Ziarnem jest słowo Boże, a siewcą jest Chrystus, każdy, kto Go znajdzie, będzie żył na wieki.

Nagrania kazań na niedzielę:

 

Całą istotą wzdychamy, oczekując przybrania za synów – odkupienia naszego ciała
 Całą istotą wzdychamy, oczekując przybrania za synów – odkupienia naszego ciała

Komentarze z miesięcznika „W drodze”:
Jestem wszystkim naraz

 Tomasz Golonka OP

 Iz 55, 10-11 • Ps 65 • Rz 8, 18-23 • Mt 13, 1-23

Po odczytaniu przypowieści o siewcy pada (czasem? zwykle?) ulubione pytanie kaznodziejów: A ty? Jaką glebą jesteś? Urodzajną czy może jesteś skałą albo cierniem, albo drogą? Jaki owoc przynosisz? Stokrotny czy tylko trzydziestokrotny? Szczerze mówiąc, nie lubię takiej retoryki, a wezwanie od razu na początku do rachunku sumienia uznaję za najsłabszy zabieg kaznodziejsko-pedagogiczny. Dlaczego? Dlatego, że tego typu podejście niczego nie posuwa do przodu, jest nierozwojowe, jest zamykające. No bo co odpowiedzieć na pytanie: A ty? No co ja?! Oczywiście wybieram najgorszy dla siebie wariant, żeby skarcić się od razu na wejściu, żeby nikt już o nic mnie nie pytał i żeby wszyscy dali mi święty spokój. Dlatego nie lubię takich pytań.

Wolę najpierw pomyśleć, zastanowić się. O! Jak ciekawa jest ta metafora (tym razem o ziarnie, roli i siewcy). Co mogę dzięki niej zrozumieć? Rozważając tę przypowieść i przyglądając się życiu (swojemu, ale też i innych), zauważam, że nie jestem tylko skałą albo drogą, glebą nieurodzajną albo urodzajną. Nieprawdą jest, że wydaję plon tylko trzydziestokrotny albo tylko stokrotny. Oczywiście w logice „wyścigu szczurów” albo w logice „prymusów”, albo w logice różnorakich „sortów” – to modne ostatnio słowo – może tak jest. Ale w rzeczywistości jest inaczej. Bo odkrywam, że jestem wszystkim naraz. I skałą, i drogą, i cierniem, i wydającym owoc – trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stokrotny. Jak to? – ktoś zapyta. Czy tak można? Nie wiem, czy tak można. Wiem, że tak właśnie jest. A jest inaczej? Ot, na tym polega zrozumienie. A zrozumienie daje pokój i spokój, i siłę. Gdy wiem, jak jest. O! Nareszcie wiem, jak jest! Jak to fajnie, że wiem, jak to ze mną jest! – to dopiero wtedy mogę coś ze sobą zrobić. Wydać plon.

 

Kto ma uszy, niechaj słucha!
Kto ma uszy, niechaj słucha!

Ogrodnik

Stanisław Nowak OP

Iz 55, 10-11 • Ps 65 • Rz 8, 18-23 • Mt 13, 1-23

Słowo i Duch mają jedno źródło, są to usta Boga Ojca, który je posyła. Najpierw słowo, aby przygotowało drogę dla Ducha: tak właśnie Jezus obiecuje, że strumienie Wody Żywej popłyną z Jego wnętrza (J 7, 37-39). A potem Duch Ożywiciel rzeczywiście zostaje wylany z Jego krwiobiegu na cały Kościół, Jego Ciało. Wszystkie dary Boże są nieodwołalne (Rz 11, 29), dlatego Bóg nie przestaje dawać nam słów, które żyją i przygotowują na przyjęcie Ducha Parakleta, którego przywołuje w nas Słowo Wcielone, od momentu chrztu. Na drodze posłanego słowa i Ducha jest Jezus Chrystus żyjący w każdym z nas.

On tętni życiem, bo właśnie te dwa kanały splatają się w Nim i łączą nas z Bożym Sercem. Jezus nie kumuluje wody w sadzawkach, ale naśladuje Ojca. Dalej daje słowo oraz tymi samymi ustami tchnie Ducha, który zgodnie z obietnicą daną Samarytance (J 4, 14) ma się stać w KAŻDYM Z NAS źródłem wytryskującym ku życiu wiecznemu. To właśnie po to jesteśmy Kościołem, korytem rzeki płynącej od Krzyża, aby głosić słowo i wzywać Ducha.

