, wstępującego do nieba. Jezus usuwa się, żeby przygotować im miejsce (por. J 14,2) i otworzyć nowy rozdział ich życia. Jan widzi to puste miejsce, które bezgłośnie go przyzywa, gdzieś na dnie serca słyszy cichutkie, ale wyraźne „proszę przodem, teraz twoja kolej”. I wierzy.

PS do mojej żony:

Kochana, nie po to napisałem to wszystko o pracach domowych, żebyś oddała się im z jeszcze większym poświęceniem, usiłując wpasować się w okropnie niepraktyczny stereotyp kobiety uległej. Tu chodzi o metafizykę; nic na to nie mogę poradzić. Zresztą, przyznasz, że medytując nad wzniosłością sprzątania, sam pozbawiłem się moich ulubionych wymówek…

***

Fragment książki Fabrice’a Hadjadja „Zmartwychwstanie. Instrukcja obsługi”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa „W drodze”.