W gminach chrześcijańskich dość szybko pojawiło się pytanie, które pisma są natchnione. W apokryficznej Ewangelii Piotra opisano scenę wyjścia Chrystusa z grobu. Wydawałoby się: wspaniale, Chrystus triumfuje, cały świat to widzi. Ale Kościół powiedział: Nie, to nie jest tekst natchniony. Bo do wiary w zmartwychwstanie człowiek musi dojść sam na podstawie znaków – takich jak pusty grób.

Maciej Müller: Fascynujące są lata między zmartwychwstaniem Chrystusa a powstaniem pierwszego z pism Nowego Testamentu. Chrześcijanie nie mają żadnej księgi. Co czytają?

Stary Testament, tyle że rozumieją go inaczej niż Żydzi palestyńscy. Żydzi postrzegali Biblię hebrajską jako złożoną z trzech części: jej sercem była Tora, Prorocy – komentarzem wyjaśniającym, jak rozumieć ją w konkretnych okolicznościach historycznych, a całość uzupełniały Pisma, dziś powiedzielibyśmy: księgi mądrościowe. Pierwsi wyznawcy Chrystusa nie korzystali jednak z Biblii hebrajskiej, ale z jej greckiego tłumaczenia powstałego w III wieku przed Chrystusem w Aleksandrii, czyli z Septuaginty. W diasporze aleksandryjskiej bardzo silne były oczekiwania mesjańskie. Tłumacze zmienili więc kolejność ksiąg, Proroków przestawiając na koniec. Odtąd czytano ich nie tyle jako komentatorów Tory, ile jako patrzących w przyszłość i zapowiadających Mesjasza.

Czyli można powiedzieć, że pierwsi chrześcijanie są nadal wyznawcami judaizmu?

Ci, którzy nawracają się z judaizmu, nie przestają być Żydami. Zwróćmy uwagę, że modlitwa Ojcze nasz, zredagowana w dłuższej Mateuszowej wersji około 85 roku, jest prawie w całości kompozycją wezwań przejętych z modlitwy Kadisz, odmawianej w synagodze. Świadczy to o tym, że przez długi czas drogi Kościoła i Synagogi szły równolegle i nikt nie widział potrzeby rozdziału, szczególnie wśród wyznawców Chrystusa. Nawet wtedy, kiedy Paweł wykazał możliwość przyjęcia chrześcijaństwa przez pogan bez konieczności obrzezania. Potem oczywiście sprawa się komplikuje, narasta wrogość, a drogi Synagogi i Kościoła coraz bardziej się rozchodzą.

Pierwszy List św. Pawła do Tesaloniczan powstał dopiero w 51 roku. Dlaczego przez tyle lat nikt nie zabrał się za spisywanie opowieści o życiu Jezusa? Bardziej były potrzebne doktrynalne wywody Pawła?

Ewangelię można głosić na różne sposoby. Paweł zdecydował się na listy. Ewangelia Marka powstaje ok. 70 roku, kolejne ewangelie synoptyczne w latach 80–85, a ostatnie redakcje Ewangelii Jana wykraczają poza I wiek. W tym czasie nowe pokolenie chrześcijan nie pamięta już Jezusa z Nazaretu. Być może dlatego ewangeliści, „pożyczając” od wcześniejszych autorów niektóre elementy starożytnych biografii i i relacji historycznych, tworzą nowy gatunek literacki, który dzisiaj nazywamy ewangelią. Nie sporządzają wykazu zdarzeń, kroniki czy pamiętnika. Posługują się zasadami historiografii, czyli starożytną sztuką pisania i interpretowania historii.

Szkoda.

Niekoniecznie. Takim wielkim historykom jak Tukidydes czy Ksenofont nie przyszłoby do głowy relacjonowanie czystych faktów. Szanujący się historyk musiał zaproponować ich interpretację. Ktoś, kto sporządziłby spis wydarzeń, nie zostałby wzięty za uczonego. Święty Łukasz w prologu swojej Ewangelii naśladuje Tukidydesa, zapewniając, że wszystko przebadał, poukładał i wiernie przekazuje (Łk 1,1–4). I nie ma w jego tekście fragmentu, w którym historia nie byłaby powiązana z interpretacją teologiczną.

Jak od strony technicznej wyglądało sporządzenie i wysłanie przez Pawła listu?

