Chrystus jako Najwyższy Arcykapłan nie odpycha ludzi od siebie, ale ich do siebie przyciąga.

W książce The Changing Face of the Priesthood Donald Cozzens pisze: „U podstaw kryzysu duchowego kapłana leży poszukiwanie jego stale odkrywającego się powołania jako wyświęconego sługi Jezusa Chrystusa. Sprawa tożsamości kapłana dotyka korzeni jego duszy”. Choć niektórzy księża zaprzeczają temu, że niepokoją się o swoją tożsamość, większość przyznaje jednak, że sprawa ta wisi nad nimi jak chmura burzowa, pozbawiając ich niegdysiejszej pewności siebie, czyniąc ich nieporadnymi i zażenowanymi pewnymi sytuacjami w życiu parafii.

Jak wszyscy wiemy, w okresie poprzedzającym II Sobór Watykański kapłan miał jasno określoną tożsamość. Był świętą osobą sprawującą obrzędy, cieszącą się określonym statusem i poważaniem z samej tylko racji posiadania święceń. Kapłan miał ogromną wartość, gdyż odprawiał Mszę św. i konsekrował Ciało i Krew Pańskie, nawet jeśli był mało zdolnym duszpasterzem czy kaznodzieją. Ta tożsamość została zakwestionowana przez Sobór. Odkryto na nowo kapłaństwo powszechne całego ludu Bożego, powołanie wszystkich do świętości i świętość powołania do małżeństwa. Kapłaństwo od tego czasu postrzegane jest przede wszystkim jako służba i przewodnictwo. Większość księży entuzjastycznie podeszła do nowej tożsamości i nadal tak do niej podchodzi. Przynajmniej w teorii zostaliśmy uwolnieni od przytłaczającego nas urzędniczego podejścia do kapłaństwa i otrzymaliśmy tożsamość, która jest o wiele bardziej Chrystusowa i ewangeliczna.

Trudno być sługą i przewodnikiem

Gdzie w takim razie tkwi problem? Dlaczego dzieje się tak, że trzydzieści lat po Soborze tak wielu kapłanów odczuwa niepewność i nie wie, kim naprawdę są? Przychodzą mi na myśl co najmniej cztery przyczyny.

Idea kapłana jako sługi i przewodnika jest ze wszech miar szczytna, jednak terminy te są do siebie nieprzystawalne. Służący z reguły nie są powołani do kierowania innymi, tak jak czynią to władczy kamerdynerzy. Przypominają mi się tu francuscy kelnerzy, którzy nieznoszącym sprzeciwu tonem sugerują, co powinno się wybrać z karty dań, oraz pewien irlandzki biskup, który ogłosił podczas przyjmowania sakry, że będzie posługiwał w swej diecezji za pomocą „żelaznej rózgi”.

Obraz kapłana we współczesnej teologii jest tak wyidealizowany, że nikt z nas nie potrafiłby się do niego nawet zbliżyć. Dużo czytałem, przygotowując się do niniejszego wystąpienia, i odkryłem z przerażeniem, że jako kapłan winienem być doskonałym kaznodzieją, skutecznym zarządcą parafii, pełnym inwencji geniuszem w zakresie liturgii, cierpliwym słuchaczem, inspirującym przewodnikiem, duchowym guru umiejącym postępować zarówno z młodzieżą, jak i z ludźmi starszego pokolenia. Opanowało mnie głębokie zniechęcenie i nabrałem przekonania, że jestem złym kapłanem i jako taki powinienem wystąpić o przeniesienie do stanu świeckiego. O mały włos nie byłoby mnie tu!

Teologia posługi ogniskuje się bardziej na tym, co kapłan robi, a nie na tym kim jest. To może doprowadzić do utylitarnego postrzegania kapłaństwa. Trzeba by oddawać się nieustannej pracy i działać efektywnie, aby móc określić się jako dobry kapłan. Jednak w naszym zlaicyzowanym świecie, przy zubożeniu praktyk religijnych, kapłani często widzą, że zdziałali niewiele, a więc że się nie sprawdzili.

Pojęcie służby w Kościele znacznie się rozszerzyło. Osiemdziesiąt procent pełniących posługę w Kościele w USA to ludzie świeccy, z których zaś osiemdziesiąt procent stanowią kobiety. Taki stan rzeczy rodzi dwa zjawiska: po pierwsze, kapłan czuje się mniej ważny. Czy całe poświęcenie wyrażające się w celibacie i cały stres związany z funkcją są warte tego, żeby być tylko jednym z wielu pełniących posługę w Kościele, skoro inni cieszą się wszystkimi radościami życia w małżeństwie? Po wtóre, kapłaństwo staje się obiektem agresji ze strony tych, którzy czują się z niego wykluczeni – żonatych mężczyzn czy kobiet. Tak więc kapłan może odczuwać, że jego posługa jest zarówno deprecjonowana , jak i że jest przedmiotem zazdrości, co jest sytuacją najgorszą z możliwych – „Jak śmiesz pozbawiać mnie możliwości odgrywania twojej, i tak mało istotnej, roli?”.

Wzór Chrystusa-Kapłana

Zrozumiałe jest więc, że niektórych kapłanów, często młodszych wiekiem, porywa wizja powrotu do starych dobrych czasów, kiedy to kapłan był funkcjonariuszem kultu o świętych dłoniach. Inni księża boją się powrotu takiego stanu rzeczy, widząc w tym zwycięstwo klerykalnej elitarności. Czerpią oni radość z teologii posługi, jednak niektórzy przyznają, że nie mają pewności co do tego, kim są i co oznacza bycie kapłanem współcześnie. Czy jest przed nami jakaś droga?

Wierzę, że taka droga istnieje, a znaleźć ją można w Liście do Hebrajczyków, jedynym dokumencie Nowego Testamentu, który rozwija teologię kapłaństwa. Mamy tam wizję Chrystusa jako Najwyższego Arcykapłana, który jest postacią świętą i nieskalaną, celebrującą najwyższą ofiarę. Jednakże Jego świętość nie odłącza Go od ludzi, a wręcz przeciwnie – zbliża Go do nas. Oto głęboka wizja kapłaństwa, której nie mogę tu rozwinąć, ale która przenosi nas ponad polaryzację na tych, którzy widzą kapłaństwo jako posługę, i na tych, którzy tęsknią do powrotu wizji kapłana jako kogoś świętego i niedostępnego.

Starotestamentalne rozumienie świętości opierało się na odseparowaniu kapłana od tego wszystkiego, co nieświęte i niedoskonałe. Arcykapłan nie mógł zbliżyć się do zwłok, a jeśli chciałoby się przeszkodzić rywalowi w otrzymaniu funkcji arcykapłana, należało mu odgryźć uszy! Jednak w Liście do Hebrajczyków widzimy, jak taka wizja niedoskonałości zostaje przewrócona do góry nogami. Świętość Chrystusa ukazana jest poprzez Jego przyjęcie nas wszystkich z naszą grzesznością i niedoskonałością. Jego świętość ujawnia się nie poprzez dystans, ale poprzez bliskość. Kulminacją Jego świętego posługiwania było przyjęcie na siebie śmierci, najbardziej nieczystego ze stanów, i stanie się samemu zmarłym, „dlatego i Jezus, aby krwią swoją uświęcić lud, poniósł mękę poza miastem” (Hbr 13,12).

Ewangelie nie mówią nigdzie w sposób bezpośredni o Chrystusie jako o kapłanie, ale odnajdujemy tu tę samą teologię świętości. Jezus przygarnia do siebie nietykalnych, trędowatych, ucztuje z grzesznikami i jest barankiem ofiarnym ponoszącym śmierć na ołtarzu krzyża. Tak więc cały Lud Boży jest narodem świętym i ludem kapłańskim, gdyż ucieleśnia w sobie wszechogarniające przygarnięcie Chrystusa, przygarnięcie ludzi z ich nie­ poukładanymi życiorysami, słabościami i niepowodzeniami. Sakramentem tej świętości jest Eucharystia, w której Chrystus ofiarowuje swoje Ciało za nas wszystkich, także za uczniów, którzy się Go wyprą lub zdradzą. Świętość Kościoła przejawia się poprzez przygarnięcie grzeszników, a nie poprzez ich odrzucenie. Jak powiedział James Joyce o Kościele: „Tu przychodzą wszyscy”. Daje to także nam, wyświęconym sługom Kościoła, wizję kapłaństwa pozbawioną elitarności klerykalizmu, wizję, która dotyka naszej intymności i pozwala utożsamić się z innymi w ich bardziej i mniej udanych przedsięwzięciach.

Timothy Radcliffe OP

Tekst z Miesięcznika „W drodze”, (2003) nr 5. Tytuł i lead pochodzą od redakcji Dominikanie.pl

fot. Hermes Rivera / Unsplash