Demokracja i społeczeństwo obywatelskie nie mogą istnieć bez wspólnie dzielonej tożsamości, bez poczucia wspólnoty, bez doświadczanego „my” – te zaś niesie jedynie patriotyzm: rozumny, otwarty i krytyczny, ale też wyrazisty i obecny w przestrzeni publicznej.

Lato 1940. Bitwa o Wielką Brytanię. Koło Dover chłop grabi z żoną siano i widząc spitfire’y walczące z messerschmittami – smugi pocisków, warkocze dymu, rozrywane na strzępy samoloty, mówi do niej: „cały świat zwariował, tylko ty i ja zostaliśmy normalni, ale czasami to i co do ciebie mam pewne wątpliwości…”.

Przypomniała mi się ta anegdota podczas lektury tekstu Marka Migalskiego „Mundial stwarza narody”. Jego tezą jest bowiem, że miliony kibiców z  Argentyny, Rosji, Japonii, Serbii, Francji i 27 innych nacji (oraz miliardy przed telewizorami) nie tylko nie zdają sobie sprawy, że uczestniczą w procesie budowania swoich fikcyjnych tożsamości – narody bowiem są tworami urojonymi, ale też – mniej lub bardziej świadomie – przygotowują się do mordowania innych ludzi. Normalny pozostał jedynie Marek Migalski i paru intelektualistów, na których się powołuje (acz co do nich  wolno już posiadać wątpliwości).

Naród twór historyczny?

Rdzeniem wywodów Migalskiego, potwierdzanym w wielu jego innych tekstach, jest teza o historycznej i to świeżej daty proweniencji narodów jako takich. Identyfikacja narodowa jest jego zdaniem „sztuczna, młoda i niejedyna”. Dwa ostatnie przymiotniki nie budzą wątpliwości. Każdy z nas posiada bowiem nie jedną, lecz wiele nakładających się na siebie identyfikacji religijnych, kulturowych, zawodowych, czy społecznych. Można być przecież zarazem Mazurem, protestantem, ojcem, nauczycielem, kibicem Huraganu Morąg, kolekcjonerem sztuki ludowej, wegetarianinem i Polakiem.

Niewątpliwie też pojęcie „narodu” nabrało współczesnego kształtu dopiero w Oświeceniu. W następnym stuleciu rozrosło się do niebezpiecznych rozmiarów ulegając, z jednej strony personalizacji – naród otrzymał wtedy duszę, wolę oraz umysł, a z drugiej, animalizacji – stał się gatunkiem uczestniczącym w darwinowskiej walce o dominację i  przetrwanie. Nacjonalizm, tak bowiem można nazwać owe połączenie personalizacji z animalizacją, był jednym z podstawowych powodów obu światowych rzezi w minionym stuleciu.

Czy jednak szersza identyfikacja, bazująca na wspólnym języku, wspólnocie losu i kultury na pewno jest „sztuczna”? Owszem, ewoluuje ona przez wieki, ale też występuje od zarania ludzkich dziejów. To dlatego Grecy, czy Rzymianie definiowali człowieka jako „zwierzę społeczne z natury” – zdolne jedynie we wspólnocie osiągnąć pełnię swojego rozwoju.

Niegdyś pierwszą identyfikacją była przynależność do rodu, klanu, gens, a więc szeroko pojętej rodziny, drugą – do wspólnoty większej: plemienia, polis w Grecji, czy civitas w Rzymie, będącej wspólnotą terytorium, języka, kultu i etyki. Jednostka była fragmentem tej wspólnoty definiującej siebie w opozycji do otoczenia (stąd Grecy kontra barbarzyńcy nazwani tak od bełkotu: bara, bara, czy – analogicznie – Polanie kontra Niemce). Chrześcijaństwo, zwłaszcza poprzez sakrament małżeństwa, zawęziło pojęcie rodziny, zarazem powiększyło zakres szerszej identyfikacji w kierunku dzisiejszego pojmowania narodu i uniwersalizmu – całego rodzaju ludzkiego, przyjmując koncepcję podmiotu-osoby, która ma nauralis impetus ad societatem – naturalny, wrodzony pęd do życia we wspólnocie.

