Nadzieja nie jest matką głupich, tchórzów, ale jest źródłem prawdziwej odwagi życia, podejmowania wyzwań, które pozwalają wyjść z poczucia bezradności i jakiejś zupełnej klęski, która rodzi depresję.

Jako chrześcijanie mówimy o nadziei – na co?

Bardzo podoba mi się rozróżnienie na „mieć nadzieję, że…” i „mieć (po prostu) nadzieję”. W pierwszym wypadku chodzi o postawę spodziewania się. Mam nadzieję, że wydarzy się w przyszłości coś, na co czekam. Liczę, że tak się stanie. I ta przyszłość w jakiś sposób określa moje dziś. Podejmuję wysiłek, studiuję, bo mam nadzieję, że zdam egzamin. Przyjmuję leki, słucham poleceń lekarzy, planuję przyszłość, bo mam nadzieję, że wyzdrowieję. Takie potoczne rozumienie nadziei, jako spodziewania się czegoś, trzeba odróżnić od nadziei w sensie głębszym.

Czyli jakim?

Mistrz Eckhart, podążając za myślą Platona, odróżniał duszę (psyche) i ducha (pneuma). Spodziewamy się na poziomie naszej psychiki, nadzieja to sprawa ducha.

To znaczy, że mogę się niczego już nie spodziewać, ale zachować nadzieję?

Tak, ponieważ nadzieja wykracza poza horyzont konkretnych celów, a odsyła w głąb.

Do Boga?

To jest pytanie, czy chodzi jedynie o wymiar religijny, czy też można mówić o jakiejś świeckiej nadziei, niekarmiącej się oczekiwaniem sukcesu. Przychodzi mi na myśl cały szereg myślicieli, jak choćby Joseph Conrad, który stawiał bardzo heroiczne wymagania wierności wartościom, nawet wtedy, gdy prowadzi to do klęski. Coś takiego było też obecne w doświadczeniu pokolenia okupacji. Ludzi, którzy, jak pisał Jan Józef Szczepański, stanęli przed nieznanym trybunałem i złożyli świadectwo wyższym wartościom, nawet za cenę życia. Żeby ocalić tę wyższą wartość, zachować honor.

Hemingway pisał, że człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać.

Tego zdania na pewno nie można rozumieć jako opisu stanu faktycznego. Wielu ludzi można zniszczyć, złamać i pokonać. Natomiast widzę tu pewien postulat: Żyj tak, aby nikt cię nie pokonał.

Księga Proroka Habakuka kończy się przepiękną modlitwą: wprawdzie drzewo figowe nie rozwija pąków, winnice nie wydają plonów, pola nie dają żywności, a owce i woły znikają z zagrody, ale „ja mimo to w Panu będę się radować, weselić się będę w Bogu, moim Zbawicielu”. Nadzieja to takie bycie na przekór rzeczywistości? Im gorzej, tym lepiej?

Nadzieja jest tym, co pozwala człowiekowi przejść przez doświadczenie graniczne. Na początku trochę może zbyt lekceważąco potraktowałem to „spodziewanie się”. Myślę jednak, że trzeba też z szacunkiem odnosić się do naszych małych, powszednich spodziewań. W końcu to one określają naszą codzienność. Natomiast gdy mówimy o nadziei, to zastrzegłbym to słowo dla doświadczeń granicznych.

Benedykt XVI w encyklice Spe salvi pisał że nadzieja chrześcijańska opiera się na tym, na Kogo czekamy. Może kryzys nadziei wiąże się z tym, że my nie wiemy, na kogo czekamy?

Ja bym do tego dodał jeszcze słowa Jana Pawła II z 1987 roku skierowane do władz PRL-u. Papież powiedział wówczas, że przyszły los ludzkości leży w ręku tych, którzy potrafią podać następnym pokoleniom motywy życia i nadziei. Wówczas te słowa brzmiały jak zaklęcie rzucone na komunistów. Nie byli w stanie podać tych motywów…

Zdradzili je.

