W czasie, gdy wszyscy modlili się i wpatrywali w twarz odchodzącego Dominika, a sekretarze notowali wzniosłe nauki mistrza, swoje obowiązki wykonywał tam również inny brat, który zjawił się przy łóżku umierającego w zgoła innym celu.

A więc: będzie realistą z głową wizjonera; będzie przekonany o słuszności dzieła w 100 procentach; będzie gotowy przenosić góry, a nawet całe łańcuchy piętrzących się problemów i przeciwności; zrezygnuje ze swojego czasu, a nawet zdrowia; zachowa spokój do końca. A jeżeli dzieło ma na dodatek przetrwać wieki, należy dodać szósty warunek: ewentualny śmiałek musi być zaangażowany i walczyć do ostatniej kropli krwi. Warunek ten rozumiem dosłownie. 

Dotychczas myślałem, że św. Dominik umarł głównie z przepracowania i zmęczenia, które z pewnością spotęgowane było upałami, które w sierpniu 1221 roku nawiedziły Bolonię i okolice. Cieszył się stosunkowo długim życiem, założył zakon zupełnie inny niż wszystkie dotychczas powstałe, zaopatrzył go w stosowne przepisy prawne, no i wreszcie znalazł ludzi, którym mógł przekazać stery władzy. Bez wątpienia doskonale spełniał pięć z wymienionych wyżej warunków.

Niedawno, prowadząc badania nad okolicznościami śmierci naszego założyciela, zauważyłem, że spełnił on również szósty warunek. Po pamiętnym piątku 6 sierpnia 1221 roku w celi św. Dominika pozostały liczne ślady krwi. Proszę jednak nie oczekiwać medialnej sensacji: hipotezę morderstwa świętego należy z pewnością wykluczyć, choć nie można powiedzieć, by śmierć Dominika nastąpiła z przyczyn wyłącznie naturalnych, a bracia jedynie pobożnie i biernie przyglądali się odchodzeniu swego przełożonego.

Analizując ostatnie dni i godziny św. Dominika, skupiamy zwykle całą uwagę na dwóch ważnych momentach.

Po pierwsze, pokolenia historyków zastanawiały się nad zdumiewającym i kompletnie niehagiograficznym faux pas św. Dominika. Wyznał on bowiem wtedy, co relacjonuje Jordan z Saksonii: „Moje serce bardziej lgnęło do rozmów z kobietami młodymi niż ze starszymi”. Gafa założyciela została szybko zauważona przez zatroskanych współbraci i już w 1242 roku kapituła generalna nakazała usunąć ten fragment z oficjalnych biografii Dominika.

Po drugie, ważnym i godnym przebadania momentem była wzruszająca deklaracja Dominika, że będzie dla nich „bardziej pożyteczny po śmierci niż za życia”. Te słowa stały się podstawą powstałego dwadzieścia lat później tekstu responsorium O spem miram (O przedziwną nadzieję), śpiewanego przez dominikanów do dnia dzisiejszego. Jednak w czasie, gdy wszyscy modlili się i wpatrywali w twarz odchodzącego Dominika, a sekretarze notowali wzniosłe nauki mistrza, swoje obowiązki wykonywał tam również inny brat, który zjawił się przy łóżku umierającego w zgoła innym celu. Jego zadaniem było ulżenie choremu za pomocą środków uznawanych wówczas za odpowiednie.

Jordan z Saksonii w swojej Książeczce wspomina, że Dominik w ostatnich miesiącach życia cierpiał na jakąś chorobę. Niektórzy przypuszczają, że chodziło o problemy gastryczne, lecz nie wiadomo, czy tak było rzeczywiście. Pewne jest natomiast, że przed samą śmiercią Dominik cierpiał na wysoką gorączkę i upływ krwi. Ów upływ krwi prawdopodobnie nie był jednak spowodowany bezpośrednio chorobą, lecz wynikał z zaordynowania przez klasztornego cyrulika-infirmarza terapii stosowanej powszechnie w średniowieczu zarówno w przypadkach zwykłego podwyższenia temperatury, nadciśnienia, jak i licznych innych dolegliwości, mianowicie missio sanguinis – puszczania krwi.

W XIII wieku ten sposób leczenia nie tylko nie budził żadnych kontrowersji, ale był wprost zalecany jako środek profilaktyczny, prowadzący do oczyszczenia organizmu ze starej, zużytej krwi, regulacji czterech humorów (flegmy, czarnej i żółtej żółci, no i samej krwi) oraz do poprawy ogólnego stanu pacjenta. Wszystkie te zalety sprawiły, że w 1220 roku, w trakcie pierwszej kapituły generalnej zakonu, sam św. Dominik (sic!) nakazał umieścić w tekście konstytucji odpowiednią regulację prawną dotycząca puszczania krwi: „Upuszczanie krwi ma miejsce cztery razy do roku: pierwszy raz we wrześniu, drugi po Bożym Narodzeniu, trzeci po Wielkiejnocy, czwarty w okolicach święta Jana Chrzciciela. Poza tymi terminami nikt nie może poddawać się upuszczaniu krwi, chyba że przeor wedle swojego uznania z jakiegoś powodu oceni, że należy postąpić inaczej. Kiedy można to zrobić bez trudu, bracia, którym upuszczono krew, mają jeść poza refektarzem, ale w milczeniu, i należy im zapewnić smaczniejsze dania, jeśli pozwolą na to środki, jakimi dysponuje dom. Nie należy jeść mięsa ze względu na upuszczenie krwi” (Dist. I, 12).

Jak widać, Dominik zatroszczył się o zdrowie braci, a bracia byli wierni jego zaleceniom. Ile litrów krwi wytoczono z wyczerpanego Dominika, tego nie wiemy. Ale nie jest wykluczone, że gdyby nie ta osobliwa terapia, nasz założyciel mógłby pożyć nieco dłużej. Z pewnością jednak możemy śmiało powiedzieć: jeżeli chodzi o dobro zakonu, Dominik walczył do ostatniej kropli krwi.

Tekst z książki „Inkwizytor też człowiek. Intrygujące karty Kościoła” wydanej przez Wydawnictwo W drodze.