Dlatego od wielu wieków w chrześcijaństwie naród i rodzina uznawane są za społeczności naturalne, a więc takie, które nie powstały na drodze umowy. „Nikt nie rodzi się Polakiem, czy Czechem” – polemizuje z tym poglądem Migalski. W podobny sposób można by jednak powiedzieć, że „nikt nie rodzi się Kowalskim, czy Nowakiem”, a zarazem każdy rodzi się i formuje w konkretnej rodzinie, której kształt ma ogromny wpływ na nie tylko na okres dojrzewania, ale na całe ludzkie życie. Takie rozumowanie – z zachowaniem proporcji – wolno też odnieść do narodu. Rodzimy się w nim i formujemy od samego początku. Zauważmy przy tym, że już na poziomie języka, kształtującego się przecież na parę tysięcy lat przed Oświeceniem, wyrazy „naród”, czy „ojczyzna” w rozmaitych krajach związane są z narodzinami, macierzyństwem i ojcostwem. Słowa takie jak rodina, nation, nación, narod, vaterland, greckie patrida, rzymskie patria, czy węgierskie szülőhaza a także mutter sprache, mother tongue, czy lengua materna pokazują jak głęboko ta szersza identyfikacja na poziomie języka i kultury jest wpisana w życie ludzi i społeczności.

Z jednej strony jest więc prawdą, że identyfikacja z narodem – jak ją współcześnie rozumiemy – jest stosunkowo świeżej daty. Dlatego, by nie popełniać błędu anachronizmu, trzeba przyjąć do wiadomości, że upadek I Rzeczpospolitej (1795) jako zjawisko negatywne odbierało niecałe 5 proc. ludności zamieszkującej terytoria ówczesnej Polski, a w 1918 roku odzyskania niepodległości nie świętowała aż połowa mieszkańców naszego kraju. Trzeba też dostrzec, że pojęcie „narodu” ewoluuje w historii, a co więcej jest nieostre i trudne do zdefiniowania. Fatalnie radzą sobie z nim prawnicy i naukowcy, nagminnie nadużywają go prawicowi politycy oraz publicyści. To na co wszyscy możemy się zgodzić, to jedynie fakt,  że zawiera ono element etniczny, polityczny, gospodarczy oraz kulturowy. Dodam, iż ten ostatni powinien być rdzeniem narodowej tożsamości i jej fundamentem oraz być otwarty na inne kultury. Tak rozumiem słowa Jana Pawła II wypowiedziane w UNESCO: „naród istnieje z ‘kultury’ i dla ‘kultury’”.

Z drugiej jednak strony, nie sposób nie dostrzec, że patriotyzm, identyfikacja z szerszą społecznością terytorialną, językową i kulturową, posiada historyczne długie trwanie i jest realnym i solidnym, a w porywach potężnym, spoiwem wiążącym jednostki we wspólnotę. Nauka społeczna Kościoła powie zatem, że patriotyzm nie jest zjawiskiem czysto historycznym, ale – posiadając wymiar historyczny – jest też zjawiskiem antropologicznym: jest głęboko wpisany w ludzką naturę.

