Różaniec jest opowieścią o życiu Jezusa z Nazaretu. Nie o wszystkich momentach Jego życia. O momentach newralgicznych.

Opowieść pierwsza.

Różaniec jest opowieścią o życiu Jezusa z Nazaretu. Nie o wszystkich momentach Jego życia. O momentach newralgicznych. Wszystko zaczyna się od matki. Matka jest pierwsza, jedyna i najważniejsza. 

Zwiastowanie to opowieść o niej. O jej zmieszaniu, rozważaniu, pytaniu i zgodzie – na dziecko, które pocznie się z Ducha Świętego, bez udziału mężczyzny. Nie wiadomo co bardziej zastanawiające. To, że z Ducha Świętego, czy, że bez udziału mężczyzny. Jest też o ojcu. O Ojcu Niebieskim oczywiście, ale też o opiekunie Józefie. O jego strachu i zamiarze oddalenia małżonki by „nie narazić jej na zniesławienie”. (Nie wiadomo czy to bardziej troska o małżonkę, czy strach o siebie i chęć ucieczki). I chciał „oddalić ją potajemnie”. Jakkolwiek cel szczytny, ale oddalenie potajemne? Nigdy nie mogę się oprzeć, by nie widzieć w tym zachowaniu czegoś nie fair. Dopiero anioł Pański „ukazał mu się we śnie”, by ten „wziął swoją małżonkę do siebie”. 

Kolejne jest nawiedzenie – rozmowa dwóch kobiet w ciąży. Tylko kobiety w ciąży wiedzą, o czym rozmawiają. My z zewnątrz wiemy tylko, że rozmawiają o tym, czy lubią kwaśne, ostre, czy je mdli i czy tyją. Nie mamy wglądu w ich rozmowy. One są intymne, ciche, głośne, wesołe, smutne, śpiewne … że aż dzieci podskakują. Czasem pojawia się złość, bezradność. 

Narodzenie. Dużo możemy wyczytać o narodzeniu Jezusa. Jedno jest pewne, że warunki, w których się narodził nie miały nic wspólnego z tym co my myślimy mówiąc „rodzić po ludzku”. A to co się działo po narodzinach to jedna udręka. Co prawda anieli śpiewali, zwierzęta chuchały, pasterze przybiegli, mędrcy złożyli dary ale jak tylko odeszli, tyran – paranoik wpadł w szał, kazał tropić i zabić dziecię. Ucieczka, tułaczka, niepewność, czekanie. Straumatyzowane dzieciństwo miał Pan Jezus! Ofiarowanie w świątyni to taki moment, kiedy do rodziców dociera (albo nie dociera), rodzice przyjmują (albo nie przyjmują) do wiadomości, powoli się godzą (albo się nie godzą), że dziecko nie jest ich własnością. Ma swoją drogę, swoje życie, swoje zadanie. 

Odnalezienie w świątyni to w pigułce podana historia o dojrzewaniu Jezusa. Zawsze wracał ze swoimi rodzicami, a tym razem został w Jerozolimie. Nic rodzicom o tym nie powiedział, a oni też tego nie zauważyli. Nie zauważyli, że dojrzewa, dorośleje, zaczyna chodzić swoimi drogami. Trzy dni go szukali, a jak go znaleźli wyrzucali mu: „Czemuś nam to uczynił? Oto ojciec twój i ja z bólem serca szukaliśmy ciebie”. Tak jakbyśmy słyszeli „ja to spać przez ciebie nie mogę, a ojciec to prawie dostał zawału serca”. No cóż – to się nazywa szantaż emocjonalny. A syn? Syn się im … hm, jak to nazwać… postawił? „Czemuście mnie szukali?” I tłumaczy rodzicom: „Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym co należy do mego Ojca?” A oni nie rozumieli. Czyżby jajko mądrzejsze od kury?

Tu zwykle przechodziliśmy do Tajemnic Bolesnych. Niemniej, Jan Pawel II ustanowił Część Różańca zwaną Tajemnicami Światła. Fantastycznie, że tę część różańca ustanowił. Bo do tej pory zachowywaliśmy się, tak jakby Pan Jezus się narodził a potem od razu umarł. Tym czasem Pan Jezus jeszcze pomiędzy narodzinami a śmiercią żył! I to całkiem intensywnie żył. Żył pełnią życia. 

