Najistotniejsze, że ciemność już nie wraca, rany się wygoiły.

Mój tato umarł, kiedy miałam 21 lat. Chorował na serce i perspektywa kolejnego, śmiertelnego już ataku wisiała nad naszym życiem rodzinnym jak miecz Damoklesa przez wiele lat. W końcu przyszedł dzień, kiedy pękł włos, na którym ten miecz był zawieszony – tato odszedł. Jak to sercowiec: nagle, bez ostrzeżenia, choć jeszcze przez chwilę był cień nadziei, że i tym razem wysmyknie się z rąk śmierci.

Był dla mnie kimś bardzo ważnym. Moje odczucia po jego śmierci doskonale oddaje fraza z „Rozważniej i romantycznej” Jane Austen: poczułam się jak okręt, który utracił kotwicę. Na szczęście ktoś z moich znajomych studiujących medycynę miał wtedy zajęcia z psychologii żałoby i podrzucił mi książkę na temat jej faz. Pozwoliło mi to zrozumieć, co przeżywam. I tym chciałabym się z wami teraz podzielić.

Wyróżnia się zasadniczo pięć faz, przez które przechodzi każdy, kto doświadcza utraty.

Szok

Kiedy usłyszałam w słuchawce, że tato jest w szpitalu, było to jak uderzenie obuchem. Tępy, rozlany ból w głębi serca. Jedyne, do czego byłam zdolna, to realizacji praktycznych zadań: spakować się, kupić bilet, pojechać do domu…

Tak właśnie wygląda pierwsza faza żałoby, czyli szoku i zaprzeczenia – z rozpędu jest się zdolnym do praktycznych działań, organizacji pogrzebu, załatwienia kwestii urzędowych. Wszystko jakby na automacie, w otumanieniu.

Ból już jest, ale jeszcze nie do końca uświadomiony. Czasem niektórzy mają wrażenie, że to wszystko im się śni, że zmarły żyje – zaraz usłyszą jego głos, wróci do domu, zadzwoni. Im silniejsza była więź ze zmarłym i im tragiczniejsza była jego śmierć, tym ta faza jest dłuższa i trudniejsza.

Wspaniałym, głęboko poruszającym zapisem tego etapu żałoby jest książka C.S. Lewisa „Smutek” („A Grief Observed”). To zapiski autora po śmierci ukochanej żony, Joy. Książka w prostych, ale niesłychanie mocnych zdaniach oddaje poczucie odcięcia od samego siebie, głębokiej rozpaczy, ale jakby bezobjawowej. Odnalazłam w niej siebie z początku własnej żałoby.

Dezorganizacja

Po pogrzebie i ogarnięciu kwestii życiowych wydaje się, że już jest po wszystkim. Trzeba na nowo poukładać sobie świat, odczuwa się nawet delikatną ulgę, że najgorsze już za nami. Jednak coraz wyraźniej rzeczywistość zaczyna nam się wymykać z rąk. To druga faza, czyli dezorganizacji i zaprzeczenia.

Zaprzeczamy albo faktowi utraty, albo odczuwaniu smutku z jej powodu. Staramy się żyć, jak do tej pory, ale świat wokół nas jakby zmówił się, żebyśmy nie zapomnieli. Coraz więcej nitek wypada nam z rąk, coraz więcej rzeczy nie wychodzi, coraz trudniej utrzymywać maskę. Do tego wszystkiego coraz mniej jesteśmy odporni na porażki, a coraz bardziej podatni na frustrację.

Gniew

Kiedy te ostatnie objawy osiągną masę krytyczną, wchodzimy w trzecią fazę – gniewu i buntu. Wylewa się z nas złość, uderza w nas samych albo w nasze otoczenie. Często znajdujemy inne uzasadnienia i zamieniamy się w maszynę do niszczenia relacji, zamiast dostrzec podstawową przyczynę: niezgodę na utratę, bunt wobec odejścia.

Depresja

Gniew wyczerpuje. Kiedy zużyje już wszystkie nasze rezerwy energetyczne, wchodzimy w najtrudniejszy etap, najbardziej mroczne godziny tego doświadczenia – depresję.

Każdy przeżywa ją po swojemu, ale najczęściej przejawia się ona w odsunięciu od otoczenia, zapadnięciu w odrętwienie wewnętrzne i zewnętrzne. Mogą pojawić się myśli samobójcze, stany lękowe, nasilenie chorób fizycznych albo pojawienie się somatyzacji: bólów kręgosłupa, głowy, problemów z układem trawiennym lub hormonalnym.

Nikt i nic nie jest w stanie nas z tego wyciągnąć, tu potrzebna jest cierpliwość, jak przy każdej acedii. Ważne jednak jest, żeby ktoś nam towarzyszył na tym etapie drogi. Bo to tylko etap, choć najgorszy, to jednak już za kilka kroków ciemna dolina się kończy.

Akceptacja

A na jej końcu wchodzimy w ostatnią fazę przeżywania żałoby – akceptację. Powraca pokój, przede wszystkim ten wewnętrzny. Nie ma już poczucia, że mieszkamy na wulkanie, zaczynamy dostrzegać pozytywne strony życia i nowego układu rzeczywistości.

Mnie w odzyskaniu wewnętrznej równowagi pomogły zamknięte rekolekcje ignacjańskie, ale nie jest to metoda dla każdego. Znam też takich, którzy równowagę odzyskiwali, idąc na wyczerpujące fizycznie wyprawy lub angażując się monotonną pracę fizyczną. Każdy musi znaleźć swoje rozwiązanie.

Akceptacja nie znaczy, że tęsknota znika czy że smutek nie wróci. Ja potrzebowałam kilkunastu lat, żeby wreszcie rocznica śmierci taty nie była związana z tygodniem depresji. Najistotniejsze, że ciemność już nie wraca, rany się wygoiły.

Przyjaciele potrzebni od zaraz

I tu jeszcze jedna, bardzo istotna kwestia. Zwykle pierwsza rocznica śmierci kogoś bliskiego jest momentem olbrzymiego kryzysu, czasem większego niż ten bezpośrednio po odejściu. Nie należy w tym czasie planować niczego ważnego, warto pozwolić sobie na smutek i zadbać o to, by byli przy was przyjaciele i ludzie, którym ufacie. Dobrze jest stworzyć sobie na ten czas przyjazne środowisko, które będzie swego rodzaju kokonem, który zamortyzuje szok.

Warto też, żeby wasi bliscy, którzy nie współuczestniczą w tej żałobie, rozumieli, co się z wami dzieje. Żeby nie odrzucili was, kiedy będziecie w fazie buntu jak Hulk miażdżyć wszystko wokół siebie ani kiedy wejdziecie w etap zamrażającej otoczenie Buki. Którzy też, kiedy po roku znów rozsypiecie się na kawałki, nie stwierdzą, że to już przesada i nadmiernie się nad sobą rozczulacie.

To jest ten moment w życiu, kiedy zostają przy nas tylko najwierniejsi i życzę wam, żeby ich przy was nie zabrakło.