Jak przestać żyć w świecie z marzeń? Jak być z bliskimi, gdy nie są idealni? Jak przyjąć wolę Boga, który nie spełnia próśb? Odpowiadają psychoterapeuci Jon Frederickson i o. Tomasz Gaj OP.

Przychodzi zakonnica do psychoterapeuty i mówi, że straciła powołanie. I nie jest to wcale początek anegdoty, ale prawdziwa historia z gabinetu amerykańskiego, doświadczonego terapeuty Jona Fredericksona. Gdy zapytał zakonnicę, po czym poznaje kryzys swojego powołania, odpowiedziała, że nie czuje obecności Boga.

– Wyobrażała sobie, że życie w zakonie to stan nieustannej ekstazy. Zadaniem terapeuty była więc pomoc w spotkaniu się z prawdą, w przejściu od wyobrażenia o powołaniu, do rzeczywistości – mówił Jon Frederickson, który wraz z innym psychoterapeutą, dominikaninem o. Tomaszem Gajem, byli gośćmi spotkania w służewskiej parafii św. Dominika.

Dyskusja toczyła się wokół książki amerykańskiego gościa, zatytułowanej „Kłamstwa, którymi żyjemy. Jak zmierzyć się z prawdą, zaakceptować siebie i zmienić swoje życie” oraz publikacji Magdaleny Pajkowskiej i o.Tomasza Gaja OP „Sankofa. Nie zmarnuj życia”. Obie ukazały się nakładem wydawnictwa „W drodze”.

Jon Frederickson żartował, że jak na pierwsze spotkanie anonimowych kłamców, przyszło sporo osób. Lubimy bowiem okłamywać siebie i innych, żyć w iluzji, w świecie naszych wyobrażeń i marzeń o tym, jak powinno wyglądać nasze życie. Mówimy sobie kłamstwa, żeby uniknąć bólu, przykrej prawdy o sobie i innych. Problem jednak w tym, że życie w kłamstwie, oszukiwanie samego siebie powoduje dalsze cierpienia, większe rozczarowania i frustrację.

– W moim wyidealizowanym obrazie małżeństwa, mąż i żona zawsze i w każdej sprawie się ze sobą zgadzają. Z jakichś powodów jednak moja żona była nieustępliwa w pozostawaniu sobą, zamiast dopasować się do mojego ideału – mówił gość.

Kiedy coś idzie nie po naszej myśli, narzekamy i szukamy wokół siebie winnych. A winni są zawsze inni. Nie zauważamy, że to my trzymamy sztylet przy własnej piersi.

– Czujemy się ofiarami tego, co robią inni. To jest smakowita pokusa – ostrzegał Frederickson i zaproponował, żeby wypisać listę skarg i zażaleń na to, co robią nam inni. Potem przyjrzeć się jej uważnie i zastanowić, czy przypadkiem sami siebie nie ranimy. W jego książce znajduje się mnóstwo przykładów osób, które wchodziły do gabinetu psychologa jako ofiary: rodziny, współpracowników, układów w pracy, stosunków sąsiedzkich i dopiero tam, przy pomocy terapeuty, zobaczyły, kto jest ich prawdziwym dręczycielem.

– Podobną listę niezgodny proponowałbym też zrobić, myśląc o Bogu. Okazuje się, że wiele trudnych tematów i wydarzeń w naszym życiu, przypisujemy Bogu, chociaż to my sami jesteśmy ich twórcami – zaznaczał o. Tomasz Gaj. Kłamstwami w życiu duchowym nazwał poczucie całkowitej kontroli na życiem, samowystarczalności i nieśmiertelności. W efekcie sami chcemy być panami własnego losu. Buntujemy się przeciwko chorobie, śmierci, chociaż dotąd nie było człowieka, który żyłby wiecznie.

– W stosunku do Boga często zachowujemy się jak człowiek czekający na windę. Spieszy się, naciska guzik, czeka, potem nerwowo klika w guzik raz za razem, myśląc, że to przyspieszy jej przyjazd – mówił . o. Tomasz i podał przykład singli proszących Boga o dobrą żonę lub męża. – Modlą się codziennie, ale nic się nie dzieje. Postanawiają odmawiać dwie modlitwy (drugie naciśnięcie guzika). Nadal nic. Sięgają więc po Pompejankę (trzeci guzik). Męża/żona nadal nie ma. Narzekają więc, że Bóg ich nie wysłuchuje, nie kocha, czasami się na Niego obrażają. I chociaż codziennie mówimy: „Bądź wola Twoja”, nie lubimy czekać na objawienie się tej woli. A jak już ta wola się objawia, na przykład w powołaniu do życia samotnego, to ona nam się nie podoba, jest niezgodna z naszymi planami. Trudno zaakceptować, że to nie my rozdajemy karty, nie jesteśmy pępkiem świata i że niewiele od nas zależy.

Przy czym, jak zaznaczył dominikanin, o woli Bożej myślimy niestety zazwyczaj w kontekście choroby, cierpienia, śmierci. A wolą Boga jest wszystko, co nam się przytrafia w życiu, także dobre chwile i wydarzenia.

W czasie dyskusji poruszono też problem winy: dobrej, wynikającej z poczucia tego, że zawiedliśmy w miłości, skrzywdziliśmy, popełnili zło i prowadzącej do skruchy i chęci naprawy krzywdy, oraz takiej, która jest dla nas niszcząca. Jak podkreślił o. Gaj ważna jest – szczególnie w sakramencie spowiedzi – umiejętność rozróżnienia, w czym rzeczywiście zawiniliśmy, a co jest fałszywym samooskarżaniem. Zdrowe poczucie winy zawsze prowadzi do naprawy tego, co się popsuło: do nawrócenia, odnowienia relacji z kochającym Bogiem i bliźnimi. Chore – trzyma nas na uwięzi, paraliżuje od środka, nieustannie obwinia i każe siebie karać.

– Pacjentów, którzy mają karzący sposób traktowania siebie i innych, poniżają siebie, umniejszają swoją wartość, odmawiają sobie różnych praw, pytam: Jakie przestępstwo popełniłeś, które każe ci się tak torturować? – mówił Frederickson.

Dodawał, że często depresja jest spowodowana ukrywana złością na samego siebie, zbytnim krytycyzmem i wymaganiem, żeby rzeczywistość była dokładnie taka, jak ją sami sobie zaplanowaliśmy. Odkrywanie prawdy, terapia nie są w tych przypadkach łatwe.

– Pacjenci czasami czują jakby wręcz umierali, ale to ich iluzje umierają. Żeby wyzdrowieć, muszą przeżyć żałobę po swoich wyobrażeniach – mówił terapeuta.

fot. Anna Wojtas 

Artykuł oryginalnie ukazał na: http://warszawa.gosc.pl. Redakcji „Gościa Niedzielnego” dziękujemy za życzliwość i udostępnienie!