Jesteśmy swoimi własnymi rodzicami; samodzielnie stwarzamy samych siebie i poprzez nasze wybory nadajemy kształt naszemu życiu.

W Dzienniku Gombrowicza znajdujemy słowa zapisane przez niego w latach pięćdziesiątych, kiedy znalazł się w Argentynie: „Polacy byli zupełnie nieprzygotowani na sytuację powojenną; marksizm spadł na nich jak worek na koguty i nie wiedzą, co z tym zrobić”.

Nieco złośliwie pomyślałem sobie, że w końcu XX wieku – też trochę jak worek na koguty – spadła na nas wolność i też nie bardzo wiemy, co z tym zrobić. Ogromnie jednak uprościlibyśmy sprawę, gdybyśmy wolność rozpatrywali tylko i wyłącznie w kategoriach wolności politycznej, społecznej czy gospodarczej. Wolność bowiem jest bardzo wyraźnym znamieniem charakteryzującym człowieka; jest czymś, co sprawia, że jestem człowiekiem.

Bardzo pięknie wyraził to już we wczesnych latach chrześcijaństwa święty Grzegorz z Nyssy. Otóż według niego wszystko, co podlega przemianie, a człowiek nieustannie się zmienia, jakby rodziło się wciąż na nowo; ale te narodziny nie są wynikiem działania jakiegoś zewnętrznego czynnika; są skutkiem wolnego wyboru i w ten sposób my jesteśmy swoimi własnymi rodzicami. To ładne: jesteśmy swoimi własnymi rodzicami; samodzielnie stwarzamy samych siebie i poprzez nasze wybory nadajemy kształt naszemu życiu. Rodzice dali nam zaczątek życia, ale kształt tego życia rodzimy sami – sami jesteśmy swoimi rodzicami.

To ładna i głęboka myśl, która mówi o tym, że jesteśmy wolni. Jak mam się jednak stawać sobą, w jaki sposób? Czy ewangelia i mądrość ludzka mówią coś o tym? Czy wolność jest najwyższą wartością? Czytamy w Ewangelii świętego Jana: „poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” – to znaczy, że wolność jest nam dana i zadana jednocześnie. Bardzo łatwo może człowiek tę wolność utracić wtedy, gdy zapomina, że jest twórcą swego życia, że jest swym własnym rodzicem, i pozwala, aby kształtowało go wszystko to, co na zewnątrz – jego myślenie, wyobrażenia, działanie.

Socjologowie wyróżniają ludzi wewnątrz – i zewnątrz – sterownych. Zewnątrzsterowny to taki, który ma czujki nastawione na to, czego się od niego oczekuje czy skąd zagraża mu niebezpieczeństwo, i nieustannie tylko dostosowuje się do tego, co go opisuje z zewnątrz. Wewnątrzsterowny – znaczy właśnie wolny. Wolność bowiem, aby zaistniała w człowieku, musi być wyzwolona – to jest bardzo wielka prawda. Wolność muszę w sobie samodzielnie wyzwolić – to jest jedno z tych zadań, które mi się stawia, abym mógł rzeczywiście stwarzać samego siebie.

Trzeba najpierw wyraźnie odpowiedzieć na pytanie, czy wolność jest najwyższą wartością. Nie jest najwyższą wartością, ma bowiem służyć prawdzie i dobru, ale jest wartością podstawową, która warunkuje jakiekolwiek urzeczywistnianie innych wartości. Bez wolności nie jest możliwe ludzkie życie. Papież [Jan Paweł II], gdy rozważa powiedzenie Pana Jezusa „poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”, powiada, że w tych słowach jest zawarte wymaganie i przestroga. Wymaganie rzetelnego stosunku do prawdy jako warunku rzetelnej wolności. Wolność bowiem, sama z siebie, nie jest usprawiedliwiona; wolność usprawiedliwia się przez wolne czyny, które wiodą do dobra. W tym jest wyraźna myśl, że wtedy, gdy podejmę wolność odpowiedzialną, moja wolność będzie usprawiedliwiona, bo ona służy budowaniu czegoś więcej… Nie my bowiem zaczęliśmy świat i nie ja jestem absolutnym podmiotem, który o wszystkim dowolnie stanowi; jestem w świecie już zastanym i w tym świecie, także wobec drugiego człowieka, wobec innych ludzi – mam urzeczywistniać moją wolność.

Nawet najbardziej radykalny liberał powie, że granicą mojej wolności jest wolność drugiego człowieka – najprostsza prawda. Czy moja wolność miałaby polegać na tym, że wszystko, cokolwiek spotykam w życiu – ludzie, rzeczy, wartości, działania – wszystko to miałby być żer, okazja, aby sobie dogodzić? – Nie! Wolność musi być wyzwolona, musi być wyzwolona z tego, co w niej jest pazernego i niszczącego.

