Stoimy wobec paradoksu: okrutny głód potrzeby uznania, ale brakuje osoby, która byłaby w stanie tego uznania udzielić.

Uznanie społeczne w kryzysie

Obserwatorzy życia społecznego zauważają w obecnym świecie pewną sprzeczność. Z jednej strony obecna jest w nim coraz bardziej krzycząca manifestacja potrzeby bycia uznanym. Każdy aspiruje do bycia sławnym, wyjścia z anonimowości, do tego, by mówić o sobie.

Marzenie o byciu celebrytą nigdy nie było równie wielkie. Świadczą o tym sukcesy brukowców, branie udziału w teleturniejach, konkursy piękności, wyścigi sportowych rekordów i w ogóle wszelkiego rodzaju rekordów (publikowanych każdego roku w Księdze rekordów Guinnessa, w której znajdujemy rzeczy nieprawdopodobne, jak na przykład rekordy dotyczące ilości spożytych skorpionów!), rozmnożenie się blogów. Na obrazku rysownika Jean-Jacques’a Sempégo widzimy małego człowieczka w ogromnej bibliotece, której półki wypełnione są aż po sufit tysiącami woluminów, piszącego do przyjaciela: „Zdecydowałem się napisać książkę, żeby wyjść z anonimowości!”.

Przejdź do sklepu Wydawnictwa W drodze

Z drugiej strony, instytucjom, które niegdyś były w stanie dostarczyć jednostkom kwalifikacje i uznanie, coraz trudniej odgrywać dziś swoją rolę. W rodzinie dyskwalifikowana jest osoba rodzica, maleje znaczenie szkoły, dyplomy magistra nie dają żadnej gwarancji pracy. Świat polityki, państwo i jego „legie honorowe” uważane są za podejrzane. Utrzymanie stanowiska dyrektora generalnego w przedsiębiorstwie bardziej zależy od humoru akcjonariuszy i notowań giełdy niż od rzeczywistej jakości jego pracy, a presja wywierana przez cele ekonomiczne sprawia, że życie zawodowe kojarzone jest raczej z lękiem niż z gratyfikacją. Wielcy działacze nie interesują już nikogo.

Jeśli chodzi o Kościół oraz instytucje reprezentujące religię i moralność, nie przypisuje się im już na Zachodzie żadnej zdolności do uczynienia człowieka wartościowym. Bardziej na topie jest przekraczanie prawa niż dobre, przyzwoite zachowanie, a proboszcz już dawno przestał być uznawany za ważną osobistość.

Stoimy wobec paradoksu: okrutny głód pragnienia uznania, tożsamości, ale naprzeciw brakuje osoby, która byłaby w stanie tego uznania udzielić, uprawomocnić tożsamość. Pozostaje jedynie opinia publiczna lub media, dostarczające ulotnej sławy, opartej na płytkich wartościach lub przelotnych modach. Nie możemy tak naprawdę zadowolić nikogo…

Kruche uznanie uczuciowe

Ta niezaspokojona na płaszczyźnie społecznej potrzeba uznania jest często przenoszona do sfery prywatnej, wpływa na więzi interpersonalne. Zdajemy sobie sprawę, że możemy odnaleźć schronienie w cieple uczuciowym. Dostrzegamy, jak bardzo nastolatki wzajemnie lgną w dzisiejszym świecie do siebie. Jesteśmy świadomi ogromnej wagi miłosnego doświadczenia.

To prawda, że ma ono w sobie coś niezwykle pięknego: czyjaś twarz, wypatrzona pomiędzy innymi i dla mnie wyjątkowa, posiada unikatową wartość w moich oczach, i również ja staję się dla drugiego kimś wyjątkowym. Miłosna relacja jest miejscem wzajemnego uznania, docenienia (w sensie etymologicznym: nadania ceny). Każdy zyskuje ogromną wartość dla drugiego. Odkrywając innego, objawiam się sam sobie.

Doświadczenie to odpowiada głębokiej potrzebie bycia kochanym w sposób wyjątkowy. Ale jest ono kruche i nie zawsze dotrzymuje obietnic. Jeśli potrzeba bycia uznanym żywi się jedynie relacją uczuciową, co się z nią stanie, kiedy uczucie przeobrazi się w obojętność, odrzucenie? Wszystko się wali.

Potrzeba uznania wymaga bardziej solidnego fundamentu niż intersubiektywność. Bo jak człowiek w rzeczy samej podobny do mnie, równie kruchy i niedoskonały, może sam z siebie udzielać mi prawdziwego uznania? Aby tak się stało, potrzeba, aby był medytacją Innego.

Jedynym wyjściem z tego paradoksu jest spotkanie z Ojcem. Tylko On sam jest w stanie dostarczyć człowiekowi uznania, którego ten tak pragnie. Tylko On sam wyjawia każdemu jego prawdziwą osobistą tożsamość z maksymalnie obiektywną prawdą i subiektywną czułością jednocześnie. Pogłębienie synowskiej relacji z Bogiem rodzi w sercu człowieka to, co tworzy jego rdzeń: podwójną pewność – bycia kochanym i umiejętności kochania. Obie są konieczne i oparte na fundamencie życia dziecka Bożego, realizującego się poprzez dar Ducha Świętego.

