Dyskusja o Bogu to nie konflikt nauki z religią. To opozycja między teizmem a ateizmem.

Wszyscy dzisiaj mówią o Bogu. Bez wątpienia rozprawiają o Nim naukowcy, publikując jedna za drugą książki o takich tytułach jak Język Boga Francisa Collinsa, Bóg urojony Richarda Dawkinsa, Bóg: błędna hipoteza Victora Stengera, Historia Boga Roberta Winstona, i tak dalej, i tak dalej.

Niektóre z tych książek stały się niespodziewanie bestsellerami. Ludzie oczywiście chcą usłyszeć, co w kwestii Boga mają do powiedzenia przedstawiciele nauk przyrodniczych. Wcale to nie dziwi, ponieważ nauka w naszym dzisiejszym, wyrafinowanym świecie cieszy się autorytetem intelektualnym i kulturowym. Wynika to po części z tego, że z niebywałym powodzeniem udaje się jej tworzyć wynalazki techniczne, z dobrodziejstwa których wszyscy korzystamy, a po części z tego, że potrafi nas inspirować, pomagając głębiej wejrzeć w cuda Wszechświata, o których opowiadają nam wyświetlane w telewizji pięknie nakręcone filmy popularno-naukowe.

Przejdź do sklepu Wydawnictwa W drodze

Z tego powodu wiele osób, coraz bardziej świadomych tego, że korzyści materialne, które daje nauka, nie zaspokajają najgłębszych potrzeb naszego człowieczeństwa, zwraca się do naukowców, by dowiedzieć się od nich, czy mają coś do powiedzenia w kwestii ważkich pytań dotyczących naszej egzystencji. Dlaczego istniejemy? Po co żyjemy? Dokąd zmierzamy? Czy ten Wszechświat to wszystko, co istnieje, czy też jest jeszcze coś poza nim?

Tego rodzaju pytania każą nam nieuchronnie myśleć o Bogu. I dlatego miliony z nas chcą wiedzieć, co ma o Nim do powiedzenia nauka. Niektóre ze wspomnianych wyżej bestsellerów wyszły spod pióra ateistów. Niemniej, co trzeba podkreślić, nie wszyscy wymienieni wyżej autorzy są osobami niewierzącymi. To zaś mówi nam od razu, że byłoby czymś bardzo naiwnym przedstawiać całą dyskusję o Bogu jako nieuchronny konflikt między wiarą a nauką. Przedstawianie relacji między nauką a wiarą w kategoriach konfliktu już dawno utraciło rację bytu.

Weźmy na przykład pierwszego autora z naszej listy, Francisa Collinsa, dyrektora Krajowego Instytutu Zdrowia (National Institute of Health) w Stanach Zjednoczonych i byłego szefa projektu poznania ludzkiego genomu (Human Genome Project). Poprzednim szefem projektu był Jim Watson, który razem z Francisem Crickiem otrzymał Nagrodę Nobla za odkrycie struktury DNA. Collins jest chrześcijaninem, Watson ateistą. Obaj są wybitnymi naukowcami, co dowodzi, że nie dzielą ich poglądy naukowe, lecz światopogląd.

To prawda, mamy w naszej debacie do czynienia z rzeczywistym konfliktem, ale nie jest to konflikt nauki z religią. To opozycja między teizmem a ateizmem, naukowcy zaś znajdują się po obu stronach barykady.

I to właśnie czyni tę debatę jeszcze bardziej interesującą, ponieważ możemy dzięki temu skoncentrować się na pytaniu, o które naprawdę nam chodzi: czy nauka prowadzi nas do Boga, odwodzi od Niego, czy też pozostaje w tej kwestii neutralna?

Trzeba powiedzieć od razu, że jedna rzecz nie ulega wątpliwości. Obserwowany znaczący wzrost zainteresowania Bogiem przeczy tak zwanej hipotezie sekularyzacji, która zbyt pospiesznie zakładała, że w następstwie oświecenia religia – przynajmniej w Europie – zacznie zanikać i dokona ostatecznie żywota. A tymczasem niewykluczone, że to właśnie dostrzegana porażka sekularyzmu sprawia, iż pytanie o Boga pnie się coraz wyżej na liście istotnych dla nas kwestii.