Fikcyjny naród i realny nacjonalizm

Dlaczego spór o fikcyjność bądź realność „narodu” ma nadal istotne znaczenie? Z dwóch, fundamentalnych dla całej zachodniej cywilizacji przyczyn: negatywnej i pozytywnej. Negatywnej, bo odrzucając pojęcie narodu, eliminujemy zarazem pojęcie patriotyzmu. W ten sposób z obawy przed nacjonalizmem, bazującym na egoizmie narodowym, negujemy zarazem patriotyzm . W efekcie każda forma konkurencji pomiędzy nacjami lub różnica na tle narodowym okazuje się zła ze swojej natury – oznacza erupcję śmiercionośnego nacjonalizmu. Nieuchronnie prowadzi to do tak wątpliwych wniosków jakie pojawiają się u Migalskiego, że sport „podtrzymuje nienawiść”, a „śledzenie rozgrywek mundialowych jest de facto przygotowywaniem do wojny”. Za „dowód” służą mu nie realne akty wrogości, których  – mimo niezliczonych konfrontacji rzesz kibiców z 32 narodów – jeszcze nie odnotowano, lecz tytuły tabloidów. Pomijam już nawet pamiętne sceny z „naszego” Euro 2012 gdy polscy kibice masowo bratali się z kibicami innych państw (także po przegranej z Czechami, z którymi miewamy dość kiepskie relacje), ale podobnie dzieje się dziś w Rosji. Na szczęście nie jest tak, że pogłębianie miłości do mojej rodziny, Kowalskich, może się odbywać wyłącznie przez wzmacnianie nienawiści do Nowaków lub Kaczmarków. Wręcz przeciwnie. To właśnie rozwijanie miłości w rodzinie otwiera nas na ludzi żyjących wokół, na inne wspólnoty.

Równie absurdalne jest twierdzenie, że państwa świadomie „wytwarzają u obywateli potrzebę identyfikacji narodowej” przez używanie hymnu, godła, banknotów, czy nazw ulic (ciekawe, że w USA mocno pielęgnujących narodowe tradycje, ulice najczęściej są numerowane). Owszem państwa potrafią taką identyfikacją skutecznie manipulować, ale teza, że kreują one w milionach obywateli potrzebę sztucznej identyfikacji jest nie tylko absurdalna, ale niebezpieczna. Prowadzi ona bowiem do – silnie obecnego w dzisiejszej kulturze Zachodu – dążenia, aby unicestwić państwo narodowe. Dość przypomnieć opublikowany przed paroma laty w najważniejszych europejskich dziennikach i w „New York Timesie” manifest Daniela Cohn-Bendita i Félixa Marquardta zatytułowany „Precz z państwem narodowym”. A taka tonacja jest również obecna w polskiej debacie publicznej. Wystarczy przywołać tekst Tomasza Żuradzkiego w „Gazecie Wyborczej” „Patriotyzm jest jak rasizm”, czy Bożeny Umińskiej-Keff “Świat bez patriotów ”, publiczne wypowiedzi Janusza Palikota („Polskość jest przeżytkiem. Polacy muszą się jej wyzbyć”), czy Kazimierza Kutza („Tracimy mnóstwo czasu na ględzenie o polskości, głównie w kategoriach narodowo-katolickich. Pożyteczniejsze jest koszenie trawnika albo obieranie kartofli”).

Taka właśnie postawa jest w znacznej mierze odpowiedzialna za dzisiejszą eskalację nacjonalizmu w Europie i w Polsce. Przestrzegał przed tym ponad 20 lat temu prof. Jerzy Jedlicki, przewodniczący rady Stowarzyszenia Przeciwko Antysemityzmowi i Ksenofobii. Jedlicki domagając się by szeroko pojęta „demokratyczna inteligencja polska” uznała za ważne pogłębianie polskiego patriotyzmu alarmował, że jeśli nie podejmie się tego zadania, to „wówczas ta część młodych, która odczuwa niedosyt samookreślenia, będzie siłą rzeczy lgnęła do tych organizacji radykalnej prawicy, które tę pustkę potrafią jej wypełnić, uzurpując sobie monopol narodowej afirmacji i patriotycznych haseł”. Niestety,  takich przestróg było zbyt mało i nie zahamowały one bezmyślnej antynarodowej propagandy. Trwanie przy niej sprawiło, że w następnym pokoleniu ziściły się przepowiednie tego wybitnego historyka.

„Odrzucenie, a nawet tylko zignorowanie twórczego patriotyzmu przez liberalne elity utorowało drogę nacjonalistycznej prawicy, która zagospodarowała te patriotyczne uczucia.” – podsumowywał rok temu inny uczony silnie związany z lewicą prof. Wiktor Osiatyński.

