Lepiej odnieść się do czynu, a nie do jego autora. Bo to konkretny człowiek.

Kiedy na Służewie śpiewamy w Wielki Piątek „Pasję”, jest w niej taki moment, który jest dla mnie najbardziej przerażający. Schola obsadzona w roli tłumu ma skazać Chrystusa. Najpierw nieśmiało zaczyna jedna osoba. Potem dołączają się kolejne głosy, krzyk narasta. Pogłos służewskiego kościoła dodatkowo wzmacnia dźwięk i niesie daleko po betonowym wnętrzu. W końcu cały ponad stuosobowy chór wrzeszczy: „Precz! Precz! Ukrzyżuj go!”. Nikt w tej scenie nie bierze Skazańca w obronę. Stoi On samotnie przed rozwścieczonym tłumem.

To kwintesencja hejtu. Najpierw nieśmiało zaczyna jedna osoba, potem dołączają się kolejne, aż w końcu dołączają pozostali. Niewiele brakuje, a tłum rzuci się na swoją ofiarę. Nie tyle ważny jest sam fakt popełnienia takiego czy innego czynu, a emocje, które biorą górę. Winny czy nie, zostaje osądzony, upokorzony, odsądzony od czci i wiary. W skrajnych przypadkach sytuacja może skończyć się linczem.

Podobnie sprawa ma się w internecie. Lincz dokonuje się na forach internetowych, w komentarzach na Facebooku czy YouTube, komentarzach pod artykułami. Wszędzie tam, gdzie może się wypowiedzieć przeciętny użytkownik internetu. Zjawisko zostało określone mianem „hejtu”, co jest spolszczeniem anglojęzycznego słowa „hate” (ang. nienawiść).

Jak pisze Paweł Kolenda w raporcie „Internetowa kultura obrażania” wydanym przez IAB Polska, hejt oznacza obraźliwą treść w sieci i zwykle dotyka konkretnych osób. Z kolei Katarzyna Garwol w artykule „Hejt w internecie – analiza zjawiska” stwierdza, że przez hejtowanie „rozumie się wypowiedzi agresywne, przekraczające granice kultury wypowiedzi, a jednocześnie niespełniające wszystkich warunków do tego, aby je zakwalifikować do pojęcia <<mowy nienawiści>>”. Na wymiar hejtu jako personalnego ataku zwraca też uwagę Michał Wawrzyniak, autor książki „Hejtoholik”. Osoba hejtująca komentuje w sposób agresywny i obraźliwy, używa argumentów ad personam lub ad hominem. Hejter na cel biorąc sobie osoby publiczne i celebrytów – choć niekoniecznie. Ofiarą hejtu może paść każdy z nas.

Obrzucanie kogoś wyzwiskami w sieci jest też o wiele łatwiejsze niż w osobistym kontakcie. Wynika to z właściwości internetu jako medium. Gdy umieszczamy w sieci komentarze, nie widzimy twarzy jego adresata. Fizyczny dystans między nami jest większy, niż gdybyśmy rozmawiali twarzą w twarz.

Patricia Wallace, autorka książki „Psychologia internetu” pisze: „Łatwiej atakuje się kogoś, kogo się nie widzi i kto znajduje się daleko. Nie widzimy zranionych i wykrzywionych bólem twarzy i czujemy się bezpieczniejsi i lepiej zabezpieczeni przed ewentualnym kontratakiem” (Wallace, 2001). Poczucie anonimowości także potęguje agresję. A ta może mieć tak samo niszczycielskie efekty, jak w realnym życiu.

Historie osób, które tego doświadczyły, opisał Jon Ronson, autor książki „Wstydź się!”. Jedną z nich była amerykańska dyrektor do spraw PR, Justine Sacco. Podczas wakacyjnej podróży we wpisach na Twitterze kpiła ze współpasażerów i przedstawicieli innych nacji napotkanych po drodze, Obserwowało ją zaledwie 170 osób. Ostatni tweet, jaki zamieściła przed wejściem na pokład samolotu, brzmiał: „Lecę do Afryki. Mam nadzieję, że nie złapię AIDS. Żartowałam. Przecież jestem biała” (Ronson, 2017). Jeden z jej obserwujących podał wpis dalej, do znajomego dziennikarza. Kiedy Sacco lądowała w Cape Town, w internecie trwało już piekło, którego stała się główną ofiarą. Straciła pracę, straciła dobre imię. Komentująca jej czyn społeczność internetowa już wydała na nią wyrok.

Nie przypuszczali tego również dwaj programiści, którzy półgłosem przerzucali się uwagami na temat sprzętu i oprogramowania podczas branżowej konferencji. Siedząca przed nimi programistka, Adria Richards, uznała, że komentarze są seksistowskie i podzieliła się swoim oburzeniem na Twitterze (umieszczając tam fotografię obydwu panów). Jeden z programistów, Hank, stracił pracę, ale gdy przedstawił swoją wersję wydarzeń w internecie, fala hejtu skierowała się przeciwko jego oskarżycielce. Po ataku DDoS na stronę firmy, w której pracowała Adria, również i ona pożegnała się ze swoim stanowiskiem.

Ofiarą internetowego hejtu zawsze padają realni ludzie. Nieważne, jak duży błąd popełnili. Czy jest to poważne naruszenie norm społecznych, czy rzecz drobna i bez znaczenia. Co więcej, informacja o tym zostaje w internecie już na zawsze. Przekonała się o tym sama Justine Sacco, gdy zrozumiała swój błąd i podjęła długą walkę o naprawienie swojego internetowego wizerunku. Tak samo Adria Richards, która długo nie mogła znaleźć nowego zajęcia.

Czy wobec tego warto się angażować w dyskusję na kontrowersyjne tematy w sieci? Inne przykłady dowodzą, że internetowa debata, nawet bardzo gwałtowna, to także miejsce wypracowywania lub podtrzymywania społecznych norm (Rost, Stahel, i Frey, 2016). Określania tego, co wypada i tego, czego nie wypada lub nie wolno robić. Ostatnia dyskusja nad zachowaniami pewnego polskiego publicysty wobec kobiet to właśnie przykład takiej dyskusji, podobnie jak debaty o obecności dzieci w kościele czy karmieniu piersią w miejscach publicznych.

Odpowiedź na to pytanie brzmi, jak zawsze: to wszystko zależy. Nie ulega wątpliwości, że trzeba reagować na zło – to nasz chrześcijański obowiązek. Ale też musimy pamiętać, że sprawcą zła jest konkretny człowiek. I ten człowiek powinien mieć szansę zrozumienia tego, co zrobił i poprawy zachowania. Dlatego lepiej odnieść się do czynu, a nie do jego autora. Nie przyłączać się do linczu, nie obrażać, nie stosować pogróżek. Nie niszczyć. Pamiętać, aby nie robić w sieci drugiemu człowiekowi tego, czego sami nie chcielibyśmy od niego doświadczyć.