Właśnie, ale te słowa nie straciły na aktualności. Zapytajmy samych siebie, jakie motywy życia i nadziei mamy do przekazania naszym następcom.

Czy nadzieja nie jest takim opium ludu? Życie się nie układa, więc uciekamy w nadzieję.

Jeżeli nadzieja jest ucieczką, to jest to ucieczka do przodu. Narkomani wycofują się, zwijają się i próbują przetrwać. Natomiast nadzieja to przeciwieństwo ucieczki, to odwaga dobrego życia.

Skoro to nie ucieczka, to może samooszukiwanie się. Słyszałem historię rodziny, w której ojciec zginął w Katyniu. Mimo to przez wiele lat traktowano go jak żywego. Wszystko przemawiało za tym, że nie żyje, ale póki był cień szansy, nie mówiono o nim w czasie przeszłym.

To typowy przykład spodziewania się. Czy jednak zawsze będzie to oszukiwanie siebie? Opium ma zagłuszać i tyle. Natomiast takie spodziewanie się wbrew wszystkiemu mogło być dla tych ludzi motywem dobrego życia: Będziemy żyli tak, jakby w każdej chwili ojciec mógł przyjść do nas. Jesteśmy wierni wartościom. Trwamy. Nie zawsze więc chodzi o zamknięcie się w przeszłości i trwanie przy wspomnieniach i fotografiach.

Cały czas rozbraja Ojciec moje pytania rozróżnieniem na nadzieję i spodziewanie się. A jednak w życiu one się mocno przenikają. Przychodzi do mnie małżeństwo, które nie może mieć dzieci. I co? Mam im powiedzieć, że nie mają się ich spodziewać, ale zawsze pozostaje taka „mistyczna” Nadzieja przez duże „N”?

Nie muszą się wcale wyrzekać nadziei przez małe „n”. Natomiast kłamałbym, gdybym schowany za habitem wmawiał im, że jak będą mieli nadzieję, to Pan Bóg da im dziecko.

Może dlatego mamy problemy z nadzieją, że boimy się, by nas nie zawiodła. Wolimy więc nie spodziewać się za dużo od życia.

To kolejna ucieczka. Tak jak uciekamy w pseudo-duchowe pocieszenia, tak uciekamy od przyszłości. Człowiek postawiony wobec jakiegoś problemu powinien sobie odpowiedzieć na pytanie, jak sobie z tym problemem poradzić. Czy, na przykład, jako małżeństwo możemy zdecydować się na adopcję? Czy może podjąć jakiś rodzaj wolontariatu? Zapytać się, jakie z tej sytuacji wynika dla mnie dobro? Jakie dobro Bóg mi zadaje? Nadzieja to poszukiwanie tego dobra, które mnie przerasta, które jest dobrem wyższym.

Motywem mojego działania nie ma być ból, ale odpowiedź na dobro?

I poszukiwanie tego dobra, które stoi przede mną. Ono może pomóc mi przetrwać to, co trudne. Bez niego ciężko żyć. Znam szereg małżeństw, które ogromnie przeżywają brak potomstwa. Rodzi się ból, frustracja, poszukiwanie winnych. Kto jest winny? Oczywiście Pan Bóg. A co On ma do zaoferowania? Nadzieję, tę najskromniejszą siostrzyczkę z trzech cnót teologalnych. Wiara i miłość są wielkie. Sami definiujemy się jako ludzie wierzący. A ludzie nadziei? Nie. Bo ta nadzieja jest trochę wstydliwa…

Dlatego potrzebna jest wiara?

Jeśli rozgrywam moje życie przed Bogiem, to wydarzeń nie traktuję tylko jako splotu przypadków czy wyroków losu, ale jako wyzwanie, które stawia przede mną Bóg, a na które ja jako wolny człowiek mam znaleźć odpowiedź.

A co, jeśli to zadanie mnie przerasta?

Nadzieja nie jest matką głupich, tchórzów, ale jest źródłem prawdziwej odwagi życia, podejmowania wyzwań, które pozwalają wyjść z poczucia bezradności i jakiejś zupełnej klęski, która rodzi depresję.

