Zapewne w tym miejscu zapyta: „Ale to o mnie?”.

Gdyby dowiedziała się, że o niej piszę na pewno poczułaby się nieswojo. Zawsze lubiła stać trochę z boku, obserwując czy niczego innym nie brakuje. Potrafiąc zaradzić większości naszych problemów. Moja mama. Nie byłoby mnie w tym miejscu, gdyby nie jej ofiara z własnego życia. W naszych mamach Chrystus właśnie w ofierze z ich życia mówi do nas o pięknie miłości bezinteresownej.

Kiedy wczoraj rozmawialiśmy sobie z mamą siedząc przed domem i patrząc w gwiazdy te same, które widziałem w tym miejscu przed pójściem do Zakonu, przypomniałem sobie wszystkie nasze w tym miejscu rozmowy.

Mama zawsze uczyła nas słuchać. Wczoraj robiła to samo. Nam, myślę o mnie, moim bracie i siostrze, zawsze wszystko wydawało się tak oczywiste. Ona tłumaczyła, że nie jest to takie proste, jak myślimy. Sama zadawała wiele pytań, uzmysłowiając nam, że ludzie, żeby poczuć się przy nas bezpiecznie, muszą mieć swobodę do bycia sobą. Powinni mieć prawo do niewiedzy, do czasu na zrozumienie, do swobody w poglądach i opiniach, do tego, że nie muszą być tacy jak my.

Wczoraj też nie zabrakło pytań i doświadczenia bezpieczeństwa. Zapewne w tym miejscu mama zapytałaby: „ale to o mnie”? Ofiarność zawsze przeplatała się w niej z prostotą w zrozumieniu świata. Brak podtekstów domysłów, które my w sobie często nosimy dla naszych mam jest abstrakcją. One nas akceptują takimi, jakimi jesteśmy. Być może wymagające, to jednak zawsze na nas otwarte. Tak jak Chrystus czekają, aż przyjdziemy niezależnie skąd do nich będziemy szli. Jak daleko od nich odeszliśmy, jak skomplikowaną drogę przeszliśmy. One tak jak On, zawsze czekają.

Gotowość przyjęcia i ta ogromna radość ze spotkania z każdym z nas trojga zawsze wywoływała w nas lekki uśmiech. Tym czasem dla niej to jest wydarzenie. Nie daj Boże, gdyby cokolwiek na nasz przyjazd nie było przygotowane, upieczone. Mógłbym wymieniać. Każde z nami spotkanie jest tym najważniejszym na świecie.

Zadziwiające jest to, że mama się nami nigdy nie nudzi. Mogłaby cały czas słuchać o naszych odkryciach, przygodach jak i o problemach, troskach. Mimo, że o wielu słyszała już wielokrotnie. Jak Chrystus, któremu nie jest nas nigdy dość. Który się nami nigdy nie znudził i mógłby nas słuchać, jeżeli tylko chcielibyśmy do niego mówić. To zadziwiające, że coś co dla nas, mało znaczące. Dla niej w nas jest bardzo często ważnym wspomnieniem – przypomnieniem o pięknie, które w sobie nosimy. Chrystus dostrzega w nas piękno, o którym już dawno zapomnieliśmy.

Pamiętam jak kiedyś, na szczęście ten czas mam już za sobą, ze strony mamy nie spodziewałem się już żadnego zaskoczenia. Tym czasem ona jest jak dobra książka. Kiedy myślisz, że znasz zaskoczenie akcja dopiero zaczyna się rozwijać. Często nie spodziewam się, że rozwiązanie problemu przyjdzie właśnie od niej. I tu znowu pytanie: „ale ode mnie”? Jakie to piękne. Tymczasem ona znowu wie jak.

Nie to, żeby umniejszać czegokolwiek naszym mamom, ale najciemniej chyba pod latarnią. Do Chrystusa także się przyzwyczailiśmy. Już niczym nas nie jest w stanie zaskoczyć. Wszystko o nim wiemy. Wiemy, co powie, co zrobi. On jednak nieustannie o nas walczy, także, a może przede wszystkim, w tym naszym do niego przyzwyczajeniu.

Dziękuję Ci Panie Jezu za moją mamę! Mamie dziękuję za Chrystusa. Za to, że nigdy nie pozwolili mi się do siebie przyzwyczaić. Dzięki nim cały czas mogę odkrywać piękno, które dzięki nim w sobie noszę. To piękno, które jest w każdym z nas.