Granicą wolności jest wolność drugiego człowieka. Ale to za mało. Niewątpliwą granicą wolności jest także dobro drugiego człowieka. W tym sensie nie tylko Papież, ale większość mistrzów poważnego myślenia mówi: „Wolność jest prawdziwie dojrzała, jeżeli jest związana z podjęciem odpowiedzialności, tak w życiu osobistym, jak i społecznym”.

„Być wolnym, to brać w posiadanie samego siebie” (Bergson) – być wolnym to stanowić o sobie. To prowadzi nie tylko do chrześcijańskich źródeł myślenia, ale i do wielkiej myśli humanistycznej, która narodziła się w Grecji, zaczynając od Sokratesa. Ów mędrzec głosił, że każdy musi w swoim życiu zaprowadzić ład – enkrateia – to jest panować nad sobą. W ten sposób osiągnie wyzwolenie (eleuteria) – to znaczy stan, w którym człowiek potrafi utrzymać w ryzach własne impulsy i namiętności, także niechęć do znoszenia bólu. Panować nad sobą – to tyle, co być panem samego siebie, być wolnym.

Chyba ten wątek wielkiej, humanistycznej przecież, bo nie tylko religijnej tradycji gdzieś nam umknął również w sferze pedagogicznej. Pamiętam, że zasadą tak zwanego socjalistycznego wychowania było takie postępowanie, by człowiek umiał współżyć w kolektywie; do tego się wychowywało, żeby umiał się odpowiednio dostosować. Myślę, że wychowanie nie polega na kształtowaniu zdolności współbycia w kolektywie. Wychowanie to przede wszystkim samowychowanie siebie do wewnętrznej wolności. Dla Sokratesa wolny jest ten, kto jest panem samego siebie, kto bierze w posiadanie samego siebie, swoje namiętności, pożądania, lęki, strachy.

Często jesteśmy bezradni i łatamy dziury naszej wolności farmaceutykami, które tłumią lęki, przygłuszają obawy, podnoszą nastrój. Jesteśmy dość kalecy i między Bogiem a prawdą można by narysować portret tak zwanego współczesnego człowieka jako kogoś, kto wspiera się na rozlicznych kulach, jakby już nie był zdolny do tego, by nieść swoje życie z tą dumną, sokratejską eleuterią. Ktoś powie – to nieżyciowe, to nierealne, no, może gdzieś tam kiedyś tak było, ale to niedostosowane do naszego czasu, my musimy być elastyczni, szybko reagować; w związku z tym musimy mieć wyostrzoną uwagę, przede wszystkim na to, skąd grozi niebezpieczeństwo i gdzie mamy odpowiedzieć atakiem. Ja jednak będę nadal naiwnie wierzył, że eleuteriata wewnętrzna wolność – jest zadaniem, które staje przed każdym z nas.

Oczywiście rozpatrujemy to nie tylko przez odniesienie do kochanego Sokratesa, do którego Erazm z Rotterdamu modlił się: „Święty Sokratesie, módl się za nami”. Nie zachęcam w tej chwili do modlitwy do Sokratesa, tym nie mniej zachęcam do dojrzałej, humanistycznej refleksji – czy nie za mało mówimy o wolności wewnętrznej, czy w procesie stawania się sobą, niezależnie od tego, czy mamy trzynaście, czy osiemdziesiąt lat (ciągle się stajemy), nie powinniśmy z większą uwagą zatroszczyć się o wolność wewnętrzną. Dojrzałość bowiem, prawdziwa dojrzałość, prawdziwa owocność życia ukazuje się ludziom, którzy ową wewnętrzną wolność przynajmniej starają się osiągnąć i pracują nad tym. Bez tego jesteśmy wewnętrznie puści. Natura nie znosi pustki. Jeśli nie potrafimy zagospodarować wewnętrznej wolności, włazi w nas mnóstwo innych spraw, które ciągną na wszystkie strony.

Może to banalny przykład, ale przyjrzyjmy się mechanizmowi reklamy. Jest to machina nastawiona na to, aby utrzymać nas na poziomie rozmaitych zachcianek, czyli na poziomie infantylnym. Wmawia się nam, że coś nam jest potrzebne, a Sokrates powiedział: „Im mniej potrzebuję, tym bardziej jestem boski, albowiem bogowie nic nie potrzebują…”. Może trzeba nam coś z tej dumy, gdy nam pokazują tę „prawdziwą” pastę do zębów albo coś tam innego o przepięknym zapachu. Oczywiście, to jest śmieszne, ale tylko trochę.

Jak w tej naszej sytuacji być wolnym?

Ten, kto jest wewnętrznie wolny, będzie wolny zawsze i wszędzie i nikt mu tej wolności i godności nie odbierze.

„Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”.