Bóg stworzył Adama i posadził mu Ogród, aby uprawiał ziemię, kopał studnie i budował kanały dla Żywej Wody (Rdz 2, 5-7), wszystko po to, żeby rzucane przez Ojca ziarno słowa w nas rosło nawodnione Strumieniem Bożej Myśli. Głębsze i tajemnicze znaczenie potwierdza Oda Salomona (Syria, II w.):

Rolnik popycha pług, to jego praca, trudem żeglarza wędrowanie, a moja praca to wychwalać Pana, to moja sztuka i rzemiosło (…) Zaczerpnę łaski, rozpalę mą wiarę, otworzę usta a Duch przez nie wyśpiewa chwałę Pana, wieczną piękność, obfitość Jego miłosierdzia. (…) Opowiem i potęgę słowa: słowo Pana przenika niewidzialne, odsłania ukryte zamysły, aż wreszcie oko ujrzy Jego dzieła, a ucho chwyta Jego myśli.

Nie bójmy się zatem uwielbiać Boga, wzywać nad ludźmi deszczu słowa oraz powiewu Ducha. I razem z Jezusem Ogrodnikiem kopać rowy, oczyszczać studnie, aby rosło Życie.

 

Tak uprawiłeś ziemię: nawodniłeś jej bruzdy, wyrównałeś jej skiby, spulchniłeś ją deszczami i pobłogosławiłeś plonom
Tak uprawiłeś ziemię: nawodniłeś jej bruzdy, wyrównałeś jej skiby,
spulchniłeś ją deszczami i pobłogosławiłeś plonom

Powrót na Sołacz

Wojciech Prus OP

Iz 55, 10-11 • Ps 65 • Rz 8, 18-23 • Mt 13, 1-23

Zdarza się niekiedy Ewangelię przeżyć na sobie. Można to nazwać paradoksem, ja nazwałbym Bożym zrządzeniem, że rozmyślając, co napisać na temat przypowieści o Słowie Bożym rzucanym jak ziarno na różne rodzaje gleby, znalazłem się na bezdrożach.

Ziarno, trafiając na niewłaściwą glebę, umiera. Jak zatem troszczyć się o ziemię duszy? Poszedłem za obrazem doświadczonego rolnika, którego postać zacząłem wiązać z tą Ewangelią, i postanowiłem sprawdzić, czy ojcowie Kościoła objaśniali przypowieść o siewcy, odwołując się do uprawy ziemi. W przeglądarkę internetową wpisywałem łacińskie słowa i sprawdzałem, czy u Augustyna i innych nie pojawia się wątek rolnika. Długo nie trafiałem na satysfakcjonującą inspirację, a presja rosła, bo planowałem napisać rozważanie przed wieczorną transmisją meczu w mistrzostwach Europy. Wobec narastającej pustki, bardziej z posłuszeństwa niż z ochoty, wybrałem się na rozmyślanie. W kaplicy poprzez niepokój przebiła się myśl, że to zawierzenie Jezusowi użyźnia duszę. Wielu ludzi uważa słowo „zawierzenie” za kościelną nowomowę. A jednak właśnie zawierzeniem chcę nazwać chwile, gdy w cichej modlitwie walczyłem, by w myślach nie budować scenariuszy, gdy dzień się kurczy.

Kiedy w kaplicy trzymałem się krzesła, by wysiedzieć przepisane 30 minut, zobaczyłem nagle w myślach Sołacz, willową dzielnicę Poznania z parkiem i stawem, po którym, gdy byłem chłopcem, pływały zielone łódki. Po wyprowadzeniu się z Łazarza chodziliśmy z rodzicami do sołackiego kościoła. W bocznym ołtarzu po prawej stronie wisiał obraz Jezusa Miłosiernego, kroczącego wśród pejzażu jak z nabożeństw majowych. Kiedy miałem cztery czy pięć lat, traktowałem Jego postać z tego obrazu jak kogoś żywego, może z powodu spojrzenia, o którym sądziłem, że jest zwrócone tylko na mnie. W Jego oczach było coś takiego, że choć niewiele rozumiałem, siedząc na dywanie pokrywającym stopień ołtarza, czułem, że jestem u siebie.

Jako dziecko uczyłem się modlitwy „Jezu, ufam Tobie”, siadając pod okiem Jezusa. Teraz w kaplicy, jako dorosły mężczyzna, wracałem do tej praktyki. Święty Benedykt pisał, że nim mnisi zabiorą się do jakiegokolwiek dzieła, mają najpierw prosić, by Bóg błogosławił ich zamierzenia. Zapomniałem o tym wskazaniu i dlatego niniejsze rozważanie musiałem pisać podczas transmisji meczu, który Polacy ostatecznie zremisowali z Austrią 1:1. Następnym razem zacznę od kaplicy, bo jednak bardzo lubię piłkę nożną.