Jeżeli miłujemy się wzajemnie, Bóg w nas mieszka i miłość ku Niemu jest w nas doskonała.

Nagrania kazań na niedzielę:

 

Kto oddala swoją żonę, a bierze inną, popełnia względem niej cudzołóstwo
 Kto oddala swoją żonę, a bierze inną, popełnia względem niej cudzołóstwo

Komentarze z miesięcznika „W drodze”:
Świętej pamięci

 Jacek Szymczak OP

 Rdz 2, 18-24 • Ps 128 • Hbr 2, 9-11 • Mk 10, 2-16

Zatwardziałość serca to choroba polegająca na tym, że serce ma sklerozę – zapomniało o czymś, co było kiedyś w człowieku pierwotne, piękne i pierwsze. Właśnie taką diagnozę stawia dziś Jezus swoim słuchaczom. Zapomnieli, że dla Boga jedność mężczyzny i kobiety jest kontynuacją cudu stworzenia, „na nasz obraz i nasze podobieństwo”. Zapomnieli, że jedność i wynikająca z niej płodność stały się pierwszym przykazaniem Boga dla kobiety i mężczyzny. Zapomnieli, że przez grzech pierworodny zaczęliśmy kombinować, jak ten pierwotny pomysł Boga na ludzkie szczęście obejść po swojemu.

Dzisiejsze Słowo przychodzi na ratunek naszej pamięci i przypomina, dlaczego nienaruszalna jedność małżeństwa jest tak ważna. Dlaczego tak radykalnie broni jej sam Jezus. I dlaczego w końcu nie pozwala na uświęcony tradycją i prawem Starego Testamentu rozwód.

Lecząc sklerozę, wracamy do źródeł. Wszak jedność małżonków zakorzeniona jest w jedności Trójcy. To właśnie w tej jedności odbija się chyba najmocniej „obraz i podobieństwo” Boga Stwórcy. To para „mężczyzny i kobiety” – jak pisze papież Franciszek w Amoris laetitia – wyjaśnia nam odwiecznie „obraz Boga”, który jest jednością Osób. Podważając i wątpiąc w tę jedność, naruszamy Jego tożsamość obecną w każdym z nas od chwili stworzenia. Każde małżeństwo jest szalenie ważne dla Boga.

Wiemy jednak, że w życiu nie jest tak idealnie i kolorowo. Nie musimy daleko szukać, by wiedzieć, jak kruchą rzeczą jest jedność małżeńska. Jednak grzech nasz lub znanych nam małżonków nie może odebrać nam pamięci i kazać mówić: „Nic się nie stało, zapomnijmy o tym, było, minęło”. Lekarstwem na taką sklerozę jest świadomość, że jedność małżonków nie ustaje, nawet gdy nie udaje się żyć razem.

Bóg także odmawia sobie samemu prawa do rozwodu. On mnie poślubił i nigdy nie wyrzeknie się tej miłości. Bez względu na wszystko. Jego wierność to moje bezpieczeństwo, nawet w obliczu mojej niewierności. On będzie wierny do śmierci, a co ważniejsze… nawet po niej.

 

Mężczyzna łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem
Mężczyzna łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem

Lecz na początku stworzenia…

Łukasz Miśko OP

Rdz 2, 18-24 • Ps 128 • Hbr 2, 9-11 • Mk 10, 2-16

O czym mówi dzisiejsza liturgia słowa? Spróbujmy nie poprzestać na pierwszej nasuwającej się odpowiedzi: że mówi o małżeństwie. Choć to bowiem prawda, ale jest ona przede wszystkim ilustracją czegoś głębszego, istotnej prawdy o każdym z nas, niezależnie od stanu cywilnego. Starotestamentalna opowieść o miłości mężczyzny i kobiety uzupełniona psalmem chwalącym niezmącone szczęście życia rodzinnego – to obraz utraconego początku budzący w nas tęsknotę, ilekroć boleśnie doświadczamy naszego „teraz”, pozostającego pod znakiem „zatwardziałości serc”, o której czytamy w Ewangelii. I jest kres – chwała, do której Chrystus, „przewodnik zbawienia” prowadzi nas, swoich braci, o czym pisze autor Listu do Hebrajczyków.