Kiedy człowiek ma trzydzieści lat, nie może znaleźć pracy, mieszka cały czas u rodziców i jest na ich utrzymaniu, to chyba nie tak trudno o depresję. Co jako chrześcijanin mogę mu powiedzieć? Uwierz w siebie, idź do przodu?

Uwierzyć w siebie w tej sytuacji to pogodzić się ze swoją przegraną. Może więc właśnie nie w siebie trzeba uwierzyć? Dla mnie to typowy przykład naszej polskiej, powszedniej sekularyzacji: wiara polega na tym, żeby pójść czasem do kościółka w niedzielę. A do reszty życia to wiara się już nie odnosi?

Swoją drogą ciekawe jest, że procesowi sekularyzacji towarzyszy epidemia depresji i to ona jest chorobą naszej cywilizacji, a nie rak. Ostatnio jeden z myślicieli ukraińskich pytał: Europo, dlaczego nam nie pomagasz? Jak to dlaczego? Bo chcesz mieć święty spokój i wygodne życie. Przeciwieństwem sacrum nie jest profanum, ale banał . Sekularyzacja prowadzi do banalizacji życia. Co tam rozmawiać o nadziei.

Jak odzyskać nadzieję, jeśli ktoś ją utracił?

Tu już bym przeszedł na poziom wiary, odstawiając na chwilę na bok heroiczną nadzieję Szczepańskiego czy Herberta z Przesłania Pana Cogito. W sensie duchowym nadzieja jest ściśle związana z wiarą. To życie w horyzoncie nie tyle wartości, ile Boga. Każdy moment mojego życia jest wobec Boga i przed Bogiem. Znakiem takiej nadziei jest Abraham.

„Wbrew nadziei uwierzył nadziei…” (Rz 4,18).

Jest ojcem wiary, ale też ojcem nadziei. Wyszedł, nie wiedząc, dokąd zmierza.

Mówimy, że nadzieja zawieść nie może. A przecież tak się zdarza…

Tylko znowu: o jaki rodzaj nadziei nam chodzi? Przedmiotem chrześcijańskiej nadziei nie są nasze pragnienia, ale Boże obietnice. Mam nadzieję to znaczy: ufam Bożym obietnicom. A one spełniają się w Jezusie Chrystusie. „Albowiem ile tylko obietnic Bożych, w Nim wszystkie są »tak«. Dlatego też przez Niego wypowiada się nasze »amen« Bogu na chwałę” (2 Kor 1,20).

To w tym sensie Paweł pisał że „w nadziei już jesteśmy zbawieni” (Rz 8,24)?

Mamy pewność, że jest Ten, który na nas czeka, który dał nam życie i wskazał drogę, jaką mamy iść. Natomiast nie wiemy, co nas tutaj spotka. W nadziei jest moment zawierzenia, powierzenia się Bogu i jego wierności. Mam nadzieję, bo polegam nie na sobie, ale właśnie na Nim. Nadzieja nie jest monologiem.

To znaczy?

Mogę sobie wmawiać różne rzeczy, na przykład, że będzie dobrze. I to jest postawa monologiczna. Dialog pojawia się wtedy, gdy odkrywam kogoś, komu mogę się powierzyć, w kim pokładam nadzieję, komu zawierzam, ufam. W nadziei jestem zbawiony w tym znaczeniu, że Bóg jest ostatecznym powiernikiem mojej nadziei. On jest gwarantem, że moje życie nie jest puste, że ma sens.

A kiedy nachodzi mnie takie uczucie, że wszystko jest po nic, wszystko się wali?

I tak ostatecznie wszystko się zawali, bo nas pochowają, albo spopielą. Dlatego nasza nadzieja dotyczy przede wszystkim życia wiecznego. A właściwie powinna dotyczyć, bo czy my w ogóle myślimy tak realnie o tym, co Bóg dla nas przygotował po śmierci? Czy to życie wieczne nie jest mrzonką, którą specjalnie nie zawracamy sobie głowy? Trochę jak z kobietą, którą spowiednik pyta, czy modli się za męża, a ona na to: „A po co? Przecież jeszcze żyje”. Na ile to oczekiwanie życia wiecznego realnie kształtuje moją dzisiejszą ocenę konkretnych sytuacji życiowych? Czy przekłada się na życie doczesne?