Patriotyzm antytezą nacjonalizmu

Przeciwieństwem nacjonalizmu, nie jest bowiem ani kosmopolityzm, ani internacjonalizm, ani modernizm, czy postmodernizm negujące istnienie narodu, lecz patriotyzm. Tę prawdę, zwłaszcza od czasów Jana Pawła II, który wypowiedział ją expressis verbis w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ w 1995 i napisał w „Pamięci i tożsamości”, stale powtarzają polscy biskupi. Patriotyzm, po pierwsze, nigdy nie buduje swojej tożsamości przeciw „innym”. To właśnie jest ordo caritatis. Biskupi w liście „Chrześcijański kształt patriotyzmu” cytują Henryka Sienkiewicza: „hasłem wszystkich patriotów powinno być: Przez ojczyznę do ludzkości, nie zaś: dla ojczyzny przeciw ludzkości”. W epoce narastających nacjonalizmów dobitnie podkreślał to Pius X: „dla uczniów Chrystusa miłość ojczyzny – jako forma miłości bliźniego – będąc wielką wartością, nie jest jednak wartością absolutną … pozostaje zawsze etapem na drodze do ojczyzny niebieskiej, która obejmuje wszystkie ludy i narody”. Ten wątek jest od wieków podkreślany i rozwijany w katolickiej nauce społecznej. Szkoda, że jest tak rzadko słyszany.

Po drugie, patriotyzm jest pozytywną więzią przemieniającą społeczeństwo we wspólnotę. Tylko w społeczności połączonej wspólną tożsamością, zasady solidarności i dobra wspólnego nabierają realnego kształtu. Tylko bowiem wtedy, gdy odczuwam realną i pozytywną więź z rodakami, poczuwam się do współodpowiedzialności za ich los, jestem zdolny do ofiarności, pomocy i bezinteresownej współpracy. Jak zauważa, przypisywany tradycji konserwatywnej, wybitny amerykański socjolog Edward Schils: „społeczeństwo obywatelskie nie może istnieć bez znacznej dozy patriotyzmu”. Tę samą ideę innymi słowy wyraża związany z lewicą Jerzy Jedlicki: „przywiązanie do kraju, języka, kultury, tradycji historycznej, a nade wszystko do Rzeczypospolitej i jej symboli stanowi samo w sobie moralną i duchową wartość, a ponadto konstytuuje wspólnotę sentymentów, która jest trudną do zastąpienia podstawą demokracji politycznej”.

Nie może się ostać demokracja i nie istnieje społeczeństwo obywatelskie, bez wspólnie dzielonej tożsamości, bez poczucia wspólnoty, bez doświadczanego „my” – te zaś w obrębie całej wspólnoty politycznej niesie jedynie patriotyzm: rozumny, otwarty i krytyczny, ale też wyrazisty i realnie obecny w przestrzeni publicznej.

Doświadczenia ostatnich stuleci, nakazują wielką ostrożność w obliczu nacjonalizmów. W imię narodu rozpętano dwie wojny światowe, dopuszczono do ludobójstwa w Europie, Afryce i Azji. Ale walka z państwem narodowym i samym pojęciem „narodu” nieuchronie generuje też podwójny skutek negatywny. Odrzucając naturalną i głęboką potrzebę ludzkiej natury spycha ją w ekstremizm – prowadzi do wzmocnienia postaw radykalnego nacjonalizmu. Zarazem osłabia też inspiracje do budowania solidarności i działań na rzecz dobra wspólnego, których patriotyzm jest źródłem. Trafnie ujmował to w czasach rozkwitu Rzeczpospolitej Jan Kochanowski apelując do rodaków o postawę rozumnego patriotyzmu:

„…jako kto może,

Niech ku pożytku dobra spólnego pomoże.

Komu dowcipu równo z wymową dostaje,

Niech szczepi miedzy ludźmi dobre obyczaje;

Niechaj czyni porządek, rozterkom zabiega,

Praw ojczystych i pięknej swobody przestrzega”.

Tekst ukazał się na stronie: www.rp.pl