Początek, „teraz” i kres – to droga. O niej mówi liturgia słowa. Nie tylko biologiczna droga jednostkowego życia, ale stan każdego z nas, „już nie na początku, jeszcze nie u kresu”: piękno początkowego Bożego zamysłu co do ludzi, stworzenie ich mężczyzną i kobietą, obdarzenie zdolnością do miłości i powołanie do niewyobrażalnej wręcz bliskości („jedno ciało”) – to wszystko zostało rozmyte przez nieposłuszeństwo grzechu początków. Zranienie tym grzechem objawia się chaotycznością naszych pragnień i działań: mimo że pamięć raju jest w nas ciągle obecna, mimo że czujemy gdzieś głęboko, jak być powinno, to jednak wierne i konsekwentne budowanie dobra natrafia na ogromny opór, który wcale nie bierze się z zewnątrz, ale z nas samych. Zatwardziałość serca. To ze względu na nią Prawo Mojżeszowe w pewnych okolicznościach sankcjonowało słabość ludzkiej miłości i to przez nią nawet uczniowie Jezusa, najwyraźniej zrażeni jednoznacznością Jego publicznej odpowiedzi, pytali Go potem raz jeszcze, prywatnie, licząc zapewne na złagodzenie radykalizmu. A Jezus? „Lecz na początku stworzenia…” – czyli nie zapominajcie o wielkości waszego powołania!

Zatwardziałość serca to trudna prawda naszej drogi. Ale nie jedyna! Bo drogę tę przeszedł przed nami i dla nas nasz brat, Jezus Chrystus, „przewodnik zbawienia”. Przez cierpienia ludzkiej drogi przeszedł do chwały, by i nas jako synów Boga doprowadzić do niej. A my, mimo wciąż twardych serc, możemy próbować odważnie i jak najpełniej realizować piękno Bożych zamysłów wobec nas.

 

Szczęśliwy człowiek, który służy Panu i chodzi Jego drogami
Szczęśliwy człowiek, który służy Panu i chodzi Jego drogami

Nikt mnie nie kocha

Janusz Kaczmarek OP

Rdz 2, 18-24 • Ps 128 • Hbr 2, 9-11 • Mk 10, 2-16

„Nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie rozumie i nie mam dziewczyny/chłopaka”. Doświadczenie braku zrozumienia, braku wspólnoty z ludźmi i bliskich więzi, które odpowiadałyby na potrzebę bezpieczeństwa i bycia akceptowanym, nie jest wyłącznie problemem dorastających nastolatków. To doświadczenie jest udziałem wielu małżonków, księży, zakonników czy osób żyjących samotnie. Często jest źródłem poczucia nieszczęścia i bezsensu, a zawsze odbiera radość życia i nie pozwala się cieszyć Bożymi darami. Nad tym doświadczeniem pochyla się dziś Pan Bóg – bo pochylając się nad Adamem, dostrzega przecież każdego z nas – i mówi: „Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam”. Adam – jak każdy z nas – choć był otoczony całym bogactwem stworzenia, pozostawał samotny, bo nie miał z kim dzielić radości, bo nie było przy nim nikogo, kto by odpowiadał na jego wzruszenia, na jego słowa.

Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam, bo został stworzony na Boży obraz i Boże podobieństwo. Bóg, którego objawia nam Pan Jezus, jest Trójcą, a istotą wewnętrznego życia Boga–Trójcy jest ciągłe wzajemne obdarowywanie się i przyjmowanie, nieustanna komunia, niczym niezakłócona jedność między Osobami przy zachowaniu ich odrębności: „to samo, co Ojciec czyni, podobnie i Syn czyni” (por. J 5, 19). Na obraz takiego Boga jesteśmy stworzeni i dlatego tkwi w nas potrzeba komunii, komunikacji z innymi. Nie rozumiejąc tego, błąkamy się po świecie, ciągle niezaspokojeni.

Bóg, aby odpowiedzieć na tę potrzebę, stwarza niewiastę. Jednak nie z prochu ziemi jak mężczyznę, lecz z żebra Adama. To nie znaczy, że kobieta jest lepsza czy gorsza od mężczyzny; Adam uznaje jej pełną równość, mówiąc: „ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała”, jest taka, jak ja sam. Znaczy to, że Adam – czyli każdy z nas – musi utracić coś swojego, żeby odnaleźć tego drugiego, który przyjmie, który zrozumie, który odpowie. Nie uda się spotkać z drugim, stawiając warunki, próbując ocalić coś wyłącznie dla siebie.

Ta gotowość jest tu kluczowa: towarzyszka Adama nie została stworzona z palca czy kości nogi, ale z żebra wyjętego z boku, z samego centrum ciała, z miejsca chronionego przez nas w chwili zagrożenia przez złożenie ramion. Rozłożyć ramiona to znaczy zaryzykować, pozbawić się ochrony, być gotowym na przyjęcie drugiego człowieka, na oddanie swojej niezależności, ale także na przyjęcie ciosu, przed którym nie będzie można się obronić. Do tego potrzebna jest odwaga. Daje ją Ten, który zaryzykował najpełniej, który rozłożył swoje ramiona najszerzej – nowy Adam – Jezus Chrystus.