Człowiek, który ma nadzieję, żyje inaczej?

Tak. To ma bardzo duży wpływ.

A każdy ma taki dar? Może ktoś go nie otrzymał?

Dar to nie przesyłka, którą przynosi listonosz i którą mogę co najwyżej pokwitować. Dar wymaga wyciągniętych rąk, w które można go złożyć. A to wymaga pokory. Potocznie rozumiemy ją jako pewną uniżoność, służalczość, natomiast pokora to przede wszystkim umiejętność przyjęcia daru: pozwolić się obdarzyć. Tymczasem zwycięża w nas zupełnie inna postawa: sam sobie dam radę.

Brak nadziei jest grzechem?

To brak pokory jest grzechem. A u jej podstaw leży pycha, czyli zamknięcie się w sobie, które rodzi rozpacz i rozmaite postacie depresji. Gryzę własną rękę, zamiast wyciągnąć ją po chleb, który ktoś inny mi w nią włoży.

Trudno mówić o pysze komuś, kto cierpi na depresję.

W sensie psychologicznym owszem. Natomiast istnieje też depresja na poziomie ducha. To stan zamknięcia się w piwnicy i odrzucenia wszelkiej możliwości zaufania komuś. Znowuż nadzieja i jej brak okazują się kwestią zaufania.

Jak komuś takiemu pomóc? Jak się dobić do tych drzwi?

Z reguły w takich przypadkach udajemy się po pomoc do psychologa i psychiatry. To konieczny krok. Ale nam wielu psychiatrów, którzy twierdzą, że mogą doprowadzić pacjenta do pewnego poziomu, a dalej pozostają bezradni.

A co leczy?

To pytanie, z jaką depresją mamy do czynienia. Czy ma podłoże psychiczne, czy płynie z duchowej rozpaczy. Wówczas jedynym lekarstwem jest chrześcijańska nadzieja.

Czyli co? Czytamy wspólnie Pismo Święte? Idziemy się pomodlić?

Najważniejsza jest zwyczajna życzliwość, troskliwość. Pamiętajmy, że depresja jest szczególnie bolesnym doświadczeniem samotności. Mechaniczne czytanie Pisma czy modlenie się nad kimś na niewiele się zda. Jeśli jednak towarzyszyć temu będzie miłość, to ta miłość ocali drugiego człowieka.

Kiedy byłem młodym księdzem, bardzo bałem się spowiadania. Pytałem ojca Piotra Roztworowskiego, jak być dobrym spowiednikiem, a on mi odpowiedział, że jeśli siedzę w konfesjonale in persona Christi, to mam być nie tylko sędzią, który ocenia, nie tylko tym, który rozgrzesza, ale mam w imieniu Chrystusa brać na siebie te grzechy. Zapytałem go, co to znaczy. A on mi odpowiedział: Masz modlić się za grzeszników i pokutować za nich. Myślę, że podobnie jest z depresją. Nie mamy stawiać się w roli lekarza i przepisywać duchowych pigułek – czasem skutecznych, innym razem niekoniecznie. Zachowam się jak chrześcijanin, jeśli wezmę na siebie coś z twojego bólu.

A da się wziąć?

W sensie dosłownym byłoby to naiwnością lub masochizmem. Natomiast w sensie duchowym jak najbardziej mam na modlitwie walczyć o drugiego człowieka. Jeśli się modlę i biorę cię za rękę, to jest to coś o wiele większego niż sam gest pogłaskania.

Rozmawiał Dominik Jarczewski OP.

Fragment książki „Wierzę Bogu, ufam człowiekowi. Rozmowy z o. Janem Andrzejem Kłoczowskim OP”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa W drodze.