Paweł pisał listy użytkowe: reagował, gdy zaistniała konkretna potrzeba, na przykład kiedy się dowiedział, że na terenie Galacji pojawili się apostołowie głoszący konieczność obrzezania. Już w czasach poprzedzających chrześcijaństwo epistolografi a, nawet użytkowa, osiągała wysoki poziom literacki. Listy Pawła są arcydziełami retoryki, mistrzowsko tłumaczą myśl semicką na kategorie greckie. Większość listów Paweł pisze do konkretnych wspólnot, ale na przykład List do Efezjan to rodzaj antycznej encykliki, w której wszystkie treści są uniwersalne. Badacze odnaleźli kopie tego listu, w których w adresie pozostawiono puste miejsce do wstawienia nazwy wspólnoty.

Paweł nie pisał sam, wynajmował sekretarza – im był lepszy, tym więcej trzeba było mu zapłacić. Paweł nie był zbyt zamożny, prawdopodobnie stać go było tylko na takiego, któremu musiał dyktować tekst sylaba po sylabie. Stąd błędy językowe: w oryginale greckim Pawłowe zdania nie zawsze się „sklejają”. Nie ma się co dziwić: przecież dyktowanie jednego długiego zdania mogło trwać nawet 20 minut! Tylko końcowe pozdrowienie, zgodnie z dobrym antycznym zwyczajem, Paweł dopisywał własną ręką: pozwalało to adresatom poczuć obecność autora. A potem posłańcy wyruszali do poszczególnych wspólnot.

Nie korzystał z poczty rzymskiej?

Poczta wprawdzie pokrywała Azję Mniejszą gęstą siecią, ale była instytucją szalenie drogą. Alternatywą było poproszenie o pomoc przemieszczających się żołnierzy bądź kupców. Były też statki – ale historycy szacują, że z morskich podróży w starożytności wracało nie więcej jak dwie trzecie wypływających. Paweł szukał innych rozwiązań. Był znakomitym ewangelizatorem, miał przemyślaną strategię (sukcesywnie podążał na Zachód, reagując jednocześnie na nieprawidłowości w odwiedzonych uprzednio Kościołach) i logistykę. Dysponował całą drużyną ludzi, których głównym zadaniem było rozwożenie jego listów.

Co się działo, kiedy posłaniec Pawła przybywał do wspólnoty?

List odczytywano podczas nocnych liturgii. Następnie lokalny skryba sporządzał kopię tekstu, a posłaniec jechał dalej. Żeby dobrze zrozumieć to zjawisko, trzeba zajrzeć do Apokalipsy św. Jana, która rozpoczyna się listami do siedmiu Kościołów. Jeśli spojrzymy na mapę, zobaczymy, że ich kolejność dokładnie odzwierciedla drogę posłańca okrążającego Azję Mniejszą.

Gminy kolekcjonowały listy i inne pisma, które do nich trafiały?

Tak. I dlatego dość szybko pojawiło się pytanie o to, które pisma kolekcjonować. Bo krok dalej od użytego tu słowa „kolekcja” leży termin „kanon”, powiązany z ważnym problemem teologicznym: które pisma uważamy za natchnione i w jakiej kolejności je czytamy. Kiedy chrześcijanie II i III wieku zaczną układać kolekcje takich ksiąg, za matrycę przyjmą nie Biblię hebrajską, tylko Septuagintę. Ewangelie – jako serce chrześcijaństwa – odpowiadają Torze, Dzieje Apostolskie – księgom historycznym, listy Pawła – księgom mądrościowym, Apokalipsa – księgom prorockim.

I w tej kolejności układano zwoje?

Chrześcijaństwo nie stosowało zwoju: był to rekwizyt zbyt mocno kojarzący się z Synagogą. Formą charakterystyczną dla chrześcijaństwa stał się kodeks, czyli zszyte karty oprawione deseczkami. Jednak dopóki nie pojawiła się technika produkcji porządnych kodeksów, kanon był płynny. Początkowo chrześcijanie nie byli w stanie złożyć w jedność całości zbioru, dlatego „wydawali” Nowy Testament w tomach, w których kolejność ksiąg była bardzo różna. Znamy na przykład kolekcje, w których Dzieje Apostolskie umieszczono zaraz po Ewangelii Łukasza.

Jako dzieła jednego autora?