Ciekawe, że nie ma tajemnicy „Kuszenie Jezusa na pustyni”. To mogłaby być całkiem ciekawa tajemnica różańca. No cóż, nie ma jej. Co nie znaczy, że o kuszeniu Jezusa na pustyni nie można porozważać. Tym bardziej, że mamy tutaj do czynienia z ciekawym faktem – faktem kuszenia. Pokusy nazwałbym pokusami młodości: pokusa łatwych pieniędzy (pożądliwość oczu), pokusa łatwej miłości (pożądliwość ciała), pokusa łatwej wolności (pycha żywota). Czy tylko w młodości doznajemy takich pokus? Nie! Tych pokus doświadczamy przez całe życie. W młodości jedynie uderzają one w nas, z sobie właściwą siłą, tak gwałtownie, po raz pierwszy. I co by tu nie mówić o tym, że różnorakie dobra – materialne, intelektualne, emocjonalne etc., że miłość i wolność to fantastyczne rzeczywistości, to jednak nie raz i nie tylko w młodości potrafią być obszarem rozczarowania, goryczy i niekoniecznie korzystnych decyzji. I nigdy nie są łatwe.

Jest cud w Kanie Galilejskiej. Matka wypycha swojego syna w dorosłość. Jakby mu mówiła: już czas na Ciebie, trzeba wyruszyć, wziąć dorosłość na siebie. Syn jakby zdradzał jakąś niechęć: „Czy to moja lub twoja sprawa niewiasto?” Dorosłość pociąga ale i budzi opór. Dobrze, że matka wspiera syna w wyruszeniu w drogę. Niejedna matka powstrzymuje syna, chciałaby zatrzymać go przy sobie. Ta matka wypycha swojego syna w dorosłość. Tym bardziej, że nie ma już ojca. Nie wiemy co stało się z Józefem. Dobrze jakby ojciec wysyłał swojego syna w dorosłość, ale jak nie ma ojca, musi zrobić to matka. 

Ojciec – ale tym razem Ojciec Niebieski, jest przy chrzcie w Jordanie. „Tyś jest mój syn umiłowany, w tobie mam upodobanie” daje się słyszeć. Jakby mówił: „synu, kocham Cię, jestem z ciebie dumny”. Takie słowa ojca na początku dorosłej drogi syna, córki(?) to skarb bezcenny. Potem 

Jezus głosi królestwo i wzywa do nawrócenia. Odnosi sukces. Gromadzi tłumy i tłumy go słuchają – kazanie na górze, rozmnożenie chleba dla pięciu tysięcy mężczyzna nie licząc dzieci i kobiet. Jest podziwiany – „oczy wszystkich w nim były utkwione” i ceniony – „przemawia z mocą, a nie tak jak uczeni w piśmie i faryzeusze”. Jest zagadkowy, a przez to jeszcze bardziej fascynujący – „skąd on to ma?” Gromadzi uczniów. Wielu uczniów. Tych dalszych – siedemdziesięciu dwóch. I tych bliższych – dwunastu. I ma też tych najbardziej zaufanych …najbliższych? Trzech – Piotra, Jakuba i Jana. Dokonuje cudów. Jest. To co mówi i to jaki jest, to jedno. Słowo stało się ciałem. Ma posłuch i moc. Przemienienie to przesilenie. Po zejściu z góry, coraz mniej czyni cudów, coraz mniej mówi. Dojrzewa do „nowego otwarcia”. 

Eucharystia to nowe otwarcie – Jezus już wie, że trzeba siebie dać.

Część Bolesna zaczyna się w ogrodzie oliwnym. To moment w którym już wiadomo, że będzie ciężko. Trudności piętrzą się w zawrotnym tempie. To taki moment, w którym się decyduje czy Jezus dalej będzie podążał drogą syna i dalej będzie „na tak”, czy pójdzie drogą buntownika i będzie „na nie”. Czy dalej będzie błogosławił, czy będzie złorzeczył. Czy dalej będzie szedł jak wolny, czy stanie się ofiarą – „ofiarą losu”. 

Biczowanie to przeciwności i ból przeżywany w ciele. 

Cierniem ukoronowanie to upokorzenie, przeciwności i ból przeżywany w duszy. 

Droga krzyżowa to ostatnia prosta. Wszystko od początku – wzięcie na siebie, upadki i powstawanie, ludzie spotkani na drodze – końca nie widać. 