Jak twierdzą cieszący się renomą dziennikarze tygodnika „The Economist”, John Micklethwait i Adrian Wooldridge, mamy do czynienia z „powrotem Boga” i to nie tylko w przypadku ludzi niewykształconych. „W przeważającej części świata to właśnie awansująca społecznie, wykształcona klasa średnia, która, jak przewidywali Marks i Weber, odrzuca zabobony, prowadzi do eksplozji wiary”.

Zrozumiałe jest zatem, że tego rodzaju trend budzi wściekłość propagatorów sekularyzmu, zwłaszcza naukowców deklarujących ateizm.

Ich głosy protestu najgłośniej słychać w Europie, być może z tego powodu, że ateiści są świadomi, iż właśnie w Europie mają najwięcej do stracenia. I chyba się nie mylą, bo tu i ówdzie pojawiają się oznaki wskazujące na to, że zaczynają przegrywać.

Richard Dawkins, nadal na czele sfory, gorączkowo podkręca potencjometr, z głośnego krzyku przechodząc we wrzask, gdy załamuje się logika jego wywodu – a przynajmniej tak się wydaje, i to nawet innym ateistom. Chce za wszelką cenę „budzić świadomość” opinii publicznej, rekrutując w tym celu jak największą liczbę uczniów, by rozpowszechniali jego wiarę w to, że ateizm stanowi jedyny intelektualnie godny szacunku pogląd na świat istniejący w sferze publicznej. Elementem prowadzonej przez niego kampanii stały się nawet plakaty umieszczane na autobusach i letnie obozy ateistyczne dla dzieci, nie mówiąc oczywiście o plakietkach z dużym czerwonym „A” (od „ateista”) i całej gamie inteligentnie zaprojektowanych T-shirtów.

Nie wiem, czy w związku z tą właśnie kampanią, czy też niezależnie od niej, ale tak czy owak, do chóru ateistów dołączył potężny głos przedstawiciela nauk przyrodniczych, a mianowicie głos fizyka, Stephena Hawkinga. Nagłówki gazet i paski wiadomości telewizyjnych na całym świecie komunikowały: „Stephen Hawking twierdzi, że Wszechświat nie został stworzony przez Boga” lub „Stephen Hawking twierdzi, że w fizyce nie ma miejsca na Boga” i liczne temu podobne warianty.

Informacje te odnosiły się do dopiero co opublikowanej nowej książki napisanej wspólnie przez Hawkinga i Leonarda Mlodinowa, zatytułowanej Wielki projekt. Książka w mgnieniu oka znalazła się na pierwszych miejscach list bestsellerów. Publiczne wyznanie ateizmu przez osobę takiego intelektualnego kalibru jak Hawking nakręciło jeszcze bardziej całą dyskusję. Przyczyniło się także do wzrostu sprzedaży książki.

Co zatem mamy o tym wszystkim myśleć? Czy to zamyka sprawę? Czy nie ma już o czym dyskutować? Czy wszyscy teolodzy powinni natychmiast zrezygnować ze swoich katedr, a duchowni i osoby udzielające się we wspólnotach kościelnych zamknąć na cztery spusty świątynie? Czy Arcymistrz Fizyki zaszachował Projektanta Wszechświata?

To bezsprzecznie wspaniały powód do chluby twierdzić, że skazało się Boga na wygnanie. Jakkolwiek by było, wierzyła w Niego większość wielkich ludzi nauki z przeszłości. Wielu nadal wierzy. Czy Galileusz, Kepler, Newton i Maxwell, by wymienić tylko kilku z nich, całkowicie mylili się w tej kwestii?

Stawka jest bardzo wysoka i dlatego musimy bez wątpienia poprosić Hawkinga, by przedstawił jakieś dowody na poparcie swojego twierdzenia. Czy jego argumenty rzeczywiście się ostaną, gdy podda się je dokładnej analizie? Wydaje mi się, że mamy prawo to wiedzieć.

Nigdy się jednak tego nie dowiemy, jeśli się im wpierw nie przyjrzymy. Zróbmy to zatem.

Fragment książki Johna. C. Lennoxa „Bóg i Stephen Hawking”. Która ukazała się nakładem Wydawnictwa „W drodze”. Tytuł i lead od redakcji Dominikanie.pl.