Tak, to w istocie pierwsza i druga część tego samego dzieła. Dzieje zresztą dokładnie odzwierciedlają Ewangelię. Odnajdujemy około trzydziestu motywów, które pojawiają się w tych księgach w tej samej kolejności. Narodziny Jezusa odpowiadają narodzinom Kościoła, chrzest Jezusa – chrztowi Kościoła w Duchu Świętym, programowej mowie Jezusa w synagodze w Nazarecie – mowa Piotra, powołaniu 72 uczniów – powołanie 7 diakonów, podróżom Jezusa – podróże Pawła itd. Z tego płynie przesłanie, że w życiu Kościoła odzwierciedla się życie Chrystusa. Przestaje to być widoczne przy rozdzieleniu tych ksiąg Ewangelią Jana. A jednak znane nam ułożenie ksiąg też ma głęboki sens – oddaje układ Septuaginty, a więc podkreśla jedność Starego i Nowego Przymierza. Każde rozwiązanie ma swoje plusy i minusy.

O kanonie chrześcijańskim dyskutowano przede wszystkim od II do IV wieku, gdy teologia młodego Kościoła tętniła życiem, powoli i żmudnie wyznaczając granicę między herezją a ortodoksją. Oficjalne orzeczenie dogmatyczne Kościoła o kanonie pochodzi dopiero z XV wieku, zostało podpisane na soborze we Florencji (1441), a potwierdzono je na Soborze Trydenckim (1545–1563). Niemniej niektórzy teologowie i dzisiaj zastanawiają się, co by było, gdyby na przykład odnalazły się zaginione listy św. Pawła (w Liście do Kolosan 4,16 czytamy na przykład o istnieniu listu do Laodycejczyków).

To olbrzymia, przerażająca odpowiedzialność: uznać, że dana księga jest natchniona, a inna nie. Od tego przecież zależy, jaki kształt przybierze religia…

Zgadza się. Czasami sam się zastanawiam, na ile starożytni zdawali sobie sprawę z wagi swoich decyzji. Z drugiej strony: Pawłowi nie przyszłoby do głowy, że listy, które pisze, zostaną uznane za natchnione. Myślę, że najpierw by go to rozśmieszyło, a potem rozgniewało jako przejaw bałwochwalstwa.

Pierwsze listy ksiąg natchnionych sporządzali pisarze II wieku i ojcowie Kościoła, między innymi Orygenes, Euzebiusz z Cezarei czy Atanazy Wielki. Niektóre nieco się różniły od siebie, na ogół chodziło o jedną czy dwie księgi. W pewnym momencie wątpliwości dotyczyły zwłaszcza Listu do Hebrajczyków, 2 Listu Piotra, 2 i 3 Listu Jana i Apokalipsy. Ale nieobecność danej księgi nie oznacza, że autor listy podważał jej kanoniczność. Mogło być tak, że w jego Kościele ta księga nie była jeszcze znana. Bywało i tak, że któryś z ojców mógł świadomie pominąć daną księgę. Na przykład o pochodzeniu apostolskim Apokalipsy św. Jana zaczęto rozmawiać dopiero w III wieku. Dlaczego? To właśnie wtedy popularny się staje heretycki ruch millenarystów, którzy – odwołując się do Ap 20 – starali się ustalić dokładnie moment powtórnego przyjścia Chrystusa. Tak tłumaczona i odczytywana Apokalipsa była nie do zaakceptowania dla niektórych biskupów, którzy odrzucając millenaryzm – odrzucili i samą księgę. Mimo to w III i IV wieku Apokalipsa figuruje jako księga kanoniczna w pismach wielu pisarzy (na przykład u św. Efrema, św. Bazylego czy św. Grzegorza z Nyssy), a Kościół zachodni właściwie nigdy nie kwestionował jej kanoniczności.

Pewne księgi wyrzucono jednak skutecznie poza nawias. Dziś nazywamy je apokryfami.

Takich decyzji żaden biskup nie podejmował „zza biurka”. Pierwszym kryterium kanoniczności była odpowiedź na pytanie, czy dana księga odzwierciedla tożsamość Kościoła Jezusa Chrystusa. Bo za symbolami, które znajdujemy w opowieściach apokryficznych, kryją się nurty myślowe obce Kościołowi. W tak zwanej Protoewangelii Jakuba pojawia się postać Salome, która po narodzinach Jezusa sprawdza dziewictwo Maryi w sposób przypominający współczesne badanie ginekologiczne. Problem leży nie w tym, że to scena intymna i wstydliwa (zresztą ta legenda świetnie wyraża przyjmowaną przez Kościół doktrynę o dziewictwie Maryi przed narodzeniem, w jego czasie i po nim), ale w tym, że mamy tu do czynienia z elementami herezji doketyckiej. Chodzi między innymi o cudowne zjawienie się dziecka wśród chmur i boskiego światła zamiast prawdziwych narodzin. 

W apokryficznej Ewangelii Piotra opisano z kolei scenę wyjścia Chrystusa z grobu. Wydawałoby się: wspaniale, Chrystus triumfuje, Jego głowa – pisze starożytny autor – przewyższa niebiosa, cały świat to widzi. Ale Kościół powiedział: Nie, to nie jest tekst natchniony. Bo w świetle teologii chrześcijańskiej do wiary w zmartwychwstanie człowiek musi dojść sam na podstawie znaków – takich jak pusty grób. Przekonania, że Jezus żyje, nie możemy zbudować, opierając się na relacji historycznej, którą usiłuje podać apokryf. Ewangelia nie jest dziedziną intelektu, tylko zawierzenia Bogu żywemu, który działa w naszym życiu. Poza tym także to pismo zawiera elementy ocierające się o doketyzm (w czasie męki – pisze autor – Jezus „milczał, jakby nie doznawał żadnego bólu”) i gnozę (na przykład wołanie Chrystusa z krzyża nie do osobowego Boga, ale do bliżej nieokreślonej siły: „Mocy moja, mocy moja, opuściłaś mnie!”).

Dziś wiemy, że Paweł nie napisał części listów, które zostały mu przypisane.

To prawda, dzięki krytyce naukowej wiemy, że niektóre pisma nie pochodzą od apostołów. Problem jednak znika, kiedy weźmiemy pod uwagę starożytne pojmowanie słowa „autor”. Miało ono kilka znaczeń. Autorem był zarówno ten, kto fizycznie napisał tekst (jak starożytni tragicy), jak i ten, kto go dyktował (jak Paweł). Autorem był mistrz jakiejś szkoły, którego nauki spisywali jego uczniowie jeszcze za jego życia lub po śmierci (jak Sokrates czy Jezus). Z ostatnim znaczeniem autorstwa mamy do czynienia, kiedy drugie czy trzecie pokolenie po mistrzu rozwija jego naukę już w nowych kategoriach. Pisma takie przypisywano jednak autorytetowi, który stał na początku szkoły.

Starożytność nie zna naszego pojęcia praw autorskich. Nie istnieje coś takiego, jak plagiat. Do dobrego tonu należy czerpanie od innych całymi garściami albo – z drugiej strony – przypisywanie komuś innemu własnego dzieła. Jeśli dzisiaj dochodzimy do wniosku, że Paweł prawdopodobnie nie napisał Listu do Efezjan, to wcale nie znaczy, że nie jest on jego autorem. Po prostu ktoś żyjący kilkadziesiąt lat po Pawle postanowił, sięgając po jego styl i sposób teologicznego dowodzenia, odpowiedzieć na późniejsze problemy Kościoła w Efezie. Ze względu na autorytet tekst ten przypisano Pawłowi.

Dlaczego do kanonu wybrano trzy stosunkowo podobne teksty: ewangelie, które nazywamy synoptycznymi? Nie wystarczyłby jeden z nich?

One są podobne tylko na pierwszy rzut oka. Istotnie, łatwo odnaleźć w nich podobne czy wręcz takie same opowiadania. Tylko że Ewangelia to nie suma opowiadanych treści. W starożytnej literaturze kluczowa jest wizja, którą przyjmuje autor. Ten sam motyw może pełnić zupełnie inne funkcje. Same kolorowe szkiełka nie tworzą witrażu: artysta musi dopiero je odpowiednio ułożyć. Marek, Mateusz i Łukasz porządkują materiał na trzy różne sposoby. Piszą dla swoich wspólnot: do chrześcijan mieszkających w Rzymie, do Żydów, którzy przyjęli Ewangelię, i do Greków. Każdy z nich posługuje się kategoriami wrażliwości swoich odbiorców – wie, co do nich trafi.

W jednym z wykładów dostępnych na portalu Orygenes+ na temat retoryki i symboliki w ewangeliach analizuje pan opowieść o tym, jak Maryja odwiedza Elżbietę. Okazuje się, że Łukasz, opisując tę scenę, stylizuje Matkę Bożą na starotestamentalną Judytę. To wspaniały pomysł narracyjny, tylko że z tego wynika, iż ta scena wcale nie musiała tak wyglądać, to ewangelista ją odpowiednio uzupełnił, obudował nawiązaniami i cytatami. Zatem więcej tu fikcji niż prawdy.

To, że dane wydarzenie zostało opisane w jakiejś konwencji, nie przekreśla jego historyczności. Arystoteles w IX księdze Poetyki zastanawiał się, czy istnieje coś takiego, jak obiektywny, pozbawiony własnego punktu widzenia opis zdarzenia, i na ile fabuła z konieczności odnosi się do historii, a na ile jest fikcyjna. Rozmawiamy kilka dni po tym, gdy prezydent Andrzej Duda zawetował dwie ustawy dotyczące sądownictwa. Wyobraźmy sobie, że prosimy zwolenników PiS, PO i Nowoczesnej o napisanie relacji z ostatnich wydarzeń. Każda z tych opowieści byłaby inna, a wszyscy autorzy byliby przekonani, że napisali prawdę. Nie da się napisać relacji „czysto” historycznej.

W tekście Genealogia Jezusa Chrystusa („W drodze” 12/2016) stwierdził pan, że motyw mędrców ze Wschodu, którzy podążają za gwiazdą, wywodzi się z proroctwa Balaama o wschodzącej gwieździe Jakuba z Księgi Liczb (24,17). Rodzą się podejrzenia, że opowieść o mędrcach nie jest realnym wydarzeniem…

Zgadza się. Ta opowieść była potrzebna Mateuszowi do dopełnienia pewnej przemyślanej, logicznej sekwencji, przedstawiającej Jezusa jako nowego Mojżesza, dającego Izraelowi nową Torę. Jest zatem duże prawdopodobieństwo, że ewangelista zastosował element retorycznej inwencji.

Czyli po prostu fikcję?

Tak, mówiąc językiem współczesnym.

Przykład innego mało prawdopodobnego historycznie wydarzenia?

Zgubienie się nastoletniego Jezusa w świątyni (Łk 2,41–50). Opowiadanie to służy Łukaszowi do przedstawienia Mistrza, który zadaje pytania. W jego Ewangelii, pisanej do wychowanych na filozofii Greków, od odpowiedzi ważniejsze są pytania.

Jednak w zdecydowanej większości przypadków to, że relacje ewangelistów o danych wydarzeniach się różnią, nie przekreśla ich historyczności. Nikt chyba nie wątpi, że Jezus został ukrzyżowany pod Poncjuszem Piłatem, mimo iż pasja jest zupełnie inaczej opisana i zinterpretowana w każdej z ewangelii (Jan na przykład przedstawia ukrzyżowanie niczym intronizację króla). Możemy być pewni, że „to” się stało, chociaż może nie mamy dostępu do szczegółów, „jak” się stało. Ewangelistów nie interesują szczegóły, tylko najgłębszy sens wydarzeń.

A czy odbiorcy listów Pawła na tyle dobrze znali życie Chrystusa, że nie potrzebowali opowieści o Nim?

Paweł najprawdopodobniej uznał, że ta wiedza nie jest konieczna. Prawdą niezbędną do zbawienia nie jest żywot Jezusa Chrystusa, tylko Dobra Nowina o tym, że w Chrystusie Bóg wszedł w historię, umarł i zmartwychwstał, a my razem z Nim. Paweł przechodzi do sedna – posługuje się innym gatunkiem literackim i genialną retoryką, niepotrzebna mu warstwa szczegółowych faktów. Dlatego jest dla nas tak trudny w lekturze. Wolimy posłuchać historii ewangelistów, które też są niesamowite, bo od faktów wiodą do najgłębszego sensu.

Niemniej u Pawła również w kilku miejscach pojawia się historiografia, na przykład, kiedy pisze o Eucharystii (1 Kor 11,23–25). Relacjonując fakty, zaznacza, że przekazuje to, co sam otrzymał. To bardzo ważne, bo ujawnia rodzącą się tradycję Kościoła – pokolenie pokoleniu świadczy prawdę. Nie taką, którą widziało na własne oczy, ale taką, którą przyjęło od wierzących poprzedniego pokolenia.


Michał Wilk – ur. 1981, biblista, wykładowca WSD Zakonu Pijarów, WSD Zakonu Redemptorystów oraz Dominikańskiego Studium Filozofii i Teologii, założyciel i redaktor portalu Orygenes+. Mieszka w Krakowie.

Rozmowa pochodzi z książki „Żywe pochodnie. Rozmowy o początkach Koscioła prowadzi Maciej Müller” wydanej przez Wydawnictwo W drodze