Osobowość psychologiczna

Pragnienie odnalezienia własnej tożsamości przejawia się w zachwycie psychologią. Weźmy na przykład modę na testy. Wszystkie kobiece czasopisma proponują od czasu do czasu swoim czytelniczkom rozwiązanie serii testów w celu znalezienia odpowiedzi na tak zasadnicze pytania, jak: „Jakiego rodzaju kochanką jesteś?”.

Ale testy psychologiczne, choćby najbardziej wysublimowane, ujawniają koniec końców jedynie powierzchowny fragment osobowości, ich jedyną rolą jest umieszczenie nas w jakiejś kategorii. Zostajemy sklasyfikowani, zazwyczaj dlatego, że odhaczamy jakąś rubrykę czy wpisujemy numer, ale nie mamy dostępu do tego, co rzeczywiście niepowtarzalne u konkretnej osoby.

Niezaprzeczalnie użyteczną rolą psychologii w poszukiwaniu i budowaniu tożsamości jest to, że pomaga ona „oczyścić teren”, pomóc zdać sobie sprawę z ukrytych aspiracji lub tego, co sztuczne w konstruowaniu siebie (naśladownictwo, iluzje, uzależnienie wobec oczekiwań innych osób etc.). Ale nie daje dostępu do głębokiej tożsamości człowieka.

Ojciec, który czyni nas swymi dziećmi

Patrząc szerzej, ludzkie aspekty w rozwoju osobistej toż- samości są oczywiście bardzo ważne (odkrycie i wprowadzenie w życie swoich talentów i możliwości, zgoda innych osób na to), ale tym, co ostatecznie decydujące, jest wymiar duchowy, utworzenie prawdziwej i głębokiej relacji z Bogiem. Przyjęcie i rozwinięcie w całym naszym życiu słów: „Ty jesteś moim synem umiłowanym, w tobie mam upodobanie”. Bóg, objawiając swoje oblicze Ojca, pozwala człowiekowi odkryć jego własne oblicze.

Odnalezienie głębi własnej tożsamości jest rodzajem prawdziwego objawienia. Objawiając się jako Stworzyciel, Zbawiciel, Ojciec, Bóg objawia człowiekowi jego samego, to, co każdy człowiek ma w sobie wyjątkowego: wyłączną miłość, której jest on obiektem dla Boga, jak również wyłączną miłość, którą może on dać Bogu i światu, a której nikt inny nie może dać zamiast niego. Nie będę ani św. Franciszkiem, ani św. Teresą, ale mogę kochać Boga jak nikt inny nigdy Go nie kochał (czego pragnęło wielu świętych). Posiadam wyjątkowy sposób niesienia w sobie Bożego obrazu, zezwolenia na to, aby Chrystus mnie przemieniał i abym przynosił owoce.

Niemniej jednak, należy w tym miejscu podkreślić jedną rzecz. Proces, dzięki któremu człowiek zyskuje dostęp do głębi swej tożsamości, prawdziwego poznania siebie, swojej misji, łaski, która na nim spoczywa, daleki jest od bycia spokojnym i linearnym procesem stopniowego przyswajania sobie kompetencji, zalet etc. Jest on często paradoksalny, zgodnie z logiką Ewangelii: trzeba siebie stracić, aby siebie odnaleźć. Człowiek musi pokonać wiele trudności, porażek, upokorzeń, bolesnych odarć, a wręcz rozdzierających upadków (jak w przypadku św. Piotra), gdyż przemiana dokonuje się przez wydobycie na światło naszej biedy i radykalnej bezsilności.

To konieczne, aby powierzchowna i woluntarystyczna część naszej tożsamości – i jej pojedyncze składniki, takie jak zarozumialstwo, iluzja, narcyzm, egoistyczne poszukiwania spełnienia, które zamieszkują każdego z nas – zostały radykalnie wyeliminowane. Ja powierzchowne musi umrzeć, aby objawiła się prawdziwa tożsamość.

Paradoksalnie, akceptując własne ubóstwo, odkrywamy cud, jakim jesteśmy w Bożych oczach. Musimy pokonać głębokie warstwy nędzy, aby odkryć nienaruszony i święty rdzeń naszej osobowości, będącej niczym innym jak unikatową Bożą miłością, którą On daje nam z czystej łaski. Ten, kto w głębi swego ubóstwa nie przestaje szczerze szukać Boga i odpowiadać na Jego wezwania, wcześniej lub później przyjmie jako swoje słowa Psalmu 139: „Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie, godne podziwu są Twoje dzieła”.

Fragment książki Jacquesa Philippe’a „Gdybyś znała dar Boży. Nauka przyjmowania”, która ukazała się w Wydawnictwie „W drodze”. Lead od redakcji Dominikanie.pl.