Ukrzyżowanie – gehenna śmierci. Znowu gehenna. „Boże mój Boże, czemuś mnie opuścił. Daleko jesteś mój Wybawco od mych próśb i wołania. Boże mój, wołam we dnie lecz nie odpowiadasz, wołam i nocą lecz nie znajduję spokoju”. I wreszcie: „W ręce Twoje oddaję ducha mojego”.

Zmartwychwstanie. „Jezus Chrystus istniejąc w postaci Bożej nie skorzystał ze sposobności aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie uznany za człowieka uniżył samego siebie, stawszy się posłuszny aż do śmierci i to śmierci krzyżowej. Dlatego Bóg wywyższył go ponad wszystko i darował mu imię, które jest ponad wszelkie imię”.

Opowieść druga.

Różaniec jest opowieścią o moim życiu, życiu każdego z nas. Każdy ma matkę i ojca, i swoje historie z nimi. Rodzice jednych żyją, innych już zmarli. A my nadal jesteśmy dziećmi swoich rodziców. Gdy nasze matki były z nami w ciąży, też się działo. Coraz więcej wiemy, że ma to wpływ i ogromne znaczenie. Rodziliśmy się gdzieś, kiedyś i to w konkretnych momentach, i w konkretnych warunkach. Należeliśmy do naszych rodziców i wyodrębnialiśmy się od nich. Dojrzewaliśmy. Wybijaliśmy się na dorosłość. Odnosiliśmy sukcesy i porażki. Ci, którzy są w związkach, mają swoje w nich historie. Niektórzy mają swoje dzieci i swoje z nimi historie, a dzieci z nami. Dużo tego. Przyszły momenty przesileń. Kryzys wieku średniego ktoś ma już za sobą, inni ciągle jeszcze nie wiedzą, że coś takiego istnieje. Kobiety przeżywają go inaczej, mężczyźni inaczej. Ponawianie decyzji, albo ponowne decyzje to część tego procesu. Przychodzi moment, że nie pozostaje nic innego jak tylko to, że trzeba siebie dać. A to czy dalej pójdę jako wolny, czy raczej coraz bardziej będę postrzegał siebie jako ofiarę i stawał się ofiarą – ludzi, układów, historii, zdarzeń, kosmosu, czy tzw. boskich wyroków – ofiarą losu, to jedna z najważniejszych kwestii w życiu. Kwestia, która (choćbym chciał inaczej) zależy tylko i wyłącznie ode mnie, i to bardziej niż wszystkie inne kwestie razem wzięte. Przeciwności ze strony ciała przyjdą – już przychodzą (to nie jest zależne od wieku). Przeciwności przeżywane w duszy tak samo. Ostatnia prosta. Kto wie, że właśnie się na niej znajduje? Kto myśli, że ona jeszcze daleko przed nim? Może przez całe życie jestem na ostatniej prostej? Śmierć. Jaka? Kiedy? Zmartwychwstanie – jest nadzieja, że miłość mocniejsza jest niż śmierć.

Opowieści – pierwsza i druga się przeplatają. Modlę się na różańcu i myślę o życiu Jezusa. I za chwilę myślę o swoim życiu. Myślę o swoim życiu i za chwilę myślę o życiu Jezusa. Dobrze, że się przeplatają. Życie jest jedno.

Opowieść trzecia.

Różaniec jest opowieścią o Bogu, który stał się człowiekiem. „Dla nas i dla naszego zbawienia” – wyznajemy. Czasem sobie myślę, że Pan Bóg był ciekaw ludzkiego życia. Był ciekaw „barw, smaków, dźwięków, zapachów, [chciał] doświadczyć wszystkiego, co jest udziałem człowieka” (Cz. Miłosz „Gdziekolwiek”) i dlatego stał się człowiekiem. Innym jednak razem myślę, że Bóg stał się człowiekiem, bo los ludzki wydaje się być ponad ludzkie siły. Że to aż Boga potrzeba, by sobie z ludzkim losem poradzić. Poradzić tzn. ponieść godnie. Potrzebuję Boga, by swój ludzki los ponieść godnie.

Czyżbym nie wystarczał sam sobie? Wiele wskazuje na to, że tak właśnie jest, że nie wystarczam sam sobie.

Cytaty z Pisma św. za Biblią Tysiąclecia.

Cz. Miłosz „Gdziekolwiek”